Nieustająco staję przed Wami i opowiadam o różnych sprawach. Prowadzę warsztaty, grupy. Zwykle od samego początku mówię jasno: nie jestem psychologiem.
Chciałam, ale nie jestem, a teraz już mi się nie chce.
Ale i tak często ktoś z Was nazywa mnie ekspertem.
Trudne słowo.
Zwykle czuję takie dziwne skręcenie ciała.
Tik w policzku.
Niepokój w sercu.
Czasem gadamy prywatnie. Rozmawiamy. Przez telefon, na ławce w parku, w sklepie, w przelocie. Jakieś moje słowo zapala w Was nadzieję.
Prosicie o konsultację.
Mówię: "Hej, właśnie rozmawiamy. Weź to sobie. Albo dam Ci numer do kogoś, komu ufam."
Sama też nieraz korzystam z czyjegoś wsparcia. Czasem trafiam do różnych specjalistów z własnej, czy nie z własnej woli.
Bywa różnie.
Ale wiem jedno.
Czasem, kiedy kogoś nazywamy specjalistą, ekspertem, mamy pokusę, żeby mu oddać odpowiedzialność za swoje decyzje.
Czasem eksperci mają pokusę, żeby tę odpowiedzialność na chwilę brać. To tak nie działa.
Nie ma lepszego specjalisty od Twojego życia i życia Twojego dziecka niż Ty.
Wiesz wszystko.
Prawda?
Tam w głębi serca wiesz.
Czasem potrzebujesz wsparcia.
Czasem rozplątania jakiegoś supła.
Czasem po prostu życzliwych ludzi wokół siebie, którzy pokarzą Ci, a raczej POZWOLĄ ZOBACZYĆ, DOŚWIADCZYĆ innych, nowych sposobów.
Najczęściej potrzebujesz kogoś kto z Tobą pobędzie. Zobaczy Cię. Przyjmie na klatę (ucho i serce) całą tę burzę, która w tobie jest.
Dobrze jest chodzić do specjalistów.
Ale czy dobrze jest pozwalać im etykietować nasze życie?
Mamy taki czas jako rodzice, jaki mamy.
Trudny.
Posłuszeństwo legło w gruzach, kobiety dostały prawa wyborcze, dzieci bić nie wolno...
Specjaliści też tam są.
Może jest im jeszcze bardziej trudno.
Powiedzieć:"Nie wiem".
Powiedzieć:"To, że państwa dziecko nie daje rady, to nie jego wina, ale chorych wymagań systemu".
Powiedzieć: "Rozumiem, ja też widzę ten bezsens i się na to nie zgadzam!"
Powiedzieć: "Zawsze działało, ale teraz jakby przestało?"
Awaria.
Awaria.
Nie mam procedury na państwa dziecko.
Nie mam procedury na państwa życie.
Po co macie więc przychodzić do specjalistów, czy na warsztaty?
Nie wiem.
Wiem po co ja przychodzę.
Po to, żeby nauczyć się opierać na sobie. I żeby umieć mówić: Cokolwiek się będzie działo, ja stoję za moim dzieckiem.
Żeby umieć je kochać tak, żeby rzeczywiście czuło się przeze mnie kochane.
Wybieram tych specjalistów, który są w tym ze mną, nawet jeśli czasem mówią "nie wiem".
PS. "Nie ma dzieci, są ludzie" powiedział Korczak...
a może powiedzmy też:
"Nie ma rodziców, są ludzie":)
A może nawet: Nie ma specjalistów, są ludzie.
I w tym się możemy spotkać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odpuszczanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odpuszczanie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 września 2019
piątek, 24 sierpnia 2018
Grupa wsparcia dla rodziców dzieci ze specjalnymi potrzebami
Przez 10 tygodni od października będziemy spotykać się w Stu Pociechach. Na byciu, rozmowie. Jeśli czujesz, że to miejsce dla Ciebie - zapraszam, można odpocząć na ławeczce.
