Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 sierpnia 2019

Bezcelowe notatki o celebrowaniu bezcelowości.

Świat jest. 

Spotykam go, kiedy rano przeciągam ciało. Zwyczajem zaczerpniętym od mistrza qi-gong najpierw poruszam stopami. Poruszam energię. 
Potem kawa. 
Tego mistrz by nie pochwalił, hahahaha. 
W wakacyjne dni, zamiast pędzić szkoła-przedszkole zaraz po przebudzeniu, mogłam zadać sobie pytanie: na co mam ochotę. 

Zwykle lądowałam w kuchni, otwierałam na oścież okno i albo gotowałam, albo czytałam. To samo robiła Ewa, która ze swoją rodziną była z nami na wakacjach. 
Zaczynałyśmy rozmawiać. 
Pojawiały się łzy. 
Pojawiał się śmiech. 
Energia kręciła się w jakimś dobrym, bardzo dobrym kierunku. Bliżej, wyżej, głębiej, intensywniej.  
Chciało się żyć. 




Druga osoba obok. Druga osoba, która  nas widzi i jest. Jest obecna. 
Druga osoba, której umysł zaprasza nasz umysł do zabawy w fajnych rejestrach. 
Nasze ciało zaś może się rozluźnić i być. 
 
Druga osoba i przestrzeń. 
Niebo nade mną ...tyle nieba! 
Możliwość odejścia i powrotu. 
Możliwość. 

 W moim mieście w deficycie. 


A jednak mogą się zdarzyć. 
 
W przestrzeni możliwy jest ruch. Im ciaśniej tym większy zastój. Także w myślach. 

 
Tego lata wywietrzyłam moje myśli. 
Porozwieszałam na sznurach od prania, na sosnach i na brzozach. 
I na wierzbie. 
Wiatr je czesał i kołysał. 
Część poleciała dalej, część rozpłynęła się w powietrzu. 
Niektóre z czułością układam z powrotem. 
Przyglądam im się. 

 
Czy to na prawdę moja myśl?
Skąd do mnie przywędrowała? Kto mi ją podarował? I czy byłam pytana o zgodę?
  
Świat jest. 
Warunki zewnętrzne zastane. Układy, zależności, rozkład sił. 
Ale jeśli spojrzeć uważnie to nie zawsze siła jest tam gdzie się wydaje. 
Czasem jest tam, gdzie o tym zdecydujemy.
I nazywa się MOC. 
Moc relacji. 
Moc przyjaźni. 
Moc uważności. 
I obecności.  
(A czasem jeszcze inaczej)



Łatwo ją przegapić. Nie robi hałasu. 

Raczej mruży oczy i przeciąga się na słońcu. 
Miesza zupę. Dla kilku osób więcej. 
Otwiera ramiona i jest gotowa słuchać. 
Otrze gila z nosa nie zawsze swojemu dziecku i zauważy, zauważy to co trzeba. 
 
Sprawdzam więc.
Czy to moja myśl?



Zwykle kiedy tankuję auto, jestem pytana o wiele dodatków. Punkty, kawa, ciasteczko, parówka, zdrapka....
- Żadnych zdrapek. Powiedziałam dziś. I zaczęliśmy się śmiać z Panem na stacji. Rozumieliśmy się. 
To nie moja zdrapka. Nie muszę jej chcieć. 
Nie muszę też wierzyć w masę rzeczy. W masę słów, które tu są i były zanim się urodziłam. 
"Trzeba chodzić w majtkach". Do kosza. "Wciągnij brzuch". Do kosza. "Dziewczynki nie mogą..." Do kosza. "Co cię nie zabije, ..." Do kosza. 
Skąd mam wiedzieć, którą chcę zachować?
Czuję. 
 
A jeśli nie jestem pewna, to może poczekać. 
Doskonałym barometrem są też dzieci. Jeśli biorę się do czegoś ze szczerą intencją, z energią, natychmiast są obok. 
Lubią pływać w dobrej energii. Czują się w niej jak ryba w wodzie. 
 
Świat lubi liczby. Lubi wykresy. Lubi porządek i posłuszeństwo. 
To jest część tego świata. 
Ale równie ważna jest ta druga część. 
Magia, wiara w sny, bazgroły, zioła, chaos i rebelia.
Bez tej drugiej części ze światem nie dzieje się zbyt dobrze. 
Potrzebna równowaga.  


Dlatego w tym świecie, który mówi, że wartością jest bycie twardym, zaradnym, pewnym czegoś i osiągającym sukcesy za wszelką cenę. Który ceni dążenie do celu, bez sprawdzania czy to jeszcze ciągle MÓJ cel, cieszę się, że mogę inaczej. 
To przywilej. 
Czasem boli. Czasem nazywa się wysoka wrażliwość. Czasem nerwica. Czasem "nie daję rady". A jednak.
 
Uczę się celebrować niepewność. 
Uczę się celebrować miękkość.
Uczę się celebrować zagubienie i szukanie po omacku, i znów, i jeszcze. 
Uczę się celebrować powolność. 
Ufność. 
Bliskość. 
Proszenie o pomoc. 
Bezinteresowny uśmiech.
Bez osądzania tamtych, twardych wartości, bo nie są złe.
Po prostu są tylko połową.  
Jak dzień bez nocy. 
Ciemność bez światła. 


Problemem nie jest to, że na świecie istnieje skuteczność. Ale to, że nie ceni się na równi bezcelowości. 
Problemem w naszym patriarchalnym świecie, nie jest siła mężczyzn. Ale raczej to że, kiedy SIŁA, MOC kobiet jest osłabiana, wyśmiewana, zakazywana i potępiana, moc mężczyzn się wypacza. 


PS. Bardzo lubię wakacje. Lubię pływać i spacerować. Długo spać i do południa chodzić w pidżamie.
 
PS. "Bloga trzeba pisać codziennie". Do kosza. 



Dobrej drugiej połowy wakacji dla Was!

