Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje rodzica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje rodzica. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 lutego 2022

Konflikt. Przegrana czy szansa?

Nie lubię konfliktów.

Za wszelką cenę unikam konfrontacji.

Staram się być miła.


A może...
Nigdy nie nauczyłam się, jak konstruktywnie przechodzić przez konflikty.
Brakuje mi narzędzi do rozwiązywania konfliktów.
Wydaje mi się, że konflikty niszczą relacje.
A może...
Dobrze i bezpiecznie się czuję w relacjach, także wtedy kiedy pojawiają się w nich konflikty.

Mam wiedzę i narzędzia do tego jak się wtedy zachować.

Czuję, że dzięki ćwiczeniu tych umiejętności i mojej odwadze, moje relacje są coraz głębsze i bliższe.










Mój stosunek do konfliktów ewoluuje. Nie, nie mogę w pełni się podpisać pod ostatnimi zdaniami - ale też nie czuję się już uwięziona w pierwszej serii.

Zapraszam na warsztat o konfliktach. Stacjonarnie, w Warszawie.



piątek, 22 stycznia 2021

Pandemia. Rozmasuj sobie serce.

Grudzień minął a ja nadal mało piszę. 

Wyrzuciłam fb z telefonu. 

Wszystko wydaje się trudne i trochę straszne. 



Osunęłam się już głęboko w głąb. 

W "nie wiem". 

W "nie". 

Głęboko w sam środek "boję się". 

W "czy jestem coś warta, kompetentna, potrzebna?"

Głęboko w wątpliwości dzielone na cztery i zajadane ciastkiem, zawijane w koc. 

Nie, to nie jest depresja. 

To nie są jakieś "zaburzenia". 

To kawałek mnie i mojego życia, który teraz potrzebuje uznania, ugłaskania, przytulenia, zobaczenia i zintegrowania. 

To nie coś do wyleczenia. 

To coś do pokochania. 



Przyglądam się cyklom, sensom i zakrętom w życiu. Czasem miesiącami jestem na fali, surfuję w pięknym flow, w mocy. Czasem spadam i boję się, czy w ogóle potrafię jeszcze wdrapać się na deskę. 

W tym roku ten cykl jest inny, podbity pandemią. 

Pamiętajcie o tym, dobrze?

Pandemia to nie przelewki.

Kiedy wymagacie od siebie więcej, kiedy złościcie się na siebie, albo bliskich. 

Kiedy oceniacie siebie daleko poniżej minimum rodzicielskiego czy innego.

Kiedy jesteście gotowi docisnąć sobie poprzeczkę... 



Ok, rzeczywiście, są rzeczy które trzeba ogarnąć.

Ale najpierw można wskoczyć do wanny. Zrobić sobie herbatę. Poruszać się. Porozmawiać z kimś życzliwym. Poczytać książkę. 

Między muszę, powinnam, włożyć "chcę", "wybieram". 

Wybieram spacer do lasu. 

Wybieram poproszenie o pomoc. 

Wybieram odgrzewany obiad. 

Wybieram ...


Większość z nas potrzebuje rozmów, kontaktu, spojrzeń, energii innych ludzi. 

Wzajemnie się zmieniamy, inspirujemy, wkurzamy, napędzamy, doładowujemy.

Teraz jest tego mało, o wiele za mało. 

Nie zastąpi tego onlajn. 

Wybuch śmiechu, czułe objęcie, działają inaczej z bliska. 

Dostrajamy się do siebie, rozwibrowujemy inaczej, kiedy fizycznie jesteśmy blisko.

Łatwiej nam też czasem (a czasem trudniej...) odpowiedzieć na to najważniejsze pytanie: "kim jestem", kiedy obok są inni. Kiedy się zaczepiamy, ścieramy, ograniczamy.

Kim jestem w sali pełnej uczestników warsztatów? Kim jestem wśród przyjaciółek?

Kim zamknięta w domu, ciągle z dziećmi?

Nie wybraliśmy tej izolacji, nie wyruszyliśmy do pustelni z zamiarem medytowania, za grubą kasę i z obietnicą certyfikatu.

To ona: zima zmieszana z pandemią nas wybrała. 

Zapędziła w ciemny róg, a może zaprosiła do spotkania?



Świat wokół nas nie lubi nie wiedzieć. Nie lubi bezradności, wahań, niewiedzy, lęku i rozpadania. 

Odwraca się od nich. 

Ale to tak jakby uznawał tylko jedną swoją połowę. 

Nie da się żyć w połowie.

Albo żyjemy, albo udajemy. 

A że zaboli?

Tak. 

Ale poczujemy. 




Zgodzić się na to, że czasem jest źle, czasem boli, czasem się boimy, oberwiemy, popłaczemy, wygłupimy, coś spieprzymy, to zgodzić się na to, że czasem nam się uda, czasem zatańczymy, czasem pokochamy, czasem pofruniemy. My. Nie nasza połowa. 



sobota, 19 grudnia 2020

Grudzień.

Grudzień to płakanie, rozpadanie się i ciemność.

Trudno mi w Grudniu. 

