czwartek, 9 lipca 2020

PRZYJEMNOŚĆ

Przyjemność jest dla mnie bardzo ważna. 
Zapraszam ją do mojej codzienności. 
"Nie za dobrze ci?" pytano mnie w dzieciństwie. 
Nie, nie za dobrze. 
Chcę, żeby było mi dobrze. 
Jeszcze lepiej. 
Najlepiej. 
Bo czemu nie???

Cóż za absurdalny pomysł, że miałabym tego nie chcieć!?!
Przyjemność ... Wstydzimy się jej, czasem żenujemy, ociągamy z jej szukaniem. Bez sensu!
Mamy tak ograniczony czas z naszymi ciałami i oddechami. 
Sięgajmy po nią. 
Wypełniajmy nasze życie przyjemnością. Frywolną, zmysłową, intelektualną, seksualną, i każdą, każdą inną!
Przyjemność patrzenia na kolory, rozpoznawania kształtów ptaków i motyli. Las. Drzemka na mchu.
Przyjemność zanurzania się w wodzie, przyjemność (arcyprzyjemnosć!) dobrej rozmowy. 
Podróż wewnętrzna i ta daleko, daleko. 
Smak potraw. 
Długa spódnica ocierająca się o kostki, wirująca w tańcu.
Muzyka!
Najlepsze lody pistacjowe w Warszawie (Słodka Italia, koło Soho, sprawdźcie!)
I koniecznie, koniecznie zabierzcie przyjemność na wakacje!
Pamiętajcie: Wasze (wewnętrzne) dzieci czekają! Gotowe do zabawy i życia. Życia! 



poniedziałek, 29 czerwca 2020

Przedszkolaki i plemniki. Kiedy rozmawiać z dziećmi o seksualności?

Zwykle, kiedy myślimy w pocie czoła, czy nie jest za wcześnie na rozmowę z dzieckiem o seksualności, jest właśnie za późno. 
Tak. 
Dokładnie.
Jeśli dziś odkładamy to na potem, jesteśmy spóźnieni. 
100%


Bo seksualność, tak jak życie, dzieje się teraz. 
A dzieci są uczestnikami życia też dokładnie w tym czasie: teraz.
Słuchają radia.
Oglądają Wam przez ramię wiadomości. 
Widzą plakaty na mieście - i uwierzcie, bardzo często żałuję, że nie mam ze sobą karabinka z farbą...
Słyszą rozmowy innych ludzi - dzieci, dorosłych.
Dzieci są uczestnikami życia i chcą je poznawać, chcą jak najwięcej zrozumieć. 
I mają do tego prawo.
To chyba w kultowym filmie E.T. jest scena jak E.T. dobiera siedo telewizora i wchłania wiedzę w przyspieszonym tempie...? A może w innym. W każdym razie taka scena powtarza się nie raz w filmach o "obcych" - oglądają masę filmów i wchłaniają kulturę, historię ludzkości, a na koniec najczęściej płaczą...
Jak mówi Jesper Juul dzieci są jak tacy "obcy" z innej kultury, Zjawili się i potrzebują cierpliwego objaśniania zasad i praw obowiązujących nas, ziemian. 
Gdyby odwiedził nas kosmita, nie oczekiwalibyśmy, że wszystko wie i rozumie. 
Warto mieć też cierpliwość do prób i błędów, do całego procesu nauki naszych dzieci. 
One, ze swoją świeżością i otwartym sercem, często szybko widzą co jest "nie tak", nie logicznie, nie fair, głupio.
A ich pytania są niewinne. I ważne.




Jeśli chodzi o loty kosmiczne - ucieszymy się, że pytają.
Jeśli mówią, że nie można jeść zwierzątek, bo mają mamę, możemy czuć się skonsternowani.
Kiedy gubią zęby, kupujemy im książeczki o mleczakach i stałych, trzonowcach i siekaczach. Te słowa nas nie bulwersują. 
A przecież miesiączka, poród, adopcja, seks, wzwody poranne i polucje to dokładnie to samo. 
Kosmiczny lot naszego ciała. 
Penis, wagina, łechtaczka. 
Łokieć, udo, dziurka w nosie. 

Dzieci są ciekawe CAŁEGO świata, ale z różnych powodów my niektórych kawałków nie chcemy im pokazywać. 
Warto zadać sobie pytanie: dlaczego?