 


sobota, 9 czerwca 2018

Nago na plaży, czyli znów robi się gorąco.

Nie lubię tematów kontrowersyjnych. Lubię rozmawiać i lubię szukać porozumienia. Ale też doświadczam na co dzień, że to nie unikanie konfliktów, a ich oswajanie, włączanie do swojego życia, jako jego naturalnej części, przynosi dobry skutek. 
Różnimy się. 

Ja i Ty. 

My. 

Różnimy się i możemy żyć obok, ze sobą, blisko, albo kawałek dalej. 
Sztuką jest włączać w nasze życie te różnice. Nie unikać ich. 

 

Nie staram się być kontrowersyjna. Ale jestem "jakaś" i odkąd pamiętam zdarza mi się wywoływać kontrowersje. 
Kiedyś strojami. Zwykle głośnym śmiechem. Poglądami. Wyborami. 
Dla mnie to zwykle zaskakujące. Moje stroje nie wydawały mi się odważne, raczej oczywiste. Śmiech rodzi się bez mojej świadomej woli i dźwięczy.  Poglądy się zmieniają. Ewoluują. Odchodzę od nich i wracam, oglądam z różnych stron. Nie upieram się, że mam monopol na prawdę. A wybory... wybory. Rożnie to bywa. 

 

Zostałam zaproszona do studia Pytania na Śniadanie, żeby opowiedzieć, co myślę o nagości dzieci na plaży. Czytam rożne opinie, fora, co słychać na ten temat w sieci. Ze zdziwieniem przyjmuję fakt, że moje zdanie na ten temat może być kontrowersyjne.  To co wydaje mi się tak naturalne, tak zwykłe i oczywiste, wywołuje tyle emocji.  
Jeśli dziecko chce być nago, niech będzie. 
Jeśli nie chce, niech nie będzie. 
Koniec. Kropka. Na pewno?
Dla przypomnienia artykuł na ten temat, który napisałam w zeszłym roku dla portalu dziecisawazne.pl



 

wtorek, 16 stycznia 2018

Zamiast kar, nagród i ekranów, czyli o zaangażowaniu.








































Całkowite skupienie. Zanurzenie w chwili i wykonywanej czynności. Gotujemy zupę z liści. 

Trochę zimno na dworze, ale co tam. Umarły liść, igły, kamienie, zasuszone maliny zerwane z krzaka. Gotowałyśmy te zupy już  kilka dni temu a ja dokładnie pamiętam, co wybrałyśmy. Jaka była atmosfera. Pamiętam radość i ekscytację Danusi. Własną przyjemność: aż łaskotała mnie w środku.
Dużo myślę ostatnio nad procesem nauki i nad tym na jakich jakościach mi zależy. Nie pasują do świata i  do systemu edukacji. Nie są popularne. 
Przyglądam się im. 
Brak kar i nagród. W czasie rozmów wiele osób pyta: ale jak to jest tak bez kar... I bez nagród...  Sama często się nad tym zastanawiam. Przechodzę chwile złości, zwątpienia.
Wtedy myślę sobie, że tradycyjny model wychowawczy nie gwarantuje sukcesu. I nasz też nie. Bo nie o sukces w nim chodzi. A o relację. 


Czas.  Chcę mieć czas. Chcę czuć i zapamiętywać te chwile. Nie zgadzam się, żeby przelatywały mi przez palce kolejne dni z życia moich dzieci. Z mojego życia. Innego nie będzie, więc jeśli jestem z nimi, to zanurzam się w gotowaniu iglastej zupy.



Lenistwo. To chyba nie jest dobre słowo, ale je lubię. Pozwalanie, by czas zwalniał. Żeby były dni, kiedy chodzimy w pidżamie do południa. Bezwzględnie, tracąc czas, najczęściej go zyskuję. 


Krok w tył. Nie poganiam dzieci w bezsensownym kierunku.  
Przyglądam się kim są i wspieram w ich drodze. Kto co lubi? Kto czego potrzebuje teraz bardziej? Nie zawsze wybiorę dobrze, mam zgodę na to, że zawsze czegoś będzie brak. To nasza odpowiedzialność - dorosłych. Nasz wybór. Czasem wybieram, żeby być, czasem żeby mieć, czasem pędzić, czasem stracić trochę czasu grzebiąc patykiem w kałuży. Moje wybory wpływają na dzieci. Tak już jest. Czasem mam wrażenie, że świat chce od nas, żebyśmy byli wszystkim na raz - długonogą blondynką odnoszącą sukcesy zawodowe z trójką dzieci na rękach i wakacjami na Teneryfie. Zdecydowaną i pewną, ale łagodną i ciepłą. Bez potrzeby odpoczynku i pomocy. Niespodzianka: czasem trzeba wybrać i kolor włosów, i styl życia. Nie będę i lekarzem i szewcem i terapeutą - po to żyjemy wśród ludzi, żeby się uzupełniać.  


Odwaga. No bo wszyscy robią tak. A my inaczej. I to kosztuje. Np. nie posyłamy dzieci na dodatkowy angielski dwa razy w tygodniu. I nie chodzi o to, że ten angielski jest zły, ale skoro one spróbowały i go nie chcą, to się nie upieramy. Odwagi wymaga cenienie wyżej ich czasu spędzonego z innymi dziećmi, na zabawie, na nic nie robieniu. Przyglądam się swoim lękom. Nie uciekam i nie mówię, że ich nie mam. Świat pędzi - może wie dokąd, a ja zostaję w tyle? Czasem się mylę. Czasem nie mam dość siły. Odpuszczam za  szybko. A jednak. Nie chcę, żeby kiedyś znali 5 języków, poza własnym. Wewnętrznym, osobistym. 




