Sprawy przelatują mi przez palce, szwy się prują i nie mam nawet pomysłu, żeby pędzić po igłę i nitkę. 

Pozwalam im rozkładać się wokół mnie na podłodze i płaczę. 


Płaczę, bo pies znów wykopał dziury w ogrodzie, zwiał do sąsiadów i narobił im szkody.

Płaczę, bo przerasta mnie bałagan w pokoju córek.

Płaczę, bo czuję się bezradna i niewydolna jako człowiek i matka. 

Płaczę, bo codzienności jest za dużo i taka powtarzalna...



Trudno mi z tobą Grudniu. Ale też trochę już się ciebie nauczyłam przez te 45 lat.

Zapisałam się na regularne masaże i dogrzewanie taką specjalną lampą (bosze jakie to jest dobre).

Kupiłam świece pachnące wakacjami i życiem. Palę je codziennie w całym domu. 

Mam rytuał dodawania olejku eterycznego do porannego kremu i kocham tak ładnie pachnieć. 

Nie naciskam. 

Nie naciskam na siebie, nie naciskam rzeczywistości.

Może lepiej by było napisać: staram się. Staram się nie naciskać. 

Pytam się siebie z czułością: kim dziś jesteś?

Zaglądam do środka, i jeśli tylko znajduję jakiś supeł... Płaczę, albo przeklinam, zależy do czego mi akurat bliżej. (Dziękuję, że mam do kogo płakać!... To bezcenne.)

Płaczę i przeklinam. Masuję i otulam. 

Szczególnie w grudniu.


Przykro mi, że na blogu pusto. 

I że zdjęć nie robię. 

Ominęłam większość wydarzeń, na które się zapisałam. 

Ale tak to jest w grudniu. 

Bo wiecie?

Nie da się zadbać o siebie bez... bez zadbania o siebie. 

Zrozumiałam to ostatnio bardzo wyraźnie na warsztacie z Kamilą z Dobrego Ciała. Poszłam na ten warsztat drugi raz, bo po pierwszych taaaak dobrze się czułam! A nie mogłam sobie przypomnieć ćwiczeń i tego dlaczego. Nie mogłam tego rozkminić, bo wszystko było taki... Delikatne.

I załapałam.

Na tych warsztatach - polecam je każdej kobiecie z całego serca! - po prostu dbałam o siebie. 

Kamila w tym pomaga, ale przede wszystkim daje na to czas i przestrzeń.

Żeby się rozluźnić.

Odpocząć.

Zrelaksować.

Bo nie ma innej opcji jak dać na to czas i przestrzeń. 

A właśnie o to czasem jest najtrudniej. 

Zostawić wszystko, rozłożyć ręce, niech wszystko wypada. 

Położyć się na macie, zamknąć oczy, zapaść w podłogę i ciemność. 

Oddychać. 

Oddychać. 

Czuć. 

Głaskać każde napięcie. 

Oddychać. 

Nie trzeba wiele. 

W zasadzie prawie nic. 

Czas i przestrzeń. Kawałek ciszy, kawałek koca i podłogi. 

Zostawić wszystkie ważne i nieważne rzeczy i sprawy.

Odpuścić.

Olać. 

Poprosić o pomoc. 


Trudno mi z tobą Grudniu. 

Nie piszę.

Nie robię zdjęć. 

Nie mam pomysłów na nowe i pozwalam na to. 

Pozwalam na wewnętrzną zimę i boję się, że ona się już nie skończy. 

Trochę ufam, że tak, że jednak minie, bo pamiętam jak mnie rozsadzało latem, ile miałam w sobie energii i siły. Bo pamiętam ten cykl z zeszłego razu, i zeszłego...

A jednak za każdym razem, kiedy pozwalam sobie na wewnętrzną gawrę, jaskinię i zimę... Boję się i potrzebuję opierać na sobie mocno. Boję się, że świat nie zaczeka. Boję się, że coś stracę. Boję się, że biznes mi upada. Boję się, że ..

Trochę tego jest. 

A ja jestem w samym środku. 


W środku, z którego nie widać jeszcze światła. 

W środku, z którego nie ma pewności, że to nie koniec. 

W środku, w którym oparcie jest jeszcze głębiej, w jeszcze większej ciemności i pustce. 


Mam luksus zapadania się i otaczania ciemnością. Mam luksus pozwalania sobie, odpuszczania. 

Dziękuję ci Grudniu. 

Bez ciebie by mi się nie udało. 








piątek, 20 listopada 2020

Mama.

Czasem budzę się i wydaje mi się, że tylko udaję mamę.



Całe to pieczenie gofrów i chodzenie na zebrania...
Myślę, że nie ugotuję już nigdy pomidorowej, bo sama myśl o tym sprawi, że wybuchnę i rozpadnę się na maleńkie odłamki.
Nie przytulę, nie pocieszę, nie ogarnę.
Nie mam w sobie ani kawałka do dania.
Chcę tylko zwinąć się w kłębek i zapomnieć o wszystkim.
Dzieci? Jakie ***** dzieci?!!!?

Czasem myślę, że wszyscy są dorośli tylko nie ja. I że znają jakiś tajemny składnik, jakiś przepis, wiedzą coś czego ja nie wiem, mają klucz, którego ja nie mam. I pozostałam dzieckiem. I gubię się, plączę, nie dorastam.