Oczywiście - odpowiedzi na każdy temat maja być ADEKWATNE do wieku. 
Tak jak nie analizuję z dwulatkiem budowy rakiety kosmicznej, a skupiam się na fantastycznym efekcie dźwiękowym, tak nie opowiadam maluchowi ze szczegółami o stosunku seksualnym.
Ale też nie zatajam prawdy. 

Urodziłeś się przez cipkę. Siusiak czasem sterczy, bo mu przyjemnie. Tak, tobie też kiedyś urosną piersi. Skóra się marszczy z wiekiem. Mam krew, bo mam okres, kobiety krwawią raz w miesiącu, to znaczy, że są zdrowe a ich macica się oczyszcza. 
I tak dalej, i tak dalej. 

Krótkie, prawdziwe odpowiedzi. Jeśli będą chciały - zapytają dalej. 


I zapytają wiele razy, bo zwykle zaraz im to wypada z głowy

Jeśli macie jakieś wątpliwości czy warto rozmawiać z maluchami o seksualności, zastanówcie się czy odmawiacie im wiedzy o kosmosie? O układzie słonecznym? Nie?
A to przecież bardziej abstrakcyjne niż własne ciało. 

Na zachętę umieszczam jedną z wielu rozmów z pewną przedszkolaczką:) 
Imiona dzieci zostały zmienione:)

Cała sytuacja ma miejsce w aucie. Dyskutuję z mężem o surogatkach - pojawił się ciekawy artykuł o tym zjawisku. 
Na to włącza się Danusia i mówi:
- Chyba jak dziewczyna i dziewczyna chcą mieć dzidziusia to mogą coś sobie wstrzyknąć...?
- Tak, a wiesz co?
- Jajeczko? 
(zwracam Waszą uwagę, że Danka wie doskonale "skąd się biorą dzieci" , czytałyśmy wiele książek i gadałyśmy, ale właśnie tak to jest, ta wiedza potrzebuje się utrwalać i umiejscawiać w siatce tego co dziecko już wie, nie jest tak, że raz się dowie i już, pyta wiele razy)
- Nie. Dziewczyny już mają swoje jajeczka.
- No tak. Nie pamiętam co.
- Plemniki.
- Acha.
- A skąd o tym słyszałaś, że można je wstrzykiwać?
- Ania (koleżanka z grupy) mówiła w przedszkolu! Bo Małgosia i Zosia się w sobie zakochały i Ania im powiedziała, że mogą wziąć ślub i urodzić dzidziusia, że się tak wstrzykuje. A ja im powiedziałam, że mogą adoptować! Ale one powiedziały, że jednak nie chcą dziecka. 

Cała rozmowa bez ekscytacji, jak najzwyklejsze sprawy. 

Ludzie się w sobie zakochują, chcą mieć ślub i dzieci. 

Żadnego gender-potwora, po prostu życie sześciolatków.







środa, 17 czerwca 2020

Niebieski kocyk, czy różowy?

Wyobraź sobie taką Grę. 
Cel: szczęśliwe życie lub przetrwanie
Rodzisz się / Losujesz postać, którą grasz i zaczyna się!

Dostajesz kolor oczu. Kolor skóry. Kolor włosów. 
Dostajesz płeć biologiczną i tę w środku, którą czujesz. 
Dostajesz orientację seksualną. 
Wszystko przypadkowo. 
A do tego, również przypadkowo, dostajesz kontekst, czyli to jak w twojej kulturze traktuje się seksualność - czyli ciało i płeć, jak traktuje się mężczyzn i kobiety, chłopców i dziewczynki.
Jaką mają pozycję (ile punktów na start).
Ile szacunku (wsparcia).
Na ile swobodnie mogą być sobą i eksplorować (jak trudna jest plansza).
Im sztywniejsze zasady i rozgraniczenia tym jest Ci trudniej, bo masz mniej możliwości. 
Np. rodzisz się kobietą, a chcesz być kierowcą rajdowym. Nawet nie ma na to nazwy. Uważa się, też że kobiety gorzej prowadzą. Może też się zdarzyć, że trafisz na opcję gdzie w ogóle nie wolno ci prowadzić auta. 
Za swój cel musisz zapłacić bardzo dużo specjalnymi żetonami. 
Albo inaczej. 
Jesteś chłopcem. Lubisz bawić się w tatę i kołysać do snu swoje lalki. Uwielbiasz przytulać się do babci. Babcia pachnie ciastem. Rośniesz i ktoś ważny dla ciebie zabiera twoje lalki, każe ci się wstydzić, tracisz punkty.
Babcia cię jeszcze przytula, ale dotykanie twojego przyjaciela z ławki w szkole jest już surowo karane. Kiedyś biegliście po meczu piłki za rękę i do tej pory krzyczą za wami: "pedały".
Oczywiście poleciały ci punkty.
W tej wersji twoja postać ma małe szanse na dotrwanie w zdrowiu do końca gry, bo nie umiesz czerpać punktów "życia" z bliskości: otwartych rozmów i przytulania z rodziną i przyjaciółmi. Syn cię nie cierpi. Walczysz. Walczysz w pracy, walczysz z codziennością, zaciskasz się coraz mocniej. Dorabiasz się jakiś powikłań. 