 










Brak oceniania. Brak oceniania też siebie...
Czuję to całą sobą - próbuję czegoś nowego. Próbuję i nie zawsze się  udaje. To droga, decyzja, proces. Nie plan  do realizacji z gwarancją wyniku
Prowadząc seminaria, mówiąc  o familylabowym modelu  wychowania, a raczej właśnie towarzyszeniu dzieciom - jest przecież nawet tytuł książki Juula "Zamiast wychowania" - mam świadomość, ze to trudna droga. 
Droga, na której szybko się rozbija, jeśli się przyśnie.
Bo ta droga wymaga  pełnego zaangażowania
Pytacie jak jest, bez nagród i kar. Co jest zamiast. Dla mnie zamiast jest właśnie zaangażowanie. We własne życie, w relacje, w to co robię. 
Jakość tego zaangażowania. 


Przykład prosto z brzegu. 
Siedzimy wszyscy, całą rodziną przy ekranach - tablety, telefony, komputer. Przyjemny szum. 
Jeśli chcemy  to przerwać mamy dwie dostępne drogi. Pierwsza to rozkazy, nakazy, odwoływanie się do umowy. Czasem tak robimy. 
Jest też druga, którą lubię bardziej. 
Zaglądam w siebie. 
Sprawdzam jak się mam. Jeśli  czuję całą sobą, że nie mam nic do dania, że chcę jeszcze stracić  trochę czasu na fb... tracę. I im pozwalam.
Kiedy zaś na prawdę chcę, żeby odłożyli ekrany -  szukam w sobie odpowiedzi na pytanie: na co teraz mam siłę i chęć?
I ruszam. 
Ostatnio było tak, że rozłożyłam klocki na podłodze i zaczęłam budować. Ponieważ w moim działaniu była frajda i zaangażowanie po kilku minutach dołączyli. Nie musiałam nic mówić, nawoływać.
Ważne, żeby w działaniu było zaangażowanie, nasza obecność. 
dzieci (i nie tylko dzieci!) prawie zawsze wolą robić coś fajnego z kimś bliskim, niż patrzeć w ekran! 
Uczę się nie wymagać od dzieci czegoś, czego sama nie potrafię. 
Uczę się być bardziej. bardziej w kontakcie ze sobą i innymi. Nie naginać siebie. Nie przekraczać innych.  Angażować się. 



Cytat na zdjęciu  pochodzi z książki "Jaka piękna iluzja", Justyny Dąbrowskiej i Magdaleny Tulli. Polecam ją bardzo:)

 


 


piątek, 12 stycznia 2018

Marzenia i tęsknoty.

Dziś trochę inaczej i trochę o marzeniach. 
Od kilku tygodni tworzę w głowie moją mapę marzeń i nieodmiennie jest na niej więcej przestrzeni. Nie tylko tej fizycznej, ale i emocjonalnej. Każdej.  
Potrzebuje nabrać w płuca powietrza i czuć, że nikt nie decyduje za mnie czy robię to dobrze czy źle. 
I nasze dzieci. 



Patrzę w około i widzę jak  coraz mniej tej przestrzeni mamy, szczególnie w miastach. Jestem szczęściarą, mamy ogród. (Mniejszy niż na zdjęciach, niestety.)
Możemy wyjść przed dom i pochodzić po trawie. 
Cóż, że ze względu na smog, nie powinniśmy...
Patrzę na dzieci, jak nie chcą iść do szkoły. I nie umiem się z nimi nie zgodzić: siedzenie przez wiele godzin w ławce, strach, zawstydzenie, nienaturalny rytm, przymus. 
Dziwny świat stworzyliśmy. 
Odwracamy naturalne rytmy, zaprzęgamy swoje ciała do pracy ponad miarę w niezdrowym środowisku. Uczymy nasze dzieci by robiły podobnie. 
Przyglądam się sobie. Porządkuję to, co wiem. Czekam na sygnał.
Bo to jedyne życie jakie mam. 
Na jaką zmianę się odważę? 
Czy warto być radykalną?  
Czego się boję?
Czy zawszę muszę pod prąd?
Szukam miejsca dla mnie, w równowadze. 
W zgodzie ze sobą, z przyrodą. 
W zgodzie z prostymi prawdami. 

Moje najważniejsze na dziś myśli....
Ciało potrzebuje ruchu. 
Relacje są ważne jak powietrze.
Potrzebujemy zarówno wolności jak i  przynależności. 
Nie mam zgody na przemoc.
Dzieci uczą się przez naśladownictwo.
Lepiej wspierać i dodawać otuchy niż karać i zawstydzać. 
Bo dziecko to nie potencjalny zły, którego trzeba  popędzać bacikiem i zachęcać do dobrego marchewką. To człowiek, który rozumiany i wspierany, daje z siebie co najlepsze. 
Siedzenie x godzin w ławce niszczy zdrowie. Po skończeniu szkoły, dzieci nadają się na fizjoterapię  - wszyscy to wiedzą, ale nic się nie zmienia. Itd, itd.
Wybieram jak potrafię najlepiej w tym środowisku w którym żyję. 
I codziennie się zastanawiam: czy to wystarczy? 





 

 











 

sobota, 6 stycznia 2018

Dachołazy. Nie przekreślaj możliwego.

Poradnia K wydała książkę "Dachołazy" autorstwa Katherine Rundell.
Można czytać tę książkę jak szaloną przygodę o pogoni po dachach Paryża. Pogoni za Marzeniem. "Nie przekreślaj możliwego" powtarzają jej bohaterowie i zaklinają  rzeczywistość. Świat nie ma wyjścia, musi dać się im zaczarować, dokładnie tak jak i ja się dałam.
Jednym z patronów tej książki jest Family Lab. 
Nie przypadkiem. 

Jeśli chcecie dowiedzieć się jak może wyglądać w praktyce to o czym pisze w swoich książkach o rodzicielstwie i relacjach  Jesper Juul, to właśnie nadarza się okazja. 
A wszystko przez to, że pewien naukowiec wyłowił z oceanu roczną dziewczynkę i postanowił ją pokochać.