Patrzę na rozmawiające koleżanki czy znajomych i wiem, głęboko w sobie czuję: one wiedzą. A ja nie wiem o czym. Odstaję. Nie przynależę. Nie powinnam być mamą, bo mi tego tajemniczego czegoś brakuje!

Czasem wydzieram się, czasem płaczę, czasem...

Kiedy tam jestem, to jest tak rzeczywiste. Tak prawdziwe ze zapominam o naszym domu, o codziennych (prawie) obiadach, o planszówkach, o śmiechu, o trosce, o nocach przy dziecięcych oddechach, o ... O tym wszystkim co codziennie robię. Robimy.

Co pomaga?
Telefon do przyjaciółki.
Długie dobre płakanie.
Rozmowa.
Weekend w samotności.
Tata dzieci, który przejmuje czasem więcej obowiązków na siebie.
Zrozumienie.
Głupi film.
Sen.
Inni, którzy mówią: ja też tak mam.


I pomaga też pamiętanie, że mama to nie ktoś kto zawsze daje radę samodzielnie.
Mama też potrzebuje.

Mama to też ktoś do zadbania.

Ostatnio zadzwoniłam do mojej mamy, mówiąc, że ja mam dość bycia mamą, słuchania 1000 "mamo" dziennie! Ja chcę marudzić! I jęczałam jej w słuchawkę "Mamo!!!! Mamooooo!!!!!!Aaaaaaaa....!!! Ja chcę... Bo on....aaaa"
Na koniec tak się śmiałam, że zrobiło mi się trochę miejsca w brzuchu.

Tak, są takie dni, że odstaję. Sama od siebie i od całego świata.
A są takie, że czuję się spokojnie kompetentna.
I wszyscy mamy tak i tak.
Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.
I pamiętajcie. FB/instagram kłamie;)



wtorek, 2 czerwca 2020

Rowerek.

Rowerek. 
Zwykły, różowy, z dodatkowymi kółkami a potem kijem z tyłu. 
Wybrała go sobie w wielkim sklepie. 
Z małą rączką w dużej ręce. 
Z radością na upaćkanej lodami twarzy. 
Rower!
Prawdziwy!
Już nie fotelik na rowerze taty. 
Już nie wózek. 
Rower!
Starsze rodzeństwo ma swoje własne Rowery. 
Swoją wolność i niezależność. Swoją sprawczość i odwagę. 
Swoje podróże. 
Ona jest najmłodsza. 
I teraz wreszcie go ma. 
Nie po siostrze, nie po bracie jak większość rzeczy;)
Od teraz z nowym zapałem ubiera się rano i pedałuje do przedszkola. 
Rozpiera ją duma. Przerasta ponad małą rowerzystkę.  Widać ją dookoła w połyskującym powietrzu, jest ...wiiiiieeeeelllllka!
Rower!
Dwa duże kółka i dwa małe. 
Rower się chybocze. 
Pod przedszkolem inne dzieci.
"Mamo, a dlaczego ona ma dodatkowe kółka?"
"A ja już jeżdżę na dwóch!"
I tak miesiąc po miesiącu. Rok po roku.
A także w zerówce. 
Kiedy już WSZYSTKIE dzieci jeżdżą na dwóch kółkach, na dużych rowerach. 
"Czemu ona nie jeździ sama?" dzieci pytają głośno swoich zakłopotanych mam i tatusiów. 
A ona niezrażona. 
Codziennie pyta znów z nadzieją w głosie: "Mogę dziś jechać rowerem?"
I przychodzi pandemia. 
Ten dziwny czas. 
A ona mówi: "Dziś nauczę się jeździć na rowerze sama! Jestem gotowa!"
Naprawdę tak mówi!
Ćwiczy kilka dni, wytrwale, na drodze przed domem. Z tatą.
A kiedy się udaje, prosi o nagranie filmu. 
Starszy brat uczy ją jak startować.
W końcu jedzie do babci i dziadka, którzy patrzą przez płot, jak ona potrafi. Na dwóch kółkach!
Teraz może pojechać na wycieczkę z młodszym kolegą, który już dawno śmiga.
Dociera do lasu.
Dociera nad Wisłę.
Kilometr. Dwa. Pięć. 
Pytamy. "Czy nie jest Ci niewygodnie, na tym małym rowerku?
Tu jest większy, akurat dla Ciebie."
"Nie!"
Przebiera nóżkami szybko, żeby nadążyć za nami, za naszymi wielkimi rowerami. 
Ona chce jeździć TYLKO na swoim małym, różowym rowerku. 
Aż pewnego dnia, bez zapowiedzi, mówi: "Od dziś będę jeździła na dużym!" 
Wsiada. 
I pędzi. 
Choć nie wie jak hamować i jak zakręcać. 
Tego uczy się w biegu. 
Taka dumna. W kasku i ledwo sięgająca ziemi. 
Na wycieczce ze starszym rodzeństwem i rodzicami. 
Dociera po lody na sąsiednie osiedle. 
Sama wie, kiedy chce próbować. 
Sama wie kiedy jest gotowa. 
Sama decyduje. 
Dokładnie wtedy, kiedy poczuje, że już, kiedy się upewni. 
Rozkłada skrzydła. 