Etykiety:
grupa wsparcia,
odpoczynek,
odpuszczanie,
rodzice,
rodzicielstwo,
rodzina,
uczucia,
uważność,
wrażliwość,
wsparcie,
zaangażowanie,
zaufanie
czwartek, 23 sierpnia 2018
Ty też jesteś rozczarowana macierzyństwem?
Kiedy decydowałam się, że chcę założyć rodzinę
i mieć dzieci, nie zdawałam sobie sprawy, co to znaczy. To znaczy
tak, wiedziałam, że będę w ciąży, że pojawi się chłopiec lub
dziewczynka, i że mogę być niewyspana przez jakiś czas.
Myślę, że w głębi duszy liczyłam głównie na dużą ilość nielimitowanej miłości w pakiecie. Chaps. Najeść się, nachapać, dostać.
Za pierwszym razem przez chwilę to nawet działało, bo skleiłam się z cudowną, pachnącą i potrzebującą mnie istotą, nie oddając jej na ręce nikomu przez długie miesiące. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w końcu mi zachciało mi się odkleić, a tu: płacz!
Pojawienie się drugiego dziecka to była jeszcze większa rewolucja. Wiedziałam już, że dobrze jest zapoznać je od razu z innymi domownikami i pozwalać im też nosić maleństwo na rękach. Miłości wystarczy dla wszystkich.
Za to nie wiedziałam jak się rozdwoić... Ćwiczyłam to przez jakiś czas w rozpaczliwych pozach, a dzieci cierpliwie mi pomagały. Chęć zabawy starszego, właśnie wtedy, kiedy chcę usypiać młodszą. Potrzeba powrotu ze schodów do toalety, kiedy kombinezony zimowe są już wciśnięte na wszystkich, itd. Wiecie o czym mówię, prawda?
Nie ukrywam, to był czas totalnej porażki.
Ja, która "nie krzyczy", krzyczałam.
Ja, która "tuli i tłumaczy cierpliwie", wyrywałam przedmioty, darłam się i płakałam.
Ja, która jest oazą spokoju, nie byłam oazą niczego do spokoju nawet zbliżonego.
Chciałam się ukryć, uciec, na pewno nie chciałam się czegoś uczyć. Ale nie miałam wyjścia:)
To był czas wyruszenia w drogę.
Zadawania pytań. Poznawania siebie. Czytania. Uczenia się.
To był czas skakania w przepaść, w nieznane, a przerażone ego pisało testament.
To był czas, którego bym nie przeżyła w całości bez wsparcia męża, terapii i przyjaciół.
Czasem miałam ochotę odpalić piękny stos z książek Juula.
Bo gdzie on był, kiedy moje dzieci płakały? Co miałam zrobić z moją złością? Bezradnością? Z lękiem o dzieci i to wszystko?
Sami rozumiecie, że na decyzję o trzeciej ciąży trochę czekałam;)
Generalnie macierzyństwo bardzo mnie rozczarowało.
Poród bolał, noce są za krótkie, dzieci wolą tablet od błota, nie sprzątają w pokoju i ciągle chcą jeść, jakby nie mogły sobie same zrobić. W dodatku to się nie kończy. Jedzą coraz więcej, bałaganią bardziej i jeszcze mają coraz więcej do powiedzenia.Majchętniej wszystkie na raz. CIĄGLE. Kto z własnej woli się na to zgadza?
A małżeństwo to już w ogóle. Skąd brać na jeszcze nie czas i siłę?
Macierzyństwo mnie roz-czarowało.
Jestem teraz o wiele silniejsza niż myślałam.
Jestem tak silna, że uczę się być delikatna.
Jestem bardziej ludzka. Mylę się, potykam, robię rzeczy, o które siebie nie podejrzewałam. I dalej siebie lubię. Lubię siebie nawet bardziej.
Uczę się na czym na prawdę mi zależy. A na co nie chcę tracić czasu. Bezcennego czasu.
Uczę się mocno angażować. A nie czekać.
Uczę się nie napominać dzieci bez sensu, ale pamiętać, że jestem dla nich przykładem. Częściej widzą mnie szczęśliwą, czy uciekającą w smartfona?