 " - Widzi pani? Wygląda na bardzo inteligentne dziecko. - Zobaczył, że Sophie  ma długie, zwinne palce. - I ma włosy koloru błyskawicy. Jak można się jej oprzeć?
 - Będę musiała tu przychodzić i sprawdzać  jak ona się miewa, a nie narzekam na nadmiar czasu. Mężczyzna nie może opiekować się dzieckiem sam.
 - Oczywiście, proszę przychodzić - odparł Charles, a potem dodał, jakby nie potrafił się powstrzymać: jeśli pani koniecznie musi. Postaram się być wdzięczny. Ale to ja ponoszę odpowiedzialność za to dziecko, rozumie pani?
 - Przecież to jest dziecko, a pan jest mężczyzną!
 - Podziwiam pani spostrzegawczość - odrzekł Charles. - Przynosi pani chlubę swojemu optykowi.
 - Ale co zamierza pan z nią robić? 
 Charles miał zdezorientowaną minę.
 - Zamierzam ją kochać. To powinno wystarczyć, jeśli wierzyć  poetom, których czytałem.
(...)
 - Jestem pewien - powiedział - że tajemnice opieki nad dziećmi, chociaż mroczne i zawikłane, nie są  nieprzeniknione."

Kiedy myślę o rodzicach i dzieciach na pierwszym planie widzę miłość. Tak wiem, są też  nieposprzątane zabawki, choroby, lęk, zmęczenie... 
A  jednak upieram się, że to miłość jest najważniejsza. 
To dla niej najpierw chcemy "mieć" dzieci i to z niej najczęściej się rodzą. To ona jest tym, co chcemy im dawać. 
"Kocham cię", powtarzamy często niemowlakowi, przedszkolakowi i coraz starszemu człowiekowi.

Zdarza się jednak, że choć bardzo kochamy nasze dzieci, one tego nie czują. Nie postrzegają naszych słów i działań jako płynących z miłości. Komunikacja szwankuje. Cierpimy wtedy, czujemy się winni, a nasze poczucie własnej wartości jest podkopane. Wpadamy w blednę koło: zachowujemy się coraz gorzej i czujemy się coraz gorzej. 
Jesper Juul zaleca w takiej sytuacji sprawdzenie jak w naszej rodzinie mają się cztery filary familylabowego podejścia.
Autentyczność. 
Równa godność. 
Integralność.
Odpowiedzialność osobista. 
"Dachołazy" są całe przepełnione tymi wartościami. W skrócie można by je podsumować: "błyszczące oczy".

"Wybierali się na koncert i byli już prawie gotowi do wyjścia z domu,  kiedy do środka wtargnęła panna Eliot.
 - Ona nie może wyjść z domu  w  tym stanie! Jest cała upaćkana! Nie garb się Sophie.
  Charles z zainteresowaniem spojrzał na czubek głowy  Sophie.
 -  Doprawdy?
 - Panie  Maxim!  - warknęła  panna Eliot. -  Dziewczyna ma całą bluzkę w dżemie!
 - To prawda.  -Spojrzał na pannę Eliot z uprzejmym zdziwieniem. - Jakie to ma znaczenie?
 Jednak kiedy zobaczył, że  panna Eliot sięga po  notes, wziął do ręki  ścierkę i  wytarł  nią  Sophie tak delikatnie, jakby  była obrazem.
 Panna Eliot prychnęła.
 - Jeszcze na rękawie.
 - Resztę spłucze deszcz.  Dzisiaj są jej urodziny. 
 - Higiena obowiązuje nawet w urodziny! Nie zabiera jej pan do zoo. 
 - Rozumiem. Wolałaby pani, żebym zabrał ją do zoo. - Przechylił głowę na bok. Przypominał Sophie wyjątkowo dobrze wychowaną panterę. - Może nie jest jeszcze za późno, żeby oddać bilety. 
 - Nie to miałam na myśli. Ona narobi panu wstydu. Ja bym się  wstydziła z nią pokazywać.
 Charles spojrzał na pannę Eliot, która spuściła wzrok jako pierwsza.
 - Ma błyszczące buty i błyszczące oczy - powiedział. - Tak jest dostatecznie elegancko. - Wręczył Sophie bilety. - Wszystkiego najlepszego, moje dziecko."

Dawno nie spotkałam w literaturze tak zachwycającej pary: ekscentryczny naukowiec i dziewczynka, której błyszczą oczy. Może to nie przypadek, że Sophie, jak Pipi Pończoszanka nie chodzi do szkoły? Że jej autonomia jest szanowana i nikt nie mówi do niej "jak do dziecka"? Na tym zresztą nie koniec podobieństw między Sophie a bohaterką Astrid Lindgren: obie są pewne siebie, maja niezwykły kolor włosów, obie za nic mają konwenanse i schludny strój, obie tęsknią do mamy, której im brakuje. Tylko, że Sophie nie wierzy w śmierć swojej i ma przy sobie dorosłego, który ją wspiera. 
Wspierający dorosły - to znacząca różnica. 
Charles stoi za Sophie murem i mówi do innego dorosłego:

 "Nie docenia pan dzieci. Nie docenia pan dziewczynek."
 

Kto z nas nie chciałby usłyszeć takich słów?

Styl wychowania, jak stosuje Charles, można spokojnie nazwać tak, jak Jesper Juul nazwał jedną ze swoich książek: "zamiast wychowania".  Sprawdza się wspaniale, bo przecież wiemy nie od dziś, że dzieci nie słuchają naszego gadania, gderania, przemów i  monologów. Patrzą jak żyjemy i kim jesteśmy, i to naśladują.