PS. Mówiła, całymi zdaniami, kiedy miała rok z hakiem. Chodziła na półtora. Długo bała się zjeżdżalni. Potrafi chodzić kilometrami, ale rano, kiedy ruszałyśmy do przedszkola, prosiła zwykle: "mogę w wózku?" i dosypiała jeszcze 15 minut:)
Kiedy inni wbiegają na przeszkodę, ona staje i obserwuje. Dopiero po chwili decyduję: Idę! Albo zostaję. 

Za każdym razem, kiedy tak było, nurkowałam w siebie i utulałam swoje lęki. I mówiłam, ok! Masz czas. Sprawdź jak Ty się masz. 
I sprawy się działy. 
Miesiąc później niż oczekiwałam, dwa miesiące, albo 13. 
Nie wg mojego kalendarza. 
Ale łagodnie. 
I radośnie. 

Zaufanie, to coś, co warto w sobie pielęgnować i wzmacniać. Ono dodaje skrzydeł. I dzieciom i dorosłym. 
Zawstydzenie, niepewność, to coś co się zdarza. 
Bo inni, bo patrzą, bo czy wszystko w porządku. Bo starszaki zaczynały wcześnie. 
Oddycham. Oddycham.
Staram się na nią patrzeć.
Taka właśnie jest.
Różna. 
Zakasująca.
Niezwykła.
Moja córka. 

Nie potrzebuje popychania, ciągnięcia. Nie potrzebuje mojego niepokoju. 
Potrzebuje właściwego miejsca i czasu. 
I kasku. 



poniedziałek, 16 marca 2020

Kwarantanna - ile szkoły wpuścić do naszych domów?

Jesteśmy w domach. 
Mierzymy się każdy po swojemu z sytuacją kwarantanny. Zapewne pojawiają się różne uczucia. 
Często wiele na raz. 
Pojawiają się poczucie złości, lęk i niepokój, może ulga, bliskość, wdzięczność.
Jesteśmy w domach z naszymi bliskimi.
Nasze dzieci dostają ze szkoły prace do wykonania.
To dla nauczycieli ważne, żeby ten - za pewne długi - czas nie był (z ich perspektywy "straconym") czasem wakacji dla dzieciaków.
Rozumiem to. Takie są wytyczne. 
Nie chcę Was odwodzić od wywiązywania się z tych zadań.
 

 

 
Zapraszam Was za to do stworzenia własnego domowego BHP w tej sprawie. 
Bo dom to nie jest szkoła. 
Możemy ustalić własne reguły, sposoby na to jak będzie wyglądała nauka.
1. Dajmy sobie czas. 
Po pierwsze, dla nas wszystkich ta sytuacja jest nowa.
POTRZEBUJEMY mniej lub więcej CZASU żeby się z nią oswoić. 
Mamy też różne systemy adaptacji, różne temperamenty, różne strategie, żeby sobie radzić w sytuacji kryzysowej. 
Nie oczekujmy od siebie i od dzieci, że zaadaptujemy się natychmiast i jak roboty przystąpimy do działań. 
Bo by te działania były konstruktywne, najpierw potrzebujemy zadbać o emocje. 


2. Ustalmy realne priorytety.
W sytuacji kryzysowej, nie udawajmy, że kryzysu nie ma. Niewiadoma, zmiana, przymus... To wszystko może powodować napięcie.  
Dla każdego to napięcie jest jakimś wyzwaniem.
Najważniejsze jest dla mnie żebyśmy ten czas przeszli razem, bez dokładania sobie stresu. 
Bądźmy dla siebie wzajemnie wsparciem.
Żebym ja była wsparciem dla dzieci, potrzebuję najpierw wspierać siebie: łapać oddech, rozmowy z dorosłymi, ruch, świeże powietrze, medytację, drobne przyjemności.
Tylko będąc spokojna, mogę zarażać spokojem, czyli:


3. Dbam o siebie, żeby móc zadbać o innych.
 
 

4. Pamiętam też, że dzieci uczą się cały czas. 
I nawet jeśli materiał szkolny jest dla nich ważny, to najważniejsze jest teraz to czego uczą się o sobie, o nas, od nas. 
Dzieci uczą się głównie z obserwacji swoich opiekunów.
Pokazujmy im troskę, odpowiedzialność, pokazujmy im to na czym nam zależy. 
To będzie ich wielka życiowa lekcja. 
 

5. Uczenie się,  odrabianie lekcji w  stresie nie ma sensu. Nasz mózg do nauki potrzebuje radości, entuzjazmu, spokoju. Emocje najpierw. Słońce i ruch najpierw. 
6. Jeśli nauka w domu, zajmowanie się materiałem szkolnym, powoduje, że w Waszej rodzinie pojawia się krzyk, groźby, rozważcie, czy warto? Z mojej perspektywy, żaden materiał szkolny, nawet zdanie do następnej klasy, czy zdanie matury nie jest warte zepsutej relacji, zniszczonego zaufania. 
Materiał nadrabia się łatwiej niż leczy rany na duszy. 
 