Uczę się być elastyczna. Ufna. Żywa.
Uczę się, ze nie jestem pępkiem świata, ale jego częścią, częścią całości.
Macierzyństwo bardzo mnie rozczarowało.
I dzięki temu spotykam siebie prawdziwą.
Rozczarowało, bo okazało się, że nie dostanę tego czego chcę, ale za to dostanę to, czego potrzebuję.
Zamiast czekać, co mogę dostać, zastanawiam się jak dbać o siebie tak, żeby dawać coś dzieciom. Nie to czego chcą, ale to, czego potrzebują.
Czasem mi się udaje. Czasem nie. I tak jest dobrze.
Jesteśmy.
Razem.
Cudownie nieidealni.
Myślę, że w głębi duszy liczyłam głównie na dużą ilość nielimitowanej miłości w pakiecie. Chaps. Najeść się, nachapać, dostać.
Za pierwszym razem przez chwilę to nawet działało, bo skleiłam się z cudowną, pachnącą i potrzebującą mnie istotą, nie oddając jej na ręce nikomu przez długie miesiące. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w końcu mi zachciało mi się odkleić, a tu: płacz!
Pojawienie się drugiego dziecka to była jeszcze większa rewolucja. Wiedziałam już, że dobrze jest zapoznać je od razu z innymi domownikami i pozwalać im też nosić maleństwo na rękach. Miłości wystarczy dla wszystkich.
Za to nie wiedziałam jak się rozdwoić... Ćwiczyłam to przez jakiś czas w rozpaczliwych pozach, a dzieci cierpliwie mi pomagały. Chęć zabawy starszego, właśnie wtedy, kiedy chcę usypiać młodszą. Potrzeba powrotu ze schodów do toalety, kiedy kombinezony zimowe są już wciśnięte na wszystkich, itd. Wiecie o czym mówię, prawda?
Nie ukrywam, to był czas totalnej porażki.
Ja, która "nie krzyczy", krzyczałam.
Ja, która "tuli i tłumaczy cierpliwie", wyrywałam przedmioty, darłam się i płakałam.
Ja, która jest oazą spokoju, nie byłam oazą niczego do spokoju nawet zbliżonego.
Chciałam się ukryć, uciec, na pewno nie chciałam się czegoś uczyć. Ale nie miałam wyjścia:)
To był czas wyruszenia w drogę.
Zadawania pytań. Poznawania siebie. Czytania. Uczenia się.
To był czas skakania w przepaść, w nieznane, a przerażone ego pisało testament.
To był czas, którego bym nie przeżyła w całości bez wsparcia męża, terapii i przyjaciół.
Czasem miałam ochotę odpalić piękny stos z książek Juula.
Bo gdzie on był, kiedy moje dzieci płakały? Co miałam zrobić z moją złością? Bezradnością? Z lękiem o dzieci i to wszystko?
Sami rozumiecie, że na decyzję o trzeciej ciąży trochę czekałam;)
Generalnie macierzyństwo bardzo mnie rozczarowało.
Poród bolał, noce są za krótkie, dzieci wolą tablet od błota, nie sprzątają w pokoju i ciągle chcą jeść, jakby nie mogły sobie same zrobić. W dodatku to się nie kończy. Jedzą coraz więcej, bałaganią bardziej i jeszcze mają coraz więcej do powiedzenia.Majchętniej wszystkie na raz. CIĄGLE. Kto z własnej woli się na to zgadza?
A małżeństwo to już w ogóle. Skąd brać na jeszcze nie czas i siłę?
Macierzyństwo mnie roz-czarowało.
Jestem teraz o wiele silniejsza niż myślałam.
Jestem tak silna, że uczę się być delikatna.
Jestem bardziej ludzka. Mylę się, potykam, robię rzeczy, o które siebie nie podejrzewałam. I dalej siebie lubię. Lubię siebie nawet bardziej.
Uczę się na czym na prawdę mi zależy. A na co nie chcę tracić czasu. Bezcennego czasu.
