środa, 7 grudnia 2016

Kiedy jest za dużo lęku. Nerwica natręctw u dziecka - czy to moja wina?

Każde dziecko rodzi się inne. 
Każdy z nas ma inny temperament, reaktywność, odporność na stres, kolor oczu ... losuje z wielkiej puli genów, emocji, traum swoich przodków. 
(Polecam ciekawe artykuły o dziedziczeniu traum: link - tu od strony naukowej i tu link z perspektywy gabinetu terapeuty, głos ważny szczególnie dla nas, ludzi, wychowanych przez ofiary II Wojny Światowej).
Czasem dziecko rodzi się napięte, niespokojne, lękliwe,  trudne, czy jak często mówimy: wymagające. Ma silniejszą potrzebę planu, stałego rytmu, bardziej niż jego rówieśnicy opiera się zmianom. 

Zwykła ciemność staje się Groźną Ciemnością i lampka w pokoju nie może być nigdy zgaszona. A nawet zapalona czasem nie pomaga.
Zdarza się też, że w rodzinie jest duży poziom napięcia. Napięcia wypowiedzianego, bądź nie - dzieci są przecież doskonałym odbiorcą wewnętrznych stanów swoich bliskich i "słyszą" też te awantury, przy których nich nie ma. Wyczuwają napięcia, rodzinne tajemnice, widzą lekki grymas na twarzy opiekuna, zanim pojawi się wyuczony uśmiech. 
Czasem pojawiają się kłopoty. 
A zaraz po nich pomysły: może to Zespół Aspergera? Zaczyna się rajd po gabinetach. I czasem to Asperger, a czasem bardzo go przypominająca niektórymi objawami nerwica natręctw - czyli inaczej zaburzenia obsesyjno-kompulsywne.

Warto wiedzieć, że "wiele dzieci przechodzi okres natrętnych zachowań, które czasem znikają. Dlaczego? W mózgu pojawia się jakby błąd w programie. Umysł bez potrzeby bije na alarm, a nie powstał jeszcze klawisz "stop". Występowanie nerwicy natręctw jest powiązane z deficytem serotoniny. (...) W mózgu dziecka powstają niepokojące, natrętne myśli, które podsuwają straszne obrazy: dom spłonie, mama umrze i tak dalej.
Umysł nakazuje działanie, które ma powstrzymać nadejście dramatu. Myśli jednak ciągle powracają i czynności ochronne stają się kompulsywne." Cytowany fragment pochodzi z lubianej przeze mnie książki Isabelle Filliozat pt. "Moje dziecko doprowadza mnie do szału" - ciekawie, przystępnie i przejrzyście o rozwoju dziecka, jego mózgu i nas rodziców:)

Większość z nas pamięta zabawy w unikanie przerw w chodniku, prawda?

Kiedy więc zaczyna się problem? Czy częste mycie rąk to już to? Paniczne unikanie psich kup na trawniku? Zakładanie codziennie tych samych ubrań? 

Lekarze często twierdzą, że jeśli natręctwo nie zaburza rytmu życia rodziny i nie jest kłopotliwe dla jej członków i samego zainteresowanego, to jeszcze nie jest problem. Zwykle mija samo.
Ale z drugiej strony wiemy, że towarzyszą temu natrętne, trudne myśli. Warto zastanowić się jak możemy dziecku pomóc?

Przede wszystkim  nie współpracujmy z natręctwami, nie róbmy im "specjalnego" miejsca w rodzinie. Jeśli to właśnie wtedy, kiedy od 10 minut myje ręce,  poświęcimy naszemu dziecku więcej naszej uwagi, może się zdarzyć, że mimowolnie sami spowodujemy nasilenie natręctwa. Oddzielmy nasze dziecko od choroby i jasno mówmy chorobie stop.

Nie jestem zwolenniczką skupiania się na problemach. 
Szczególnie jeśli dotyczą dzieci, bo często zdarza się tak, że przez nasze nadmierne zainteresowanie dziecko samo zaczyna czuć się problemem. 
Czasem wystarczy poczekać, poświęcić więcej czasu na wspólny, dobry czas. Tak właśnie było, kiedy moje starsze dzieci przechodziły kilkutygodniowe fazy zacinana się na niektórych literkach. Takie "fizjologiczne" jąkanie występuje  u dużej części dzieci w okresie intensywnego rozwoju mowy, i choć jest męczące, wprawia dzieci w zakłopotanie, najczęściej samo ustępuje dość szybko.  Robienie wokół tego szumu raczej szkodzi niż pomaga. 