7. Rozmawiajmy z dziećmi. 
Ograniczmy radio i telewizję - niech wiadomości nie płynął do dzieci otwartym strumieniem, ale rozważnie. 
Media lubią straszyć. My wiemy jakiego języka użyć, żeby nasze dziecko zrozumiało to na czym nam zależy, ale nie wpadało w panikę.
Warto próbować mieścić uczucia dzieci, abstrakcyjne czasem pytania i wyobrażenia.Normalizować je. Urealniać. 
 

8. Może to czas, że dzieci będą potrzebowały więcej bliskości, może będą chciały znów spać z Wami, choć dawno przestały. Jeśli macie na to przestrzeń, pozwólcie im. 
Jesteśmy ssakami i nasze ciała i serca lubią regulować się w stadzie:)
 

9. Pamiętajmy: stres redukuje się najlepiej poprzez ciało, wysiłek fizyczny, ruch. Zanim posadzimy dzieci przy biurku, niech się poruszają, wyskaczą, wykrzyczą!
Nie przełykajmy naszych uczuć, nie zamrażajmy ich, jeśli to tylko możliwe.  
Jeden taniec do szalonej muzyki da nam teraz więcej niż tabliczka schorzenia, tfu, mnożenia. 










PS. Postaram się niedługo zrobić dla was wpis o oddechu. o ćwiczeniach oddechowych z dziećmi.
Trzymajcie się!












sobota, 14 marca 2020

Spirala wstydu, spirala światła.

Bardzo często doświadczam tego, że w moje życie jest jak spirala. Sytuacje, uczucia, doświadczenia powtarzają się, ale za każdym razem mam więcej świadomości i ląduję odrobinę gdzie indziej. 
Ciekawa jestem czy świat też jest na takiej spirali? Coś mi mówi, że tak:)

 


Dziś przychodzi mi na myśl spirala wstydu i spirala światła. 

 

Obie mam w sobie i jedna boi się drugiej. 
 

Im więcej wstydu, tym trudniej o światło.
Im więcej światła tym mniej wstydu. 
 

Wstyd nie lubi światła.  
Kurczy się wtedy, a nawet znika. 



Nie zawsze tak było. Kiedyś być może były jednym. 
 

Bardzo przekonuje mnie rozróżnienie jakie robi Agnieszka Stein, dzieląc wstyd na ochronny i toksyczny. 
 

Jak je rozpoznać?
Kiedy byłam dzieckiem i nie chciałam się odezwać do kogoś obcego, mój wstyd mnie chronił. Może to groźny obcy? Może nie miły? Potrzebuję czasu, żeby się rozeznać.  Po obserwacji może zmienię zdanie i uznam, ok, ten człowiek nie jest groźny, że mogę się przywitać.

Taka obserwacja mogła trwać 20 minut.

Mogła godzinę.

Trzy dni.

Tydzień.

Rok.

Dwa lata.

Chronimy siebie, aż zdobywamy dość wiedzy i zaufania, żeby zdecydować się na powiedzenie: "dzień dobry".
 
 



 

Albo inaczej.

Mam 8 czy 9 lat. Bez skrępowania chodzę po domu nago. Moje ciało służy mi do skakania, biegania, wspinania się po drzewach. Służy mi do sięgania, tulenia, głaskania. Ale jestem w obcym miejscu i nagle potrzebuję zamknąć za sobą drzwi, kiedy mam się przebrać. 
To zawstydzenie mówi mi: nie znam tych ludzi, nie ufam im, chronię się.
 

Wstyd ochronny to bycie ze sobą w kontakcie. To ostrożność w kontakcie z nieznanym. Dlatego, że to jest Nieznane. 
Wstyd ochronny jest związany z takim uczuciem, że jestem ok i mogę zaufać temu co czuję. 



"No, nie wstydź się!"
"Przywitaj się ładnie!"
"Powiedz to głośniej!"
"Dlaczego nic nie mówisz?"
"A co on taki uczepiony mamusinej spódnicy?" 



Światu czasem niewygodnie z tym czasem, którego dzieci potrzebują, żeby stać się śmielszymi - czasu, kiedy obserwują, uczą się, doświadczają, zbierają dane i wyciągają wnioski. 
A potem są uprzejme, zgodnie ze sobą i oczekiwaniami dorosłych. 
Chwilkę późnij. Kilka minut, miesięcy czy lat później, co wymaga od nas umiejętności znoszenia dyskomfortu - co o mnie pomyślą? Jaki ze mnie rodzic, że moje dziecko nie podaje łapy... Tzn. ręki. 



Ten dyskomfort może być trudny. 

  





Szczególnie dla dorosłych, którzy dużo się wstydzą, ale wstydem toksycznym. 
On nas nie chroni. 
On nie namawia do ostrożności. 
Wprost przeciwnie. 
On podpowiada nam: coś jest z tobą nie tak. Jesteś beznadziejny. Wstydź się siebie! 
Zrób coś/wszystko, żeby nikt nie zobaczył jaki jesteś. Żeby nikt nie zobaczył, że się wstydzisz! Milcz! Nie mów prawdy! Nie pokazuj, co czujesz. Nie ufaj sobie! Dostosuj się za wszelką cenę! 
A przede wszystkim:  WSTYDŹ SIĘ! 
 