Uczę się mocno angażować. A nie czekać.
Uczę się nie napominać dzieci bez sensu, ale pamiętać, że jestem dla nich przykładem. Częściej widzą mnie szczęśliwą, czy uciekającą w smartfona?
Uczę się być elastyczna. Ufna. Żywa.
Uczę się, ze nie jestem pępkiem świata, ale jego częścią, częścią całości.
Macierzyństwo bardzo mnie rozczarowało.
I dzięki temu spotykam siebie prawdziwą.
Rozczarowało, bo okazało się, że nie dostanę tego czego chcę, ale za to dostanę to, czego potrzebuję.
Zamiast czekać, co mogę dostać, zastanawiam się jak dbać o siebie tak, żeby dawać coś dzieciom. Nie to czego chcą, ale to, czego potrzebują.
Czasem mi się udaje. Czasem nie. I tak jest dobrze.
Jesteśmy.
Razem.
Cudownie nieidealni.
Etykiety:
budowanie więzi,
codzienność,
dojrzewanie,
macierzyństwo,
matka,
miłość,
odpuszczanie,
relacje,
rodzicielstwo,
rodzina,
rozczarowanie,
zaufanie,
zmiana
sobota, 9 czerwca 2018
Nago na plaży, czyli znów robi się gorąco.
Nie lubię tematów kontrowersyjnych. Lubię rozmawiać i lubię szukać porozumienia. Ale też doświadczam na co dzień, że to nie unikanie konfliktów, a ich oswajanie, włączanie do swojego życia, jako jego naturalnej części, przynosi dobry skutek.
Różnimy się.
Ja i Ty.
My.
Różnimy się i możemy żyć obok, ze sobą, blisko, albo kawałek dalej.
Sztuką jest włączać w nasze życie te różnice. Nie unikać ich.
Nie staram się być kontrowersyjna. Ale jestem "jakaś" i odkąd pamiętam zdarza mi się wywoływać kontrowersje.
Kiedyś strojami. Zwykle głośnym śmiechem. Poglądami. Wyborami.
Dla mnie to zwykle zaskakujące. Moje stroje nie wydawały mi się odważne, raczej oczywiste. Śmiech rodzi się bez mojej świadomej woli i dźwięczy. Poglądy się zmieniają. Ewoluują. Odchodzę od nich i wracam, oglądam z różnych stron. Nie upieram się, że mam monopol na prawdę. A wybory... wybory. Rożnie to bywa.
Zostałam zaproszona do studia Pytania na Śniadanie, żeby opowiedzieć, co myślę o nagości dzieci na plaży. Czytam rożne opinie, fora, co słychać na ten temat w sieci. Ze zdziwieniem przyjmuję fakt, że moje zdanie na ten temat może być kontrowersyjne. To co wydaje mi się tak naturalne, tak zwykłe i oczywiste, wywołuje tyle emocji.
Jeśli dziecko chce być nago, niech będzie.
Jeśli nie chce, niech nie będzie.
Koniec. Kropka. Na pewno?
Dla przypomnienia artykuł na ten temat, który napisałam w zeszłym roku dla portalu dziecisawazne.pl
Różnimy się.
Ja i Ty.
My.
Różnimy się i możemy żyć obok, ze sobą, blisko, albo kawałek dalej.
Sztuką jest włączać w nasze życie te różnice. Nie unikać ich.
Nie staram się być kontrowersyjna. Ale jestem "jakaś" i odkąd pamiętam zdarza mi się wywoływać kontrowersje.
Kiedyś strojami. Zwykle głośnym śmiechem. Poglądami. Wyborami.
Dla mnie to zwykle zaskakujące. Moje stroje nie wydawały mi się odważne, raczej oczywiste. Śmiech rodzi się bez mojej świadomej woli i dźwięczy. Poglądy się zmieniają. Ewoluują. Odchodzę od nich i wracam, oglądam z różnych stron. Nie upieram się, że mam monopol na prawdę. A wybory... wybory. Rożnie to bywa.