Co jeszcze może pomóc?
Nie będę oryginalna: ruch na świeżym powietrzu! To bardzo ważne. A także dobra dieta: unikajmy chemii, korzystajmy z sezonowych warzyw, sięgajmy po dobre tłuszcze. Nie szalejmy z białym cukrem. Urozmaicajmy, cieszmy się wspólnym gotowaniem i jedzeniem. 

Zadbajmy o naszą relację z partnerem. Niewypowiedziane żale, obciążają atmosferę. 

Polecam też praktykę uważności - pozwala na  oddzielanie myśli od człowieka. Niech dziecko wie, że natrętne, trudne myśli to nie ono. Warto wytłumaczyć dziecku, że myśli to tylko jakby telewizor w naszej głowie. Ale to nie MY. Możemy nauczyć się nasze myśli wyłączać, ściszać, nie przejmować się nimi, panować nad nimi. Tak długo jak identyfikujemy się ze swoimi myślami, natręctwa mają nad nami władzę. Mindfulness jest pomocny zresztą nie tylko w terapii natręctw, ale w całym naszym życiu. Znacznie podnosi poziom naszego zadowolenia i zmienia nas i nasze relacje z innymi ludźmi.  


A co, jeśli natręctwa się nasilają? 
Przede wszystkim nie obwiniajmy siebie ani dziecka. 
Ono nie może nic poradzić na to, co się z nim dzieje. 
Ta choroba to splot okoliczności - budowy mózgu, genów.
Możemy ją nasilić, ale nie wywołać!

Wiele osób ma kłopot z sięgnięciem po pomoc lekarza. Bo choć natręctwa to choroba neurologiczna, jest ściśle związana z emocjami i utarło się, że leczą ją psychiatrzy. Zdarza się, że konieczne jest leczenie farmakologiczne. Nie bójmy się tego.
Popatrzmy na natręctwo jak na  niedoczynność tarczycy - trzeba uzupełnić odpowiedni hormon, żeby organizm mógł prawidłowo działać!

Warto szukać dobrych lekarzy, którzy mają doświadczenie i wiedzę właśnie w tym temacie. Warto poradzić się specjalisty, co możemy zrobić, żeby wspomóc proces zdrowienia małego człowieka. 

PS. Jeśli dotarliście do tego miejsca, mam dla Was moją najważniejszą radę. Gotowi?


Najważniejsze - i to możemy zrobić zawsze - zadbajmy o siebie.  Zadbany, zadowolony, wypoczęty rodzic ma więcej siły, cierpliwości. Powiedzmy do siebie wprost: "jestem mamą, tatą wymagającego dziecka. Potrzebuję wsparcia". Płaczmy w ramionach kogoś bliskiego, dawajmy sobie czas na oddech, ładowanie akumulatorów. Szukajmy wiedzy, otwartości, bliskich relacji. 
Szukajmy dobrych chwil, momentów radości i - co niezwykle ważne: skupiajmy się na zdrowej części naszego dziecka. Zauważajmy ją, niech choroba nie zasłania nam cudownej istoty, której towarzyszymy.

PS 2. Nie napisałam nic o terapii behawioralnej, bo nic o niej nie wiem. Ale jeśli jesteście ciekawi, to ten temat też mogę zbadać:)

 

6 komentarzy:

  1. Jak najbardziej takie stany nerwicowe potrafią bardzo skutecznie zablokować nasze szczęście i na pewno warto jest z nimi po prostu walczyć. Osobiście chodziłam na psychoterapię indywidualną https://www.terapiapoznan.pl/psychoterapia-indywidualna/ która przyniosła bardzo fajne efekty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetnie napisany artykuł. Mam nadzieję, że będzie ich więcej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wydaje mi się, że trochę to już się robi choroba cywilizacyjna i na pewno bardzo dobrym rozwiązaniem jest udanie się do psychologa. Muszę przyznać, że odkąd ja zacząłem chodzić do gabinetu https://melka-roszczyk.pl/ to również nauczyłem się walczyć z moimi lękami.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajnie napisany artykuł. Jestem pod wrażeniem.

    OdpowiedzUsuń
  5. To prawda takie kwestie są bardzo ważne w naszym życiu i moim zdaniem również każdy z nas powinien zadbać o właściwe zdrowie psychiczne. Ja również od czasu do czasu uczęszczam do poradni psychologicznej https://dominikhaak.pl/ gdzie znajduję pełne oparcie.

    OdpowiedzUsuń