To przez ten wstyd szłam kiedyś wiele kilometrów, chociaż bardzo bolały mnie stopy w nowych butach. Szłam, bo byłam na randce i bałam się ją popsuć, swoim "marudzeniem". Kiedy już wróciłam do domu miałam buty pełne krwi, ale za to nie miałam najmniejszych paznokci u stóp. 
 

To przez niego wiele razy nie krzyczałam w swojej obronie. 
Nie skarżyłam się starszym. 
Nie mówiłam "nie". 
Nie mówiła "tak". 
Zjadałam potrawy, które mi nie smakowały. 
Nie otwierałam okna, chociaż było mi duszno. 



To przez niego wiele razy nie stawałam w swojej obronie. 



Wstydziłam się prosić o pomoc. 
Wstydziłam się mówić, co lubię. 
Wstydziłam się mówić, co na prawdę czuję.  

I dalej tak bywa.



Wstyd toksyczny zarasta nas od środka i zabija wstyd ochronny.
Ważniejsze staje się bycie akceptowanym, lubianym, niż bycie autentycznym. Sobą. Niepowtarzalnym. Zwykłym. Sobą.
Oczywiście. 
Kiedy polubią nas nieautentycznych, nie może na sto nakarmić. 
Dalej chodzimy głodni i przestraszeni. 
I zawstydzeni sobą. 
 

Pamiętam wiele chwil, kiedy mój wstyd - ten toksyczny - powstawał. 
Kiedy babcia przyłapała mnie kilkulatkę na oglądaniu, co mój kilkuletni kolega ma w spodniach.  Rozpętała trzecią wojnę światową. 
Kiedy wróciłam zapłakana ze szkoły, bo po drodze na ulicy zaczepiły mnie jakieś dzieciaki i wołały za mną jakieś przykre rzeczy. Babcia powiedziała krótko: To na pewno Twoja wina! Trzeba było się na nich nie patrzeć!
Kiedy nie umiałam odpowiedzieć na pytanie przy tablicy i nauczycielka krzyczała na mnie coraz bardziej a ja miałam coraz większą pustkę w głowie, aż w końcu wywrzeszczała na mnie: "Zero! Stawiam ci do dziennika zero! Nie zasługujesz nawet na dwóję!:" I zrobiła to. 
Kiedy płakałam z bólu, a dorośli  powtarzali: nic się nie stało.  
Kiedy mówiłam co czuję, a ktoś ważny dla mnie zaczynał się śmiać. 
Kiedy mówiłam, że nie chcę, a musiałam "założyć czapkę". 
Kiedy ...


 




 



Pamiętam też wiele chwil, kiedy mój wstyd - ten toksyczny - słabł. 
Kiedy otworzyłam serce przed przyjaciółka, opowiedziałam, co czuję, kim na prawdę jestem,  i zamiast nagany dostałam akceptację. 
Kiedy ważny dla mnie ktoś mówił: ufam ci. 
Kiedy ktoś się mną zwyczajnie ciekawił.
Kiedy prosiłam o pomoc i nie dostawałam litości a wsparcie.
Kiedy słyszałam: też tak mam, i ja, i ja.  I ja. 
Kiedy słyszałam: rozumiem.
Kiedy zamiast udawać, odważałam się być.
Kiedy mówiłam. Głośno. Ja. Ja. Ja. Taka jestem. Zobacz. 
I widziałam miłość. 
W oczach. 
 

Z czasem zaczęłam ją widzieć też w lustrze.  
 
 



 

W końcu tej miłości było tyle, że mogłam uchylić drzwi i wpuścić trochę światła. 
Powiedzieć: wstydzę się. Wstydzę się nawet tego, że się wstydzę. 
I zrobiło się lżej.  
Oświetlony wstyd staje się dziwnie mały, mniej groźny. Mi zajęło to wiele czasu. Całe długie lata. I wiele przyjaznych dusz po drodze. 
Teraz coraz rzadziej ten wstyd zaciska mnie całą i każe się kurczyć aż do zniknięcia. 
Rozmasowuję go. Ogrzewam w ramionach. Głaskam i mówię do niego czule. Wypłakuję. 


Coraz częściej ten wstyd daje się przerabiać na wspaniałe anegdoty. 



Bo śmiech z siebie transformuje go w coś lepszego.  Śmiech radosny, śmiech wspólnotowy, śmiech z brzucha, głupawka, szemranie, perlenia, gulgotania, w cudownym razem. W uwalniającym poczuciu doskonałej niedoskonałości naszego człowieczeństwa.
 