Czasem na starcie masz farta i dostajesz dużą pulę żetonów - mama i tata cię akceptują i wspierają. Także wasze otoczenie.
Wszyscy są życzliwie zaciekawieni kim jesteś. 
Kiedy jesteś dzieckiem lubisz przebierać swoje zabawki, wymyślać im stroje. Wszyscy wspierają twoją pasję. Dojrzewasz i się rozwijasz odkrywasz, że kochasz żyć, tzn. szyć. 
Idziesz do szkoły krawiectwa. 
Jednego dnia szyjesz sobie garnitur. Innego suknię. 


Słyszysz: kobiecość i męskość w tobie są bogactwem. 
Masz połączenie z jednym i drugim. Jesteś cenna/y dla naszej społeczności. 


Jednym z etapów w grze jest znalezienie sobie partnera/ partnerki. 
I tu wiele zależy od świata do którego trafisz. 
Jesteś chłopakiem, zdecydowanie podobają ci się chłopcy. Od małego kumplujesz się z dziewczynami, ale pociąga cię tylko własna płeć. Odkrywasz to przypadkiem, kiedy Twój kumpel zdejmuje koszulkę na wf. Drżysz. Nie wiesz, co się dzieje. W nocy śni ci się ta scena i nagle przez kolejne dni masz sucho w gardle przy tym chłopaku.

Zwierzasz się ojcu.  
On mówi: tak, czasem tak czujemy. To taka wielka radość życia, to takie połączenie z energią wszechświata. Czasem tę wielką siłę czujemy w sobie wobec wody, ognia, słońca, ziemi. Czasem wobec innego człowieka. To życie samo w sobie i jego energia. Czasem przejawia się jako podniecenie wobec konkretnego człowieka. Czasem przeradza się w miłość.  
Obserwuj tę energię i ciesz się nią. Kiedy się pojawia i do kogo. Z czasem nauczysz się tego o sobie, choć... Tak na prawdę do końca życia może cię zaskoczyć, bo jest Nieprzewidywalna!

Dostajesz masę punktów z którymi udajesz się w świat na poszukiwanie. 

Albo inaczej. 
Czujesz dreszcz na widok kolegi. 
Przepełnia cię przerażenie i obrzydzenie. To nie twoja wina! Nie jesteś przecież "ciotą"! 
Za to są w tej wersji gry wysokie kary. 
Skoro to nie ty, to musi być jego wina. Musi być z nim coś nie tak. Pewnie to on jest "ciotą". Namawiasz kumpli, żebyście go po lekcjach pobili. 
Dostajesz ostrzeżenie i karne punkty. Niby możesz jeszcze próbować przejść jakieś poziomy, ale nie czujesz z tego żadnej przyjemności. Wszystko cię wkurza i drażni. 

Albo jeszcze inaczej. 
Wersji jest nieskończenie dużo. 

To, co wiadomo, to że im mniej opresyjna kultura w której żyjesz tym więcej masz możliwości. Tym pełniej możesz realizować swoje talenty, możliwości i człowieczeństwo. 
Tym mniej płacisz za bezpieczeństwo i szczęście. Tym większe szanse, że dokończysz grę we właściwym czasie z zapasem żetonów w kieszeni. 




Płeć i orientacja seksualna. 
Niby są jak kolor oczu a wywołują tak wielkie emocje!
Czemu?