Zostałam zaproszona do studia Pytania na Śniadanie, żeby opowiedzieć, co myślę o nagości dzieci na plaży. Czytam rożne opinie, fora, co słychać na ten temat w sieci. Ze zdziwieniem przyjmuję fakt, że moje zdanie na ten temat może być kontrowersyjne. To co wydaje mi się tak naturalne, tak zwykłe i oczywiste, wywołuje tyle emocji.
Jeśli dziecko chce być nago, niech będzie.
Jeśli nie chce, niech nie będzie.
Koniec. Kropka. Na pewno?
Dla przypomnienia artykuł na ten temat, który napisałam w zeszłym roku dla portalu dziecisawazne.pl
Etykiety:
ciało,
edukacja seksualna,
emocje,
integralność,
nagość,
odpuszczanie,
rodzicielstwo,
tabu,
uważność,
wakacje,
wolność,
zabawa,
zaufanie
wtorek, 2 stycznia 2018
Czerwień. O potędze cyklu i o tym, co mnie wkurza w cywilizacji.
To nie jest blog o seksualności i zdrowiu kobiety.
Zastanawiam się, więc, czemu od tygodni mam w głowie ten post? Post o czerwieni, o krwi... O miesiączce.
Może to świadomość, że już za chwilę moja córka będzie wchodziła do tej krainy. Może to tęsknota za światem, w którym jest miejsce na cykle i rytmy, na głęboki kontakt ze swoim ciałem.
Może to potrzeba zatrzymania się i uszanowania spowolnienia, które świat każe mi omijać, a ja uparcie tam wracam.
Jest czas biegu, czas zdobywania, sukcesów i działania. Czas realizacji celów. Budowania, tworzenia, czas energetyczny i wyraźny.
I jest ten drugi. Czas zatrzymania. Czas rozlazły, niepewny, czas rozglądania się, wątpliwości, patrzenia w siebie. Czas zwijania się w kłębek.
Czas nie-działania.
Ten pierwszy jest bardziej szanowany i zdecydowanie bardziej popularny w świecie.
Ten drugi nie ma dobrej marki. Nie jest mile widziany, raczej niewygodny, i kiedy nadchodzi, chcemy się schować. Uciec. Nawet przed sobą.
A jednak powraca. Im bardziej odsuwany, tym większą falą wzbiera.
Im bardziej się go wstydzimy, tym więcej pudru potrzeba, by go ukryć.
Wiercimy się i kręcimy głową... Fukamy i liczymy, że tym razem się uda "to" jakoś ominąć.
Rozlazłość. Senność. Nicmisięniechciejstwo...
Brak pewności, przestrach, irytacja.
Siedzenie w jamie, jaskini, pod kocem.
Dzień i noc.
Inne energie, inne jakości.
Obie niezbędne, obie tworzą cykl naszego życia.
Wiele razy już zataczałam to koło.
Wiele razy doświadczałam ,że jeśli odłożę wszystkie ważne rzeczy i sprawy, i poddam się tej sile, energia powróci.
To mój opór pogarsza sprawę.
Cywilizacja nie pomaga.
Przymus szybkiego tempa, brak ziemi pod stopami... Brak lasu, łąki, wody na wyciągnięcie ręki... Hałas, smog, wszechobecne sri-fi, itd...
Czasem wystarczy spacer do lasu, czasem godzina pod kocem. Czasem potrzeba więcej.
Poddanie się, popłynięcie z tym ciemnym nurtem... Zanurzenie do samego dna w nieprzeniknionej wodzie.
I wtedy odbicie, nowe otwarcie, wypłynięcie na powierzchnię i czyste błękitne niebo.
Oddech.
Te cykle są związane nie tylko z menstruacją. Ale podczas niej bardzo wyraźne.
Zastanawiam się, co chcę przekazać córce na ten temat?
Czego chcę ją nauczyć? Dokładnie tego, co chcę mieć dla siebie: zaufanie do siebie, zgodę na siebie, zgodę na moje potrzeby.