PS. Zdjęcia moje. Oprócz:
Ilustracja pochodzi z książki "Badacze kosmosu". Uwielbiam dziecięce książki o kosmosie, bo w końcu coś z tego rozumiem!
Zdjęcie Celeste Barber pochodzi z jej instagrama, który Wam nieustająco serdecznie polecam. Tu mały kawałeczek o niej:) Jest remedium na wielki kawał wstydu. I cudownie masuje przeponę!
Kocham Celeste!
Oba pudełeczka to prezenty: jedno od Córki, drugie od Przyjaciółki. Działają wspaniale, wypróbujcie:)

A tu jeszcze dla Was bardzo świetlista piosenka... India Arie: I AM LIGHT.
Ukochajmy nasz wstyd i idźmy do światła:)












poniedziałek, 27 stycznia 2020

Czy już Wam ktoś dzisiaj mówił, że jesteście ok? Jesper Juul "O granicach"

Właśnie dostaliśmy do czytania od Wydawnictwa MIND 
nową książkę Jespera Juula "O granicach". 
Trafiła w czas, kiedy dużo o nich myślę, kiedy je czuję i intensywnie poznaję. 
czytam, czytam i co chwila wybucham płaczem, ze wzruszenia, ze smutku, nieokreślonej bliżej tęsknoty, z poczucia zrozumienia.

 "Współcześni rodzice, którzy są gotowi podejmować odpowiedzialność za relację z dziećmi, stoją dziś przed nie lada wyzwaniem. Z jednej strony powinni oddać im dużą część władzy, która tradycyjnie sprawowali rodzice, a zarazem nie oddawać im przywództwa w rodzinie. Tylko niewielu dorosłych potrafi zrobić to ot tak, od razu. Jest to umiejętność, której można się nauczyć jedynie w relacji z dzieckiem."

Czy już Wam ktoś dzisiaj mówił, że jesteście ok? 
Że wszystko jest z Wami w porządku?
Że błędy i potknięcia to naturalna cześć drogi, i że to ok, że ważne tylko, żeby brać za nie odpowiedzialność?
Nie obwiniać siebie, nie obwiniać innych, ale uczyć na pomyłkach!
Kocham Pana, Panie Juul!






























 










Tak bardzo potrzebuję to słyszeć i czytać, tak bardzo widzę te potrzebę w innych rodzicach. 
Usłyszeć, poczuć, zobaczyć w oczach innych ludzi nie ocenę, a zrozumienie. Akceptację. 

"Umiejętność, której można się nauczyć jedynie w relacji"... 
 

i jeszcze to:
"Poznanie swoich granic wymaga czasu: wiele z nich wyczuwamy instynktownie, ale odkrycie innych zajmuje lata. Równie długo trwa nauka kompetentnego komunikowania ich bliskim. Paradoks polega na tym, że tylko wtedy możemy poznawać swoje granice, kiedy ktoś je przekracza. I tak samo tylko wtedy jesteśmy w stanie dostrzegać cudze, kiedy się z nimi zderzamy albo je przekraczamy."
Nie potrzebujemy do tego zawstydzania, gróźb ani kar. 
Nie potrzebujemy być odrzucani.
Potrzebujemy zgody na ten proces. 
Potrzebujemy poczucia bezpieczeństwa. 


Jesper Juul uważał, że rodzice nie muszą się ze sobą zgadzać. W zasadzie, pisał, jedyne do czego na prawdę warto, żeby się zgadzali, to właśnie to: różnice są ok. 
 

Ja mogę być taka. 
Ty taki.  
Poznajmy się. 
Ciekawi mnie kim jesteś. 
Pokaż mi. 
Ja też Ci pokaże. 
Proszę uszanuj to. 
 

- Zrobić Ci herbaty?
- Tak. Ale proszę w tym mniejszym kubku w różowe kwiatuszki. Nie lubię pić herbaty w tym niebieskim. 


Oszałamiająca perspektywa. 
Wolność. Wybór. 
Kim jestem?
Jestem osobą która chce herbaty. Ale w TYM kubku. Bo tamtego nie lubię. 


Prawo do mówienia o tym czego chcę, począwszy od drobiazgów, a skończywszy na sprawach wagi "państwowej", ma ogromne znaczenie w procesie naszego kształtowania się. 
I nie chodzi o jakieś tam zachcianki.
Chodzi o kontakt ze sobą, o wiedzę kim się jest. 
O ROZPOZNANIE. 
Nie nie mogę mieć wszystkiego, co chcę i tak jak chcę, to zresztą nie ma znaczenia. 
Ważne czy mam prawo to o sobie wiedzieć. 
I czuć się z tym dobrze.
Czy kiedy rozpoznam siebie, to mogę bezpiecznie BYĆ dalej sobą - w relacji z Tobą, czy muszę siebie zanegować, żeby przynależeć, żeby zasłużyć na "miłość".


Juul mówi jasno: prawdziwa bliskość jest możliwa, nie kiedy jesteśmy tylko mili - ona potrzebuje przede wszystkim naszej autentyczności, naszej prawdy. 
Podobnie mówi Brene Brown.


Nasze małe, czy duże "chcę" i "nie chcę", pokazanie się światu, wymagają odwagi, ale mogą sprawić cuda. 