I płeć i orientację seksualną możemy rozpatrywać na różnych płaszczyznach. Ale nie są tylko dwoma krańcami na osi. Są jak kontinuum. 
Oczywiście są osoby, które opisują siebie wyraźnie na którymś z krańców. 
Homoseksualna kobieta, heteroseksualna kobieta. 
Homoseksualny mężczyzna, heteroseksualny mężczyzna. 
Ale są też osoby w każdym miejscu osi. 
Świat jest bogaty. 


Kiedy byśmy się z tym pogodzili, zaakceptowali, świat stałby się bezpieczny np. dla dziecka, które rodzi się i ma narządy płciowe obu płci. 
Rodzice nie musieliby bać się o nie, decydować na szybkie operacje w ciemno.... Taki dziecko mogłoby rosnąć bezpiecznie i samo zdecydować. 
Teraz też w Polsce, tym kraju mlekiem i miodem płynącym, rodzą się takie dzieci. Ich rodzice często nie mogą znieść niepewności, lęku, paniki... Co ludzie pomyślą?
Jak sobie poradzić z tą niewiedzą?
Niebieski kocyk?
Czy różowy?
Marzę o świecie, gdzie kocyk może być w kratkę a dziecko żyć bezpiecznie. 
Bo od naszej akceptacji dla innych nie wyrosną nam nagle dodatkowe narządy płciowe. 
Dziś te dzieci są często okaleczane w ciemno. Bez szansy zabrania głosu.


Jedyne, co może nam się stać, kiedy otworzymy się na Innych, to że spojrzymy w lustro i poczujemy. 
Mi też podobał się kolega z ławki. I koleżanka. 
Ja też zawsze wolałam być chłopakiem, bo dziewczyny miały przesrane: nie mogły się bić i włazić na drzewa!
A ja tęskniłem, żeby być dziewczyną i nosić te wszystkie ciuszki. 
Itd, itd. 
Mamy do wyboru: odważyć się spojrzeć w siebie albo nawalać w innych. 
Zaufać tej pulsującej energii i pozwalać jej płynąć, poznać ją i nauczyć się nią kierować,  albo spychać do podziemia i patrzeć jak wybucha i niszczy w niekontrolowany sposób. 



Seksualność to wielka, potężna energia. Mamy w tym miejscu ranę do uleczenia. 
Bo płonęły stosy. Bo karano za rączki pod kołdrą. Bo zawstydzano. Bo ...
Każdy ma swoją historię. I najlepiej, żeby każdy zajął się swoją, a potem świecił jasno. 










czwartek, 11 czerwca 2020

Wielka góra i wielka dolina

Kiedy moje dzieci były małe i pytały mnie o wiarę, o Boga, zawsze rysowałam wielką górę, na którą prowadziło wiele dróg. Jedni wspinali się na nią szybką i stromą drogą, niektórzy szli, zawracali, znów podejmowali drogę. Niektórzy robili piknik u podnóża, ktoś próbował wlecieć... 
Nie ma drogi właściwej. Można nawet w ogóle nie wchodzić na górę, hahah. 
Ale to, co dla mnie jasne, to że szczyt jest jeden. Gdzieś za chmurami. 
Dziś, kiedy minęło kilka lat, myślę że w moim obrazku brakowało dolin. 
Bo one są bardzo ważnym elementem tej drogi.

 

Wędruję. 
Czasem schodzę w dolinę, czasem wpadam w przepaść. 
A tam... Wpadam w błoto, nurkuję w błocie. Chcę się uratować. Szarpię się, wołam pomocy. 

Nie wiem, że nic mi nie grozi. Nic poza tym, że utknę, jeśli nie otworzę oczu. Serca. 
Kiedy kieszenie mam już pełne pierwszej jakości błocka, kiedy jestem brudna, zmęczona, zaczyna się droga w górę. Zawsze się w końcu zaczyna. 
Bo ta podróż jest istotą mojego życia. 
Raz w dół, raz w górę. 
Kiedy wespnę się wyżej i  wyniosę błoto na światło, mogę zobaczyć, co mam tak na prawdę ze sobą. 
Kamyki, grudki ziemi, jakieś paprochy ... 
Chcę się umyć, otrząsnąć, pozbyć wspomnienia doliny...
A przecież w tym błocie są skarby....
Część z nich wystawiona na światło może zabłysnąć. 
Lepiej się ich za szybko nie pozbywać. Nie zapominać. 