 "W jednym z pokojów Krajowego Urzędu Opiekuńczego w Westminsterze była szafka, a w szafce czerwona teczka z napisem "Opiekunowie: ocena charakteru". wewnątrz czerwonej teczki znajdowała się mniejsza, niebieska teczka z napisem "Maxim, Charles". Po jej otworzeniu można było przeczytać następujące słowa:? C.P.Maxim jest oczytany, jak można się spodziewać po naukowcu, a ponadto hojny, niezdarny i przedsiębiorczy. Jest ponadprzeciętnie wysoki, ale z zaświadczeń  lekarskich  wynika, że poza tym jego zdrowiu nic nie dolega. Żywi uparte przekonanie, że potrafi się zajmować swoja podopieczną."
  Być może takie rzeczy są zaraźliwe, ponieważ Sophie wyrosła na osobę wysoką, hojną, oczytaną i niezdarną. Jako siedmiolatka miała długie i cienkie jak parasolki nogi i dorobiła się całej listy upartych przekonań."

Nie zdradzę Wam więcej, żeby nie popsuć Wam frajdy z poznawania kolejnych, niebanalnych bohaterów tej książki. 
U nas z zaangażowaniem i przyjemnością słuchała jej czterolatka, dziewięciolatka i dwunastolatek. 
A ja czytałam im z równie wielką przyjemnością.




środa, 11 października 2017

Kupa.

"Kupa" to może nie jest najlepszy tytuł dla posta, ale jakoś najlepiej oddaje dla mnie to, o czym chcę napisać. 
Tak.
Kupa.
Gówno.
Dla kilkulatków ukochany temat do żartów zaraz obok bąków i bekania. Niektórym zostaje na dłużej;) 
Dla rodziców maluszków temat tak naturalny jak zakupy i pogoda. 
A dla mnie?

Myślę o tym od dłuższego czasu i olśniło mnie wczoraj, kiedy w czasie cudownego spaceru z moją czterolatką - wiecie - "złota polska jesień" , matka i córka w harmonii zbierają dary natury, co chwila w zachwycie wykrzykują: "jeszcze ten listek, wkleimy go do zielnika!". Słońce połyskuje na naszych  włosach, kasztany same wpadają do ręki... Zaraz zrobimy z nich ludziki! 

Ups!

Trawnik ma czasem i inne niespodzianki: wdepnęłam w psią kupę i poczułam: "Hej, nie tak miało być!"
Ale zaraz zaczęłam się śmiać. Dzięki ci psia kupo! 
Przecież ja nie lubię robić kasztanowych ludzików! Przy trzecim dziecku wiem: nudzi mnie to już!

Przecież za chwilę zamiast spędzać razem cudowne leniwe  popołudnie popędzimy po starszaki do szkoły, po drodze zakupy. Czy dałam psu jeść? O cholera jeszcze lekcje z najstarszym i jak go (k****a)  oderwać od tabletu? 
Na instagramie zostanie właśnie to...  Słoneczny blask wśród kolorowych liści. Ale w ciągu dnia będzie masa innych  momentów. Mniej chętnie udostępnianych. 
Proza codzienności, ból, łzy, wściekłość, niecierpliwość i pospieszanie dzieci. Dziurawa skarpetka i przypalony makaron. Bałagan.
Nuda.

Zmagania.

Pomyłki.

Życiowe lekcje.

Ucieczki.

Wczoraj, kiedy czyściłam but z psiego gówna, poczułam, że ono jest takie ...potrzebne. Żeby nie odlecieć, nie uwierzyć w plastikowe obrazki. Także swoje własne.  Plastikowa łąka nie potrzebuje nawozu. Ta prawdziwa - tak. I tylko tam, gdzie to gówno przerabia sie na nawóz, wyrosną najpiękniejsze kwiaty. 
Bez niego ani rusz:) 
Więc dziękuję ci, kupo!


PS. Oszczędzam Wam adekwatnych fotografii;)



 

sobota, 20 maja 2017

Matka.

Matką stałam się dokładnie 12 lat temu. To było w wynajmowanym, wtedy jeszcze z narzeczonym, mieszkaniu na Stalowej. Pojawiły się mityczne dwie kreski, a mój brzuch w magiczny sposób natychmiast stal się wielki, wypychałam go do przodu, nosiłam ciążowe sukienki i wymagałam od wszystkich pomocy w noszeniu siatek. Unosiłam się nad ziemią w zachwycie nad tą nagłą  przemianą z kogoś pojedynczego w Matkę.

3 lata później, już w drugiej ciąży, robiłam remont mieszkania, malowałam sufity i dopiero pod koniec zorientowałam się, że  trzeba zwolnić i czasem poleżeć.

Trzeciej ciąży nie pamiętam;) 

Wraz z tą pierwszą, a potem kolejnymi ciążami, dołączyłam do wielkiej, chyba nie kończącej się grupy Winnych. 
Początkowo jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale kiedy mój syn miał kłopoty z ssaniem piersi, winny był przecież rozmiar moich piersi! Kiedy córka ssała palec, każda jazda autobusem uświadamiała mi - ustami innych pasażerek-matek - że jeśli chce być dobrą matką, powinnam przywiązywać jej rączki z dala od buzi. 
Kiedy odmawiałam szczepienia noworodka, chcąc odczekać  kilka miesięcy, spotykałam się z TYM spojrzeniem: matka! Matka wariatka. Dla ojca, panie w przychodni zawsze były miłe, więc szybko nauczyłam się nim zasłaniać. 
Kiedyś przyjechaliśmy z chorym dzieckiem na nocny dyżur i okazało się, że - o zgrozo! - nie wiem jaką dokładnie gorączkę ma nasze dziecko, usłyszałam: "co z Pani za matka!" Kiedy wszedł mąż, panie zrobiły się przemiłe.

No, co ze mnie za matka?
Matka, co chociaż nie pracuje, to czasem na obiad daje pizze z pudełka i przeważnie ma w domu bałagan. Matka, która znów nie poszła z dzieckiem na rehabilitacje, bo nie może wcisnąć jej nigdzie w kalendarz. Matka, co pozwala ssać palce i już odkłada na aparat  na zęby. Matka, co przy każdym zakupie lodów w sklepie na rogu, zastanawia się, ile tam cukru i czemu nie robi sama w domu takich naturalnych, bez ulepszaczy... Winna. 
Jestem winna. 