Pamiętam jak kiedyś, w liceum stałyśmy z moja przyjaciółką na peronie dworca Powiśle. Kopiłyśmy dwa rożne soczki w kartoniku, ze słomką. Piłyśmy je i patrzyłyśmy na siebie. 
Wolałam jej sok. 
Pamiętam te chwilę w każdym szczególe. 
Myśli. 
Pij, to tylko sok. Zezłości się na ciebie, będzie głupio, znielubi cię...
I pamiętam tę szaloną decyzję by zapytać - a może się zamienimy. I jej ulgę, bo ona wolała mój sok. 
Przywrócony ład, poczucie wspólnoty. 
 

A gdyby ona nie chciała się zamienić?
Czy dalej mogę "chcieć" jej sok?
Czy mogę zaufać, że ona podejmie decyzje o zamianie zgodnie ze sobą, że mnie potem nie obwini, że wymusiłam zamianę?
 

Kiedy obie strony mają prawo do swojego "chcę" (czyli mają zdrowe granice!) i ufają sobie, nie ma miejsca na winę. 
 






A jak to jest w życiu rodzicielskim?
Dziecko chce oglądać kolejną bajkę - rodzic nie chce, żeby dziecko oglądało i decyduje o końcu oglądania. 
Dziecko przeżywa frustrację i wyraża ją czasem dość intensywnie. 
Rodzic może poczuć, że jest złym rodzicem, bo przez niego dziecko płacze... 
Może poczuć złość, że dziecko nie respektuje jego decyzji. 
Może krzyczeć: "Uspokój się, przecież się umawialiśmy!"
Może ukarać. 
Może zawstydzić. 
W ten sposób pokazujemy dziecku, że jego frustracja, jego smutek i złość, jego chcenie kolejnego odcinka to coś złego. Coś godnego potępienia. Coś co nie jest mile widziane. 

A gdybyśmy uznali że to "chcenie" to coś bardzo ważnego? I że ta frustracja to naturalny, zdrowy proces?
To chcenie, to właśnie to, kim teraz jest mały człowiek: kimś kto chce oglądać dalej!
Kimś kto jest wściekły, że nie może. 
I smutny. 
Gdybyśmy w tym momencie, całkiem przypadkiem byli najedzeni, wyspani i spokojni;) i mieli dość przestrzeni, żeby zobaczyć DRUGIEGO CZŁOWIEKA z jego "chcę"? 
Dość przestrzeni, żeby UZNAĆ jego potrzeby?
"Widzę, że chcesz oglądać dalej bajkę. Ja tego nie chcę" 
Widzę Cię. 
Widzę Twoje chcenie. 
To ok, że chcesz czegoś innego niż ja. 
Rozumiem, że przezywasz teraz frustrację. 
Jestem tu. 
Nie odrzucam Cię, tylko z tego powodu, że Twoje CHCĘ jest inne niż moje. Że Twoja frustracja jest dla mnie niewygodna.


Decyduję.
Biorę odpowiedzialność. 
Nie muszę być doskonałym rodzicem. 
Ty nie musisz być przedłużeniem mnie. 
Zgadzam się na nasze różnice. 
Na uczucia. 
Emocje. 
Spory. 


Nie zgadzam się na kolejna bajkę, ale zgadzam się na Twoje CHCĘ, na to kim teraz jesteś. 
Nie przestrasza mnie to.
Nie sprawia, że nie umiem już rozpoznać czego ja chcę. 
 

Oczywiście...  Często tak właśnie bywa, że czyjeś nie nas jakoś rozbija, ale możemy to zauważyć i wziąć za to odpowiedzialność!
 

Jeśli nie radzę sobie z Twoimi uczuciami, a raczej z przede wszystkim z własnymi uczuciami, to nie Twoja wina. 
Zaopiekuję się swoimi uczuciami, żeby nie obciążać Cię nimi.
Zaopiekuję się moim smutkiem. 
Moją wściekłością. 
Moja frustracją. 
Zaopiekuję się moimi granicami.
A Ty możesz bezpiecznie być sobą.  


"Rodzice, którzy ukrywają przed dziećmi własne potrzeby, są mniej prawdziwi, a przez to mniej dostępni i bliscy.(...) Rodzice powinni odkryć swoje potrzeby i swoje pragnienia, a następnie znaleźć w sobie odwagę, żeby je głośno wyartykułować i domagać się, by były traktowane poważnie. To nie nauka mówienia "Nie" do dziecka jest najważniejsza, ale nauka mówienia "Tak" samemu sobie."





Niewielu z nas było wychowywanych w poszanowaniu integralności.
Teraz, będąc partnerami, rodzicami, mamy kolejną szansę poznać siebie. Rozpoznać swoje granice. Uznać i uszanować.


 


A  "celem nie jest zbudowanie "wzorowej" rodziny, ale NASZEJ rodziny."
 I po drodze do tego celu ważne są nie zasady i reguły, nie wychowanie"grzecznego" dziecka, ale właśnie poznanie siebie. 
To jest ten Graal.
To jest ta magiczna baza, której wszyscy szukają, pytając o metody.
Co zrobić, kiedy moje dziecko ...?
Jak reagować, kiedy oni...? 


Tylko, że to nie jest droga na skróty.


 





PS. Czy już Wam ktoś dzisiaj mówił, że jesteście ok? 
Że wszystko jest z Wami w porządku?:)