Im jaśniej je oświetlę, tym większa szansa, że ujrzę je w ich prawdziwej istocie. I się zdziwię. 

Czas doliny, jest czasem nurkowania po skarby. 
Mam ich pełną sieć. Wplątały się nawet we włosy. 
Ale nie mogę ich docenić, póki jesteśmy tam, w dole, w ciemności. 
Im wyżej je ze sobą zabiorę tym jaśniej zabłysną. 

I znów nurkowanie. 
I znów droga w górę. 

Nurkowanie.
Wspinaczka. 

Na szczycie jest cudownie. 
Lekko, powietrze rześkie i słoneczne. 

W dolinie ciemno. Dopada mnie strach, że nie wyjdę. 

Ostatnio myślę, że nie ma różnicy między szczytem a doliną. Są tak samo dobre. 
Jedno nie istnieje bez drugiego. 
Niezależnie gdzie jestem, ufam, że pojawi się i to drugie. 

Już się nie szarpię. 
Rozglądam się z ciekawością i uśmiecham do tych, co na sąsiednich ścieżkach. 









środa, 3 czerwca 2020

Czy pani warsztaty są w duchu wychowania katolickiego?

Przed każdymi warsztatami dostaję zapytania: "Czy pani warsztaty są w duchu wychowania katolickiego?"

Z jednej strony nie chcę i nie zgadzam się, żebym musiała się w tej sprawie opowiadać. 
A z drugiej strony, rozumiem, czemu uczestnicy POTRZEBUJĄ to wiedzieć i mają do tego prawo.

Gdyby świat był czarno biały, powiedziałabym : NIE!
To najprostsza odpowiedź. 

Czy moje warsztaty są w duchu buddyjskim? Czy mają coś wspólnego z judaizmem, szamanizmem, islamem?
Nigdy nie dostałam takiego pytania.

 

I tak, i nie w sumie.
Tak, bo czerpię ze wszystkiego, co wokół mnie. 
Nie, bo staram się kwestionować wszystko, co wokół mnie. 


Na każdym moim warsztacie są osoby niewierzące, wątpiące, wierzące gorliwie, osoby, które w jakiś sposób ustosunkowują się do Kościoła Katolickiego. 
Bo żyjemy w Polsce. 
I ja to szanuję. 
Nie ma dla mnie znaczenia z jakimi poglądami, jaką wiarą do mnie przychodzisz. 
Nie chcę Cię do niczego przekonywać. 
Nie chcę zmieniać. 
Mówię o tym jak ja postrzegam seksualność, jak ją rozumiem. 
I zapraszam, żebyś myślał/a czuł/a i wybierał/a. 
Masz wolną wolę. 

Każdy mój warsztat traktuję jak szwedzki stół. Zapraszam, powąchaj, skosztuj, wybierz co jest dobre dla Ciebie. 

I do takiej relacji zapraszam. W wolności. 

Ale tak. Mam swoje poglądy. Pytanie jak to wpływa na Ciebie?

Tak, mam wiedzę, którą czerpię z różnych źródeł. 
Tak, większość tej wiedzy nie spodoba się Kościołowi Katolickiemu (a przynajmniej jego części). 
A przecież wierzę, że ciało jest świątynią ducha. 
Wierzę, że kontakty intymne z innym człowiekiem to Duża Decyzja. (A jeśli masz inaczej, masz prawo mieć inaczej)
Wierzę, że warto czasem pościć, żeby zrozumieć więcej. (Ale dopiero wtedy, kiedy rozumiem sens postu i on mi służy, a nie jest nakazany z góry)
Tak, mam wiele wątpliwości, co do przyjmowania hormonów. (Ale sama sobie zaleciłam antykoncepcję hormonalną, kiedy byłam młodą dziewczyną i nie żałuję, bo to było adekwatne do mojej sytuacji i potrzeb)
Nie, nie uważam, że aborcja jest ok. (Ale wesprę Cię niezależnie od decyzji, bo jest Twoja)
Domagam się głośno praw - równych praw! nie ochłapów - dla osób nieheteronormatywnych (łącznie z adopcją dzieci)
Tak, chcę głośnego mówienia o przyjemności. O równouprawnieniu. O przemocy. O płci. 