Kiedy przychodzi ból brzucha mogę wziąć tabletkę. Mogę. Ale mam też do wyboru coś innego: leżenie na trawie, albo chodzenie boso i oddychanie... Powolne i spokojne, aż w głąb ziemi. Pomaga magicznie.
Kiedy jestem śpiąca, mogę wypić kawę. Mogę.
Ale mogę też po prostu pospać. Zregenerować się.
Kiedy mi smutno i nie wiem co się dzieje, mogę się rozweselać na siłę, ale mogę też powiedzieć o tym komuś bliskiemu i poprosić: wysłuchaj mnie.
Mogę się zatrzymać i zaczerpnąć z tego co jest.
Nie da się tylko biec, śmiać i wygrywać.
Tak. Ten post jest przede wszystkim dla mnie, żebym pamiętała, że mam wybór.
Powstał, bo poczułam to ostatnio znów bardzo wyraźnie.
Wyjeżdżałam na kilka dni sama z córką. To był dla nas bardzo ważny czas. Uwijałam się, pakowałam walizki. I poczułam jak zaczynają boleć mnie lekko piersi... Jak powolnieją ruchy. Chciałam tylko spać! No, nie! Tylko nie na wyjazd, tylko nie w podróży! Przecież miałyśmy się kąpać, zwiedzać, żyć!
I jeszcze te białe prześcieradła w wynajmowanym mieszkaniu...aaaa!
Stop. Zatrzymałam się, przyjrzałam swoim myślom, napięciu. Jak ja się CZUJĘ? Jaki to przekaz dla córki?
Napięcie puściło, pogodziłam się z nadejściem miesiączki....
Okazało się, że to spowolnienie było zbawienne dla naszej podróży. Miałam więcej uważności na córkę, której nie chciało się dużo chodzić. Zamiast biec, chętnie siadałam na kamieniach i wystawiałam twarz do słońca. Zamiast "zaliczać" kolejne zabytki, czekałam aż zbierze swoje piórka i muszelki, aż zajrzy w każdą dziurę. Sączyłam czas, masowałam brzuch. Oddech. Przytulenie. Śmiech.
Z wyjazdu zapamiętałam zapach morza i wzajemną bliskość.
Zastanawiam się, więc, czemu od tygodni mam w głowie ten post? Post o czerwieni, o krwi... O miesiączce.
Może to świadomość, że już za chwilę moja córka będzie wchodziła do tej krainy. Może to tęsknota za światem, w którym jest miejsce na cykle i rytmy, na głęboki kontakt ze swoim ciałem.
Może to potrzeba zatrzymania się i uszanowania spowolnienia, które świat każe mi omijać, a ja uparcie tam wracam.
Jest czas biegu, czas zdobywania, sukcesów i działania. Czas realizacji celów. Budowania, tworzenia, czas energetyczny i wyraźny.
I jest ten drugi. Czas zatrzymania. Czas rozlazły, niepewny, czas rozglądania się, wątpliwości, patrzenia w siebie. Czas zwijania się w kłębek.
Czas nie-działania.
Ten pierwszy jest bardziej szanowany i zdecydowanie bardziej popularny w świecie.
Ten drugi nie ma dobrej marki. Nie jest mile widziany, raczej niewygodny, i kiedy nadchodzi, chcemy się schować. Uciec. Nawet przed sobą.
A jednak powraca. Im bardziej odsuwany, tym większą falą wzbiera.
Im bardziej się go wstydzimy, tym więcej pudru potrzeba, by go ukryć.
Wiercimy się i kręcimy głową... Fukamy i liczymy, że tym razem się uda "to" jakoś ominąć.
Rozlazłość. Senność. Nicmisięniechciejstwo...
Brak pewności, przestrach, irytacja.
Siedzenie w jamie, jaskini, pod kocem.
Dzień i noc.
Inne energie, inne jakości.
Obie niezbędne, obie tworzą cykl naszego życia.
Wiele razy już zataczałam to koło.
Wiele razy doświadczałam ,że jeśli odłożę wszystkie ważne rzeczy i sprawy, i poddam się tej sile, energia powróci.