Jeśli dziecko pyskuje, nie mówi dzień dobry mijanym staruszkom, jeśli nie radzi sobie w szkole, jeśli nie chodzi na karate, dodatkowy angielski i tenisa!...  A nie daj boże któreś z dzieci ZA-CHO-RO-WA-ŁO... Jestem winna! (To choroba genetyczna, wypadek, bakterie? Nie ważne, na pewno TO JA  zrobiłam coś nie tak!)

I nie jestem sama.
Jestem w doborowym towarzystwie, starających się ze wszystkich sił nie być w naszej grupie, ale z góry skazanych na niepowodzenie, pięknych, silnych i mądrych kobiet. 
Są tu samotne matki, które utrzymują rodzinę i niewyobrażalnym wysiłkiem sprawdzają jeszcze wieczorem, czy synek ma spakowany do plecaka  strój na wf. Niestety, zapomniały  o nowej szczoteczce do zębów na fluoryzację...
Są kobiety robiące karierę, które - nie do pomyślenia - decydują się nie karmić piersią, żeby ich partner mógł przejąć nocną opiekę nad dzieckiem - suki!
Są też zwyczajne, lekko utyte od czasów ślubnej sukienki, matki kilkorga dzieci, które dawno nie były u fryzjera. I znów zapomniały, że dziś miała być dodatkowa lekcja plastyki. Brak farb, brak bloku! jak Pani myśli, ile razy inne dzieci mają pożyczać Pani dziecku klej?!
Są tu matki, które nie pojechały z dzieckiem na basen, nie odrobiły z nim  lekcji, nie uczesały jak trzeba, nie zaszyły dziury w skarpetce... 
Jest nas tu masa. Starych i młodych. A nasze dzieci biegają po świecie i bardzo się starają zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. 
Dlaczego mama znów nie załapała żartu, czemu ma zaciśniętą szczękę, dlaczego pusto patrzy w okno, czemu trzęsą jej się plecy. 

Nasze dzieci nie znają nikogo piękniejszego i bardziej zachwycającego.  
Tęsknią za naszym zapachem, kiedy nie  ma nas w domu. 
Ze 100% zaangażowaniem - również języka - rysują nasze portrety na kolejnych i kolejnych  laurkach.
Powtarzając (trochę przemądrzale) nasze  słowa w dyskusjach na tematy, z których jeszcze nie wszystko rozumieją, wypróbowują bycie dorosłymi. Bycie dorosłym takim jak my.
Wierzą nam.
Ufają.
Uczą się od nas, z nas.
I odchodzą, żeby z łatwością obwinić nas o swoje kłopoty. 
W końcu już my to zrobiłyśmy. Wystarczy się dołączyć. 


środa, 22 lutego 2017

Podróż. Bezcenny czas jeden na jeden.





Za oknem szaro, buro i mokro. W domu troje dzieci w różnym wieku. Radosna przedszkolaczka, pełna energii drugoklasistka i lubiący spać do obiadu jedenastolatek. Każdy ma swój pomysł na udany dzień. 
Ktoś chce na basen, ktoś leżeć z książką, mała chce urządzać pikniki w namiocie z koca. 
A ja poza tym, że gotuję i robię to wszystko, co określa się jako "siedzenie w domu";) też mam swoje potrzeby: napisać coś do Was, poczytać książkę... wieczorem spotkać z mężem i porozmawiać (ciekawe, że dokładnie wtedy wszystkie dzieci chcą czegoś innego!)...

Codzienne układanie puzzli potrzeb całej rodziny. 

Dzieci zawsze chcą od nas dużo uwagi i czasu. Więcej niż możliwe jest jej dać? Tajemnicą jest dla mnie czemu, kiedy planuję czas dla nich, nagle okazuje się, że właśnie bawią się ze sobą, albo koleżankami i ...mogę poczekać na swoją kolej;) Myślę, że jakimś szóstym zmysłem wyczuwają obfitość cierpliwości i dobrą atmosferę. Rozluźnione, mogą bawić się bez nas. Jeśli tylko pojawia się we mnie napięcie i pośpiech, jakieś "muszę", "spieszę się"... Klops! Natychmiast przybiegają i dokładają swoje "mamo, teraz ja, ja, ja!".
Długo uczyłam się jak zadbać w tym wszystkim o siebie. Teraz już nie sprawia mi to większego kłopotu. Wiem, co lubię. Lubię gadać przez telefon z przyjaciółką. Lubię wychodzić na różne warsztaty i szkolenia. Lubię włóczyć się po muzeach i księgarniach. Lubię las. 
Potem wracam z naładowaną baterią

Jeśli zaś chodzi o bardzo różne potrzeby wszystkich domowników, najlepszym sposobem jaki znam, jest podróżowanie. W dodatku podróżowanie parami
I urządzamy sobie takie mini wakacje w różnych konfiguracjach. Dwa, trzy dni. Niekoniecznie daleko. Samo planowanie tych wyjazdów to już święto.

A w samej podróży... Tworzymy razem coś wyjątkowego i tylko naszego. Powstaje nowa jakość w relacji. Podróż świetnie się do tego nadaje. Zakłada odrobinę przygody, trudności, coś nowego i dla małych, i dla dużych. Możemy się czymś wykazać, pokazać dzieciom jak sobie radzić w różnych sytuacjach. 
Taki czas jeden na jeden sprzyja rozmowom i sprzyja milczeniu
Sprzyja budowaniu więzi
Pozwala spojrzeć na drugą osobę inaczej, ale pozwala też nam dać się poznać od nowej strony. 

No i koniecznie wśród wyjazdów z dziećmi, znajdźmy tez czas na wyjazd z partnerem. 


PS. Poziom master:  bez komórki;)









poniedziałek, 9 stycznia 2017

"Mamo, lubisz swoją cipkę?" Bardzo ważny post o dziecięcej seksualności i jak o niej rozmawiać.