W sprawach seksualności Kościół chciał dobrze. 
Jestem przekonana o dobrych intencjach. 
Żeby było zdrowo, bezpiecznie i w drodze do nieba. 
Żeby chronić, bronić, żeby się rozwijać. 
No, ale wyszło... Jak zawsze, kiedy zapomina się o wolności. 


W rodzicielstwie, wychowaniu są różne drogi. Kiedyś było wielu ekspertów, jest ich wielu i dziś.
Ufam tym, którzy mówią: nie słuchaj mnie. Nie traktuj mnie jak wyroczni. Przymierz to dla siebie. 
Ufam tym, którzy traktują mnie jak równoprawnego, myślącego i czującego partnera do rozmowy. 
Tak, przychodzę po wiedzę. 
Przychodzę z jakąś trudnością. 
Ale nie potrzebuję rady, a wsparcia, żeby moja świadomość się poszerzyła, moja perspektywa zmieniła, żebym rozwiązanie samo się znalazło. 
Każde rozwiązanie wklejone sztucznie do naszej rodziny, może narobić jeszcze więcej problemów!
Bo to nie o metody i rozwiązania chodzi. 
A przede wszystkim relację i rozwój. 

Dlaczego kocham Jespera Juula? 
Bo jest na równi ze mną. Zaprasza mnie do dialogu. 
Nie mówi "Jestem specjalistą i rób jak każę, bo pożałujesz".
Mówi: "Zobaczyłem to, to i to. Popatrz".
A ja go rozumiem!
Nie musi używać specjalistycznych dziwnych słów i przekazywać tajemnej wiedzy wąskiej grupie wtajemniczonych. Daje tę wiedzę  rodzicom, i ufa, że sobie poradzą. 

Czytałam ostatnio wywiad z pedagogiem i duszpasterzem z Peru Alejandro Cussiánovichem i on mówi o Kościele tak:
"Jak to możliwe, że instytucja o dwutysiącletnim stażu wciąż się trzyma? Odpowiedź jest prosta: straszy. Duszpasterze od wieków pracują na poczuciu winy: sprawiają, że czujesz się winny, przeklęty, skazany. Mówią: jeśli to zrobisz albo tego nie zrobisz, to wpadniesz w ręce diabła, a jeśli to uczynisz, to czeka cię niebo. Ta dialektyka nagrody i kary jest wszechobecna. Spotkałem nawet ludzi, którzy trwającą teraz pandemię postrzegają jako przewidzianą w Starym Testamencie karę.
W tym paradygmacie, który przeniknął również do szkolnictwa, działasz w obawie przed Bogiem. Strach przed karą – proszę mi powiedzieć, co to w ogóle jest za motywacja? Sprawdza się, gdy chodzi o sprawowanie kontroli. Ale jest toksyczna – zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Niszczy relację między nimi."

Kościół straszy i wpuszcza nas od setek lat w poczucie winy. Toksyczne i niszczące.
To traktowanie wiernych jak lekko przygłupich i bezwolnych. 
Nie mam na to zgody. 

Toksyczny wstyd, poczucie winy, lęk przed karą, odmawianie rzetelnej edukacji, skostniały patriarchat  - są szkodliwe, niszczące i zatruwają nam życie. Zatruwają już długo, i potrzebujemy się z tego leczyć. 
W sprawach seksualności, mimo dobrych intencji, Kościół Katolicki zrobił wiele złego, bo metody, którymi chce prowadzić swoje owieczki, są dla tych owieczek niestrawne. Nie karmią. 
Nie uwzględniają mądrości i równej godności owieczek. 

Cieszę się, że dziś ta dyskusja odbywa się już też w samym Kościele - i Kobiety, Ludzie którzy ją podejmują, nie są już paleni na stosie. 
Ufam, że Kościół się zmieni. 
Bo znam też w Kościele masę pięknych ludzi. Znam tę część Kościoła w której pozwala się myśleć, czuć i rozwijać. 
Znam ludzi, którzy w swojej wierze wzrastają i nie mają pomysłu, żeby coś narzucać innym. 
A to czym się dzielą, ich doświadczenie, rozświetla innych. 
W Kościele są ludzie stosujący antykoncepcję, rozwodzący się, homoseksualiści. 
W kościele są ludzie. 
Dla mnie zawsze człowiek jest przed dogmatami.
A relacja z Bogiem/Boginią pełna szacunku i miłości. 
W to wierzę. 