To mój opór pogarsza sprawę.
Cywilizacja nie pomaga.
Przymus szybkiego tempa, brak ziemi pod stopami... Brak lasu, łąki, wody na wyciągnięcie ręki... Hałas, smog, wszechobecne sri-fi, itd...
Czasem wystarczy spacer do lasu, czasem godzina pod kocem. Czasem potrzeba więcej.
Poddanie się, popłynięcie z tym ciemnym nurtem... Zanurzenie do samego dna w nieprzeniknionej wodzie.
I wtedy odbicie, nowe otwarcie, wypłynięcie na powierzchnię i czyste błękitne niebo.
Oddech.
Te cykle są związane nie tylko z menstruacją. Ale podczas niej bardzo wyraźne.
Zastanawiam się, co chcę przekazać córce na ten temat?
Czego chcę ją nauczyć? Dokładnie tego, co chcę mieć dla siebie: zaufanie do siebie, zgodę na siebie, zgodę na moje potrzeby.
Kiedy przychodzi ból brzucha mogę wziąć tabletkę. Mogę. Ale mam też do wyboru coś innego: leżenie na trawie, albo chodzenie boso i oddychanie... Powolne i spokojne, aż w głąb ziemi. Pomaga magicznie.
Kiedy jestem śpiąca, mogę wypić kawę. Mogę.
Ale mogę też po prostu pospać. Zregenerować się.
Kiedy mi smutno i nie wiem co się dzieje, mogę się rozweselać na siłę, ale mogę też powiedzieć o tym komuś bliskiemu i poprosić: wysłuchaj mnie.
Mogę się zatrzymać i zaczerpnąć z tego co jest.
Nie da się tylko biec, śmiać i wygrywać.
Tak. Ten post jest przede wszystkim dla mnie, żebym pamiętała, że mam wybór.
Powstał, bo poczułam to ostatnio znów bardzo wyraźnie.
Wyjeżdżałam na kilka dni sama z córką. To był dla nas bardzo ważny czas. Uwijałam się, pakowałam walizki. I poczułam jak zaczynają boleć mnie lekko piersi... Jak powolnieją ruchy. Chciałam tylko spać! No, nie! Tylko nie na wyjazd, tylko nie w podróży! Przecież miałyśmy się kąpać, zwiedzać, żyć!
I jeszcze te białe prześcieradła w wynajmowanym mieszkaniu...aaaa!
Stop. Zatrzymałam się, przyjrzałam swoim myślom, napięciu. Jak ja się CZUJĘ? Jaki to przekaz dla córki?
Napięcie puściło, pogodziłam się z nadejściem miesiączki....
Okazało się, że to spowolnienie było zbawienne dla naszej podróży. Miałam więcej uważności na córkę, której nie chciało się dużo chodzić. Zamiast biec, chętnie siadałam na kamieniach i wystawiałam twarz do słońca. Zamiast "zaliczać" kolejne zabytki, czekałam aż zbierze swoje piórka i muszelki, aż zajrzy w każdą dziurę. Sączyłam czas, masowałam brzuch. Oddech. Przytulenie. Śmiech.
Z wyjazdu zapamiętałam zapach morza i wzajemną bliskość.
Etykiety:
budowanie więzi,
córka,
dojrzewanie,
edukacja seksualna,
macierzyństwo,
matka,
miesiączka,
miłość,
odpoczynek,
odpuszczanie,
relacja,
seksualność,
świętowanie,
tabu,
uważność
piątek, 22 grudnia 2017
Dla Justyny. Dla Lidki. Dla Kasi. Dla Izy. Dla Moniki. Dla Agnieszki. Dla Marcina, Pawła i Krzysztofa. Dla Ciebie. Dla mnie. Z miłością.
Na każdych warsztatach, w kręgach, w przelotnych spotkaniach... Spotykam Was: rodziców, którym trafiło się "takie dziecko". "Trudne"," niegrzeczne", "wymagające", "inne".