- Mamo, lubisz swoją cipkę?
- Tak. A ty?
- Bardzo!

To jedna z wielu rozmów z moją 3 letnią córeczką... Kilka zdań wplecionych w dzień, gdzieś między mycie zębów, gotowanie obiadu i układanie puzzli.  
Jak się czujecie, czytając taką wymianę? Jestem ciekawa, czy Was to rozbawiło, czy może zawstydziło? Poczuliście ukłucie lęku? Zażenowanie? Oburzenie? 


Seksualność - nierozłączna część życia.
My, dorośli myśląc o seksualności, mamy wiele dorosłych "nakładek", zapominamy o innym, bardziej bezpośrednim i "niewinnym" spojrzeniu dzieci. Taka sama rozmowa jak ta o cipce, zdarza się przecież i o innych częściach ciała, bo dla 3 latki cipka niewiele różni się od ucha - to część ciała, którą trzeba poznać, umieć nazywać, dowiedzieć się do czego służy i jak o nią dbać. 

 Często zadawanym przez rodziców pytaniem jest "od kiedy"? Od kiedy rozmawiać z dzieckiem, od kiedy zaczyna się edukacja seksualna?
Na wspaniałym kursie "Seksualność dla profesjonalistów" prowadzonym przez Agnieszkę Stein i Gosię Stańczyk, padła na to pytanie najlepsza odpowiedź jaką znam: edukacja seksualna dziecka, zaczyna się od pierwszej chwili, kiedy ono się rodzi i dotyka swoim ciałem skóry mamy (lub taty) ... Kiedy pełznie do piersi i szuka jej ustami, kiedy łapie, zaczyna ssać. (Precyzyjnie mówiąc, dzieje się to pewnie już w brzuchu, kiedy dziecko uczy się czuć, odbierać świat zmysłami). 
Czy mama lubi mój dotyk? Czy tata często przytula mamę? Z jaką miną zmieniają mi pieluszkę? Co mówią o higienie? Co mówią, kiedy w filmie jest scena pocałunku, nagość? Czy dziecko widuje nagich rodziców? Czy ma rodzeństwo? Co odpowiadają na pytania o to, skąd się biorą dzieci? Czy chłopiec może opiekować się młodszym rodzeństwem, okazywać czułość?

Nie zachęcam Was do przełamywania siebie i mówienia na jednym wdechu trudnych słów jak penis, orgazm i łechtaczka. 
Zachęcam Was do poszukania z czym czujecie się komfortowo, jak lubicie mówić? Co jest dla Was autentyczne, komfortowe, na co macie zgodę? Doskonałym pomysłem jest poćwiczenie odpowiedzi na trudne pytania z partnerem czy przyjaciółką. Serio:) Spróbujcie - ja byłam mocno zaskoczona swoim skrępowaniem w niektórych kwestiach;)

Te - tzw. "trudne" pytania pojawią się szybciej niż myślicie i nie zawsze będą o pszczółkach... Dziś, kiedy media są mocno zseksualizowane, 8 latki często pytają np. "Mamo, a ty też robisz tacie loda???!!!"
Albo o szczegóły seksu homoseksualnego... Albo...No dobra, dość przykładów:) 
Ważne! Nie musicie odpowiadać, nie musicie przekraczać swojego skrępowania, możecie uczciwie powiedzieć: zaskoczyłeś/aś mnie... potrzebuję zebrać myśli. Albo: jestem teraz skrępowana tą rozmową, wolę wrócić do niej w domu. I wróćcie do tematu w dobrym momencie. 
Te rozmowy są szalenie ważne, ale jeszcze ważniejsze jest to, czym dzieci nasiąkają na co dzień. Role związane z płcią, otwartość, lubienie swojego ciała i swojej płci, energia do życia, stereotypy, zahamowania... Dzieci nas naśladują i wychwytują jak czuły barometr nasze prawdziwe przekonania, odczucia, niezauważalne dla innych grymasy. 

Na pytania o sprawy dotyczące bezpośrednio Waszego życia intymnego możecie  powiedzieć: mogę ci powiedzieć jak jest ogólnie u ludzi, ale nie chcę wdawać się w szczegóły dotyczące mnie, bo to moja intymna sprawa. To piękna lekcja intymności i jej poszanowania. 
Jednym słowem: odpowiadajcie adekwatnie (o tym co jest adekwatne w jakim wieku, będzie osobny post) do wieku dziecka i z uwagą na własne granice
Mówcie dzieciom, że nikt nie ma prawa ich dotykać bez ich zgody. Również Wy pytajcie o taką zgodę - już małe dzieci mogą same myć swoje intymne części ciała, bez naszej ingerencji, albo z pytaniem o pozwolenie. To świetna lekcja ochrony granic. I dobra podstawa do ochrony przed "złym dotykiem". 
Mówcie dzieciom uczciwie i jasno o wszystkim co dotyczy budowy ich ciała, higieny... Płuca są do oddychania, uszy do słuchania itd:)
Im wcześniej zaczniecie, tym będzie łatwiej. Temat odkładany na później obrasta niepokojami, zawstydzeniami i coraz trudniej zacząć. 
 
Seksualność, to nie tylko prokreacja i zagrożenia związane z nieplanowaną ciążą, czy chorobami.  Seksualność to także zmysłowe odbieranie świata, to bycie kobietą bądź mężczyzną.
Wg definicji Światowej Organizacji Zdrowia: "seksualność stanowi kluczowy aspekt istnienia człowieka w trakcie jego życia i dotyczy płci, tożsamości i ról płciowych, orientacji seksualnej, erotyzmu, intymności, przyjemności oraz prokreacji. Seksualność jest odczuwana i wyrażana w myślach, fantazjach, pragnieniach, wierzeniach, postawach, wartościach, zachowaniach, praktykach, rolach i związkach".