Jeśli przyjdziesz na mój warsztat Twoje uczucia religijne są dla mnie ważne. 
Niezależnie od tego jaka to religia. 

Ja staję przed Tobą po prostu. Gotowa do dialogu.

Najbardziej lubię otwartą dyskusję. 

Najmniej donosy na mnie. 













wtorek, 2 czerwca 2020

Rowerek.

Rowerek. 
Zwykły, różowy, z dodatkowymi kółkami a potem kijem z tyłu. 
Wybrała go sobie w wielkim sklepie. 
Z małą rączką w dużej ręce. 
Z radością na upaćkanej lodami twarzy. 
Rower!
Prawdziwy!
Już nie fotelik na rowerze taty. 
Już nie wózek. 
Rower!
Starsze rodzeństwo ma swoje własne Rowery. 
Swoją wolność i niezależność. Swoją sprawczość i odwagę. 
Swoje podróże. 
Ona jest najmłodsza. 
I teraz wreszcie go ma. 
Nie po siostrze, nie po bracie jak większość rzeczy;)
Od teraz z nowym zapałem ubiera się rano i pedałuje do przedszkola. 
Rozpiera ją duma. Przerasta ponad małą rowerzystkę.  Widać ją dookoła w połyskującym powietrzu, jest ...wiiiiieeeeelllllka!
Rower!
Dwa duże kółka i dwa małe. 
Rower się chybocze. 
Pod przedszkolem inne dzieci.
"Mamo, a dlaczego ona ma dodatkowe kółka?"
"A ja już jeżdżę na dwóch!"
I tak miesiąc po miesiącu. Rok po roku.
A także w zerówce. 
Kiedy już WSZYSTKIE dzieci jeżdżą na dwóch kółkach, na dużych rowerach. 
"Czemu ona nie jeździ sama?" dzieci pytają głośno swoich zakłopotanych mam i tatusiów. 
A ona niezrażona. 
Codziennie pyta znów z nadzieją w głosie: "Mogę dziś jechać rowerem?"
I przychodzi pandemia. 
Ten dziwny czas. 
A ona mówi: "Dziś nauczę się jeździć na rowerze sama! Jestem gotowa!"
Naprawdę tak mówi!
Ćwiczy kilka dni, wytrwale, na drodze przed domem. Z tatą.
A kiedy się udaje, prosi o nagranie filmu. 
Starszy brat uczy ją jak startować.
W końcu jedzie do babci i dziadka, którzy patrzą przez płot, jak ona potrafi. Na dwóch kółkach!
Teraz może pojechać na wycieczkę z młodszym kolegą, który już dawno śmiga.
Dociera do lasu.
Dociera nad Wisłę.
Kilometr. Dwa. Pięć. 
Pytamy. "Czy nie jest Ci niewygodnie, na tym małym rowerku?
Tu jest większy, akurat dla Ciebie."
"Nie!"
Przebiera nóżkami szybko, żeby nadążyć za nami, za naszymi wielkimi rowerami. 
Ona chce jeździć TYLKO na swoim małym, różowym rowerku. 
Aż pewnego dnia, bez zapowiedzi, mówi: "Od dziś będę jeździła na dużym!" 
Wsiada. 
I pędzi. 
Choć nie wie jak hamować i jak zakręcać. 
Tego uczy się w biegu. 
Taka dumna. W kasku i ledwo sięgająca ziemi. 
Na wycieczce ze starszym rodzeństwem i rodzicami. 
Dociera po lody na sąsiednie osiedle. 
Sama wie, kiedy chce próbować. 
Sama wie kiedy jest gotowa. 
Sama decyduje. 
Dokładnie wtedy, kiedy poczuje, że już, kiedy się upewni. 
Rozkłada skrzydła. 

PS. Mówiła, całymi zdaniami, kiedy miała rok z hakiem. Chodziła na półtora. Długo bała się zjeżdżalni. Potrafi chodzić kilometrami, ale rano, kiedy ruszałyśmy do przedszkola, prosiła zwykle: "mogę w wózku?" i dosypiała jeszcze 15 minut:)
Kiedy inni wbiegają na przeszkodę, ona staje i obserwuje. Dopiero po chwili decyduję: Idę! Albo zostaję. 

