Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 czerwca 2019

"Dziecko w brzuchu mamy" przepiękna książka dla dzieci o tym skąd się wzięły na świecie.

Bardzo często dostaję od Was pytania o książki - co czytać z dziećmi na temat "skąd się biorą dzieci?"
I zwykle polecam kilka różnych pozycji , żeby się uzupełniały.  
Ale jeśli chcecie jednego tytułu, konkretnego, to właśnie teraz Wydawnictwo SAM wydało książkę ... doskonałą. Tzn ja jeszcze nie miałam w rękach tak fajnej książki dla przedszkolaków i nieco starszych dzieci - zachwycam się!



W zasadzie wszystko jest tu takie jak ma być. 
* Czytelne, wzruszające i ładne ilustracje
* Język współczesny, empatyczny, normalny, nie udziwniony, dostosowany do ... do naszego wspólnego życia:) Ani razu nie miałam uczucia, że coś mi zgrzyta, że czegoś nie chcę przeczytać, albo zastanawiam się jak to odbierze dziecko. Nie miałam poczucia, że to staroświeckie albo medyczne itd. 
* Informacje są rzetelne, prawdziwe, ale podawane zwięźle z humorem (!!!) i bez przegadania - to ważne, bo dzieci mają wiele spraw:) i nie mają czasu na przydługie wykłady dydaktyczne. 
* Konkretna wiedza o seksualności jest podawana w odniesieniu do życia dzieci. I wpleciona w nie  w sposób naturalny - jest integralną jego częścią.
* Wiedza jest nowoczesna i podana z szacunkiem i uwzględnieniem różnorodności nas ludzi. 
* Absolutnie zachwyciło mnie sformułowanie, że rozwijające się w brzuchu mamy dziecko ma już swoją płeć biologiczną. Właśnie to możemy zobaczyć na USG. Genitalia. A kim będzie się czuł ten człowiek, kogo będzie w nim widziało środowisko - to osobny temat. 

Bohaterami książeczki są bliźniaki - Mia i Oskar. Chcą mieć rodzeństwo i ... będą mieli!
Czy to będzie chłopiec czy dziewczynka? 
Czy trzeba się kochać, żeby "się kochać"? 
Czemu seks jest dla dzieci "obrzydliwy"? (mamy tu jasne wyjaśnienie, że dopiero okres dojrzewania przygotowuje ciało do jego funkcji seksualnej, i że seks dzieje się między dorosłymi). 
Czemu małym chłopcom też sztywnieje siusiak? Jak wybrać imię dla dziecka? 
I czy można się całować z pomidorem;)

Podoba mi się, że pojawia się kontekst PRZYJEMNOŚCI - bo tak, warto mówić i pokazywać dzieciom, że wartą ją zapraszać do naszego życia, robić jej miejsce. 
Miejsce na drobne przyjemności. Na wspólną przyjemność. Samodzielną. Na dbanie o siebie i swoje zmysły w każdym tego słowa znaczeniu. To daje potem dobrą bazę do tego, żeby w dorosłości czerpać radość i satysfakcję (również) z seksu. 

W książce pojawia się też starsza ciocia dzieci i z szacunkiem i swobodnie rozmawia z dziećmi o seksualności. Nieco inaczej, mniej szczegółowo niż rodzice, a jednak! 
 

Pojawia się cykl życia - zmieniające się ciało. 
Moja córka zastanawiała się gdzie jest jej miejsce w tym cyklu? A gdzie jest moje. 
Pojawia się cesarskie cięcie, jako konieczny czasem ze względu na zdrowie mamy i dziecka, ale i równorzędny, co poród naturalny sposób przyjścia na świat.
Pojawia się in vitro i jest informacja, że niezależnie jak doszło do zapłodnienia, dzieci są takie same - są po prostu dziećmi. 
Znajdziecie tu zapewne jeszcze o wiele więcej ważnych rzeczy, informacji i tematów:) A obrazki pozwalają na rozpoczynanie jeszcze nowych i nowych wątków, sprawiają, że historia jest jakby otwarta - można rozmawiać dalej w różnych kierunkach, bawić się metaforami - choćby dziurki i klucza.


W tej książce jest lekkość i humor i ciepło połączone z dużą dawką wiedzy - może dlatego, że pisała ją mama-lekarz. 
Czytając ją czułam komfort i radość, że mogę się nią podzielić z córeczką.
I Wam bardzo serdecznie polecam "Dziecko w brzuchu mamy". 
A tu znajdziecie obszerną recenzję obibooki.pl i jeszcze więcej ilustracji.






 





niedziela, 21 października 2018

O tym jak się dziś naoliwiłam od środka.