Pamiętajcie, pytając o seks, dzieci pytają o życie:)

czwartek, 18 sierpnia 2016

Lizaki

Jeszcze wolne, twórcze, absolutnie zachwycające....  Dzieci. Urodzeni artyści. Pamiętacie ten kawałek siebie?
Lizaki powstały bo odeszłam. Zrobiłam miejsce. Nie upierałam się, że plac zabaw to miejsce gdzie trzeba to czy tamto... Usiadłam kawałek dalej i zajęłam się rozmową ze starszą córką. Dobrze się czułam. Czas zwolnił. Młodsze dzieci zajęły się sobą..i śliwkami:)
Oniemiałam, kiedy zobaczyłam efekt. To takie proste, a czy bym na to wpadła? 

Wiecie, że zjeżdżalnia może służyć nie tylko do zjeżdżania, ale też jako instrument muzyczny, albo narzędzie do turlania przedmiotów?
Że karuzelę można kręcić i zachwycać się samym pędem, nie trzeba tam siedzieć? A w ogóle to przecież nie karuzela, ale helikopter!
Że...
Że plac zabaw to  takie miejsce, z którego możemy korzystać po swojemu? 
PS. Słowa "plac zabaw" można zastąpić dowolnie i jak się komu podoba, np. "moje życie";)
 

sobota, 13 sierpnia 2016

Naśladujemy

Bawię się z moją trzylatką klockami i bezwiednie stukam klockiem 3 razy w podłogę.
Co robi Danusia? Jasne...stuka 3 razy w podłogę i patrzy na mnie pytająco - coś się będzie dalej działo?

Najstarszy syn łapie pokemony. Średnia córka też musi, choć wydaje mi się, że do niczego jej nie są potrzebne...

Wszyscy mają na śniadanie kanapki, a ja ciepłą kaszę. Danusia krzyczy przy stole: Ja też chcę kaszę! Chcę być jak mama!!!

Przykładów można znaleźć tysiące... Dla mnie to, że dzieci nas naśladują (i starsze rodzeństwo) to najpiękniejsze rozwiązanie jakie wymyśliła natura. Uspakaja mnie, zwraca moją uwagę na siebie i moje zachowanie, a pozwala "odczepić się" od dzieci... To taki oddech, coś co nakierowuje mnie na ścieżkę zaufania, że będzie dobrze.

 Ale w naśladownictwie jest coś jeszcze, co może nam pomóc. Bo... przecież my tez naśladujemy
Ten sposób nauki nie znika samoistnie wraz z otrzymaniem dowodu osobistego. 
Wykorzystajmy wiedzę o tym! 
Spotykajmy się z ludźmi, których warto naśladować, otaczajmy rodzicami, którzy traktują swoje dzieci tak, jak my byśmy chcieli je traktować, którzy żyją odważnie, otwierają serca i wychodzą poza strefę komfortu i nawyku. 
 To najprostszy sposób na rozwój:)

sobota, 30 lipca 2016

Przemyślenia wakacyjne

Najlepsze dni wakacji? Te bez planu, te poza szlakiem, te kiedy można siedzieć na kamieniu i patrzeć jak mrówki chodzą w te i z powrotem. Kiedy dzieci czują, że jest ok i rozpełzają się dookoła zajęte swoimi sprawami. W powietrzu harmonia.

Ile takich dni nam się udało? 2? moze 3?
Wzięcie pod uwagę, uszanowanie i zgranie ze sobą 5 całkiem różnych osób i ich potrzeb, to wyższa szkoła jazdy. Radość z wakacji nie zakłada przecież negocjacji o wszystko... ile możemy spać, co jeść, dokąd iść... jak często robić postoje, kogo nieść, czy w aucie słuchać głośno radia, piosenek o misiu czy audiobooka, a może jechać w ciszy? A negocjować trzeba było wszystko:)

Czy w przyszłym roku, dzięki tym doświadczeniom, uda nam się lepiej zaplanować wakacje? Podzielić się na drużyny? Najpierw jeden rodzic z dziećmi, potem drugi? Albo chłopaki razem, a dziewczyny razem?

A może to właśnie największa wartość tych wakacji - bycie razem i doświadczanie swojej odmienności, następowanie komuś na odciski i obrywanie za to? kłótnie przerywane jedzeniem jagód na szlaku, co wszystkich godziło:) szanty przerabiane na górskie piosenki;) kiedy już brakowało sił w małych nogach, i tylko śmiech dodawał paliwa...











piątek, 8 lipca 2016

Wakacje




Boimy się złości, agresji, smutku, przeraża nas zazdrość i paraliżuje wstyd. Poznajemy je, uczymy obsługiwać przy pomocy nauczycieli, terapeutów, przyjaciół...  A co z beztroską? Co ze spontanicznością? Radością? Błogością? Wraz z oswajaniem trudnych uczuć robi się miejsce, niepokojąca przestrzeń, którą nie zawsze wiemy jak wypełnić. Mój plan na wakacje: pozwolić sobie na radość. Na nieszukanie dziur w całym. Na zabawę. Mam cudownych Przewodników:) 


Projekt: RADOŚĆ. Do zobaczenia za dwa tygodnie:)


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Zabawa

 Zaczęły się wakacje. To wymarzony czas, żeby poByć 
z dziećmi i ze sobą w prawdziwym kontakcie. By pobyć leniwie. Śmiesznie. Albo i poważnie. Bez pośpiechu.
By się pobrudzić, potarzać, iść na lody. 

Dzieci lubią mieć koło siebie zadowolonych, zrelaksowanych dorosłych. Lubią mieć czas. Swobodę.  Moje lubią też wodę. Choćby w postaci fontanny:) 
Hela wykrzyknęła po długiej zabawie: "Mamo! Nie wierzę! w ile rzeczy można się bawić butelką!"



Zapraszam Was dziś po 24 (audycja dla wytrwałych) do radiowej Trójki, do posłuchania o tym jak odpuszczać, jak się bawić, jak być w wakacje.  Będzie o patykach, błocie i nudzie, a może coś jeszcze?:)