Za każdym razem, kiedy tak było, nurkowałam w siebie i utulałam swoje lęki. I mówiłam, ok! Masz czas. Sprawdź jak Ty się masz. 
I sprawy się działy. 
Miesiąc później niż oczekiwałam, dwa miesiące, albo 13. 
Nie wg mojego kalendarza. 
Ale łagodnie. 
I radośnie. 

Zaufanie, to coś, co warto w sobie pielęgnować i wzmacniać. Ono dodaje skrzydeł. I dzieciom i dorosłym. 
Zawstydzenie, niepewność, to coś co się zdarza. 
Bo inni, bo patrzą, bo czy wszystko w porządku. Bo starszaki zaczynały wcześnie. 
Oddycham. Oddycham.
Staram się na nią patrzeć.
Taka właśnie jest.
Różna. 
Zakasująca.
Niezwykła.
Moja córka. 

Nie potrzebuje popychania, ciągnięcia. Nie potrzebuje mojego niepokoju. 
Potrzebuje właściwego miejsca i czasu. 
I kasku. 



Ulotne. Słowa, które rozdajemy.


Słowa. 
Ulotne.
A jednak mają w sobie siłę.
Pamiętam siebie, młodą dziewczynę. 
Rosnące piersi, co chwila zapuszczane i zcinane włosy, jakbym nie mogła się zdecydować. Być kobietą, czy chłopakiem?
Tak bardzo pragnęłam zainteresowania innych, akceptacji!
A jednocześnie chciałam być niewidzialna. 
Wiecznie w przestrachu, wiecznie na głodzie. 
Wiecznie wpatrzona w reakcje Innych.  

I pamiętam, jak pewnego dnia bliska mi dojrzała kobieta powiedziała:
"Jak dobrze tu być! Być dojrzałą. Być wolną od cudzych spojrzeń, nareszcie nie musieć się z nimi liczyć, starać. Jak dobrze wreszcie być dla siebie!"
Nie mogłam tego zrozumieć. 
Nie mogłam tego przyjąć. 
Wtedy.
Ale usłyszałam. 
Zachowałam te słowa. Zawinęłam w czerwoną szmatkę, skrawek materiału, położyłam głęboko w zakamarkach serca. 
Co jakiś czas tam zaglądałam. Błyszczały jasno. Czasem drażniły, czasem przyciągały. 
Nie bałam się zmarszczek.
Nie bałam się zmian. Starości.
Wiedziałam, że przyjdzie, i że przyniesie mi jakiś skarb, jakiś prezent, którego jeszcze nie rozumiem, nie doceniam, nie mogę uchwycić. 
Ulotne. 
Ulotne. 
Ciekawość, połączona z nadzieją. Delikatność spleciona ze zdziwieniem. 
Nie wiem, czy można tam zajrzeć.
Czy to wcześniej w ogóle możliwe?

Teraz jestem już tam, po drugiej stronie. 
Czuję to wyraźnie. 
Uwolniła się masa energii, która kiedyś była "na zewnątrz" a teraz jest dla mnie. 
Mieszczę ją w środku i pozwalam jej działać. Czasem wypuszczam na spacery i pozwalam doświadczać. Z tych wypraw wraca umorusana i pachnąca lasem, wiatrem, solą morską. Ma wplecione we włosy kolorowe piórka. Bose stopy i mocniej bijące serce. Dotykała gwiazd, jestem pewna!
Dojrzałość. 

Czułam stratę. Jędrnego brzucha. Wibrujących spojrzeń. Siły na zarwane noce. 
Teraz dawkuję swoją energię bardzo ostrożnie. 
Długo się zastanawiam, czy chcę czemuś powiedzieć tak.
A jednocześnie mam to "tak" dla siebie. 
Bezgraniczne tak. 
I to jest jeszcze lepsze. A może po prostu właściwe. 

Zastanawiam się.
Jak to powiedzieć córce?

PS. Mówcie. 
Zasiewajcie ziarna. Wyjmujcie gorące, pulchne, czasem małe, błyszczące, w twardej skorupce. 
Byle prosto z wnętrza, z serca czy brzucha. Rozdawajcie. 
Nigdy nie wiadomo, kiedy wykiełkują. 
A najlepiej rosną na glebie dobrej relacji, wzajemnego szacunku, obficie podlewane wolnością.