Poczułam ostatnio taki rodzaj zmęczenia, który oddzielił mnie ode mnie. Takie rozczarowanie, wymieszane z nudą i poczuciem beznadziei. 
Czasem mnie łapie. I wtedy wiem. Pora zwolnić. Pora się zatrzymać. Pora naoliwić duszę, ciało i serce. 
Pora na pytanie. 
Kim jestem?
Kim jestem najgłębiej w środku?
Czy to widać?
Często słyszę o sobie, że emanuję spokojem. 
Hahahahah. Zawsze mnie to bawi. I zastanawia. Czemu od zawsze to widać, a nie zawsze to czuję?
Czy inni widzą moje możliwości, najlepszą wersję mnie, czy odbicia siebie, czy iluzję... Nie wiem, pewnie wszystko po trochu. 
Dla mnie ważne jest to pytanie. Codziennie. Od nowa.
Kim jestem?
Jeśli tracę kontakt z tą istotą siebie, gubię kierunek, sens, radość. Smak. 









































Dziś w pięknym październikowym słońcu błąkałam się w poszukiwaniu czegoś, co mi pomoże i całkiem bezwiednie znalazłam się pod domem mojej babci. Domem w którym żyła i który był dla mnie częścią dzieciństwa, młodości, domem do którego przywoziłam moje dzieci, by z nią pobyły. By zdążyły. 
Wzrusza mnie do dziś ta naturalność z jaką młode ciałka tuliły to pomarszczone, i ta radość z jaką ona brała ich na ręce. 
Przeszłam zwalony płot, minęłam napis "grozi zawaleniem" i powędrowałam w głąb. 


Dom jest w ruinie. Ledwo poznałam salon, sypialnię. Jakby się skurczyły, jakby zmieniły kształt. Na ścianach graffiti,  okna wyrwane z futrynami... 
Za domem ogród. Zawsze był wielki. Ogromny. Miał w sobie wiele tajemnic, zakazanych zakamarków. Czułam się w nim jak księżniczka. Bawiłam się w fontannie, dużej, okrągłej, była moją tajemnicą i skarbem, jakiego nikt inny nie miał.
Zawłaszczałam to wszystko całą mocą kilkulatki i bawiłam się w zamki, rumaki i ucieczki. 
Na końcu ogrodu, jeśli w dobrym miejscu weszło się w krzaki, można było przejść do "tajemniczego ogrodu", o którym nie wszyscy wiedzieli. Było tam wielki drzewo rosnące jakby leżało i można było łatwo się na nie wspiąć. 
Czasem był to ogród wróżek, czasem kogoś złego. 



Z fontanny została kupa gruzu...
Drzewa, moje ukochane mirabelki, które zaglądały do kuchni babci, zniknęły. 
Zostały trawy... Jedno z najwyraźniejszych wspomnień z mojego dzieciństwa to ich kolor i zapach, kiedy zaczynały się roztopy i wychodziły spod śniegu, a ja się w nich bawiłam. Godzinami, które mogły być minutami, ale czas nie istniał, a raczej był rozciągnięty w rożne strony. 









Trawy. 
Trawy spotkałam i dziś. Nie tak pożółkłe. 
Dziś mieniły się w słońcu tak jak i młode drzewka sumaków, które postanowiły rozpocząć tu nowe życie. 








































 

Uschłe badyle, kłosy traw, zwalone drewno, chwasty...
Chłodziłam po ogrodzie, w ręku czułam małą ciepłą rączkę tej dziewczynki, która w wielkiej tajemnicy próbowała wszystkich możliwych kwiatów. Irysy, róże, nasturcje, znikały w moim brzuchu, a ja czekałam - co będzie?
Umrę czy przeżyję?
Strach i ekscytacja. 
Mysz biegnąca w swoich sprawach. 
Śpiewają ptaki.  










































 

Zakwitły dalie u sąsiadów i pchają się przez płot. Takie piękne. 
Poczułam łzy tęsknoty za kobietą, która przeżyła wbrew powstańczej statystyce i dzięki temu mogę być. 
Poczułam  radość, że to miejsce ciągle jest i niepokój, czy zostanie we mnie też, kiedy już nic tu nie będzie. 
Żadnych traw. Tylko bloki. Bloki. Ulica. 
Pomyślałam "puść". 
Niech się dzieje. Niech rosną tu domu i nowe wspomnienia. 
Puść. 
Słońce i ten październik są jakimś darem bogów. 
Ciekawe co dalej. 








































 

A kiedy wróciłam do domu dzieci grabiły liście z Marcinem, żeby wrzucić je do nowego kompostownika. Kot walczył z paprotką. 
Słońce już się chowało i w cieniu zaczęło robić się zimno. 
Tylko czubki drzew błyszczały w słońcu. 
Jestem ciekawa co oni zapamiętają. 
Tak mocno. 
I do czego będą wracać. 
Jaki mam na to wpływ?
To już inna historia:)