Rodzeństwo Dziecka (jeśli je ma) jest "spokojne", "współpracujące", "idzie się dogadać"... Ale On/Ona nie...
Czasem To Dziecko jest pierwsze, czasem drugie. Czasem dopiero czwarte z kolei. Czasem to chłopiec, a czasem dziewczynka.
Można nas, rodziców takiego Dziecka, rozpoznać po bólu, po tym przerażeniu, które mamy w oczach, kiedy mówimy o Swoim Dziecku.
Kochamy je przecież, a jednak nie w możemy go czasem znieść.
Można nas rozpoznać po rozpaczy.
Wściekłości.
Po dojściu do granicy wytrzymałości.
Długo szukałam schematu, jakiegoś wzoru, wytłumaczenia.
Teraz wiem, że to dar. Wielki prezent od losu: oto zjawił się Mistrz i mnie naucza.
Z chirurgiczną precyzją wyciąga rączkę i wskazuje: TO TU. Właśnie tu jest miejsce, gdzie schowałaś swoje największe dramaty: wstyd, ból, agresję, głośne zachowanie, wrażliwość, niedopasowanie, seksualność... Cokolwiek ukryte jeszcze przede mną w mroku, w nieświadomości, cokolwiek destrukcyjnego mam, co mi nie służy, a się tego nie pozbywam: To Dziecko mi to pokaże.
Dziecko działa zawsze na korzyść systemu w którym żyje i nagłaśnia jak przez wielką tubę, co w nim szwankuje.
Zapracowana mama, która zamiast wyjechać na weekend z przyjaciółkami, bierze sobie na głowę kolejne obowiązki, szybko się o tym dowie.
Tata, który znów siedzi nieobecny nad wódką, albo nad komórką, zamiast rozejrzeć się przytomnie dookoła i Być w swoim życiu.
Dzielna matka, która zakłada na twarz uśmiech, która nie wypłakuje swojego bólu, żeby nie dokładać innym, choć sama się już pod nim ugina.
Ojciec, który nie widzi sensu w życiu, jakie prowadzi, od pensji do pensji, który tęskni za przygodą, ale po nią nie sięga.
Matka, która nie rozumie, czemu czuje niechęć do dłoni swojego partnera, ale co wieczór myśli: jakoś to będzie.
Ojciec, który nie otwiera serca.
Matka.
Ojciec.
Związek.
To co w ciemności chce wyjść na światło. Światło leczy.
To dziecko, które jest za żywe, za głośne, nie słucha, tupie, domaga się, jęczy, to, które doprowadza do szału...To, które chcemy wyrzucić za okno, żeby tylko na chwilę przestało, ma dla nas ważną wiadomość.
Nie wiem jak brzmi w Twoim przypadku.
Dla mnie brzmiała ona: Traktuj siebie poważnie. Uznaj swoje potrzeby. Odpocznij. Doceń, że masz partnera i zrób dla niego miejsce, bo dzieci macie we dwoje.
Mów tak- tak, albo nie-nie. Stawaj w prawdzie. Choćby nie wiem jak bardzo zwariowana była. Stój po swojej stronie.
Dziecko nie walczy ze mną, ani z Tobą.
Zmaga się ze starymi sposobami w jakie się chroniliśmy. Pomaga nam zdjąć skorupę i poczuć pod nią nową, lepszą skórę.
Dotyka rany w Twoim sercu i mówi: Tu jest rana!
Widzi, że udajesz z pokerową miną i mówi: sprawdzam!
Kiedy Ty z paniką trzymasz drzwi zamknięte i nie chcesz za nic na świecie zajrzeć w ciemność, i dałabyś się pokroić, żeby tylko nie musieć ich otwierać - ono puka z tamtej strony. Ono kopie, wali i nie pozwala się zignorować.
Mówi: odzyskaj swoje życie.
I nie, nie jest to łatwe.
Zaprowadziło mnie na dziesiątki warsztatów, terapię, ustawienia hellingerowskie, do lasu, nad wodę, w czarną dziurę.
Targało mną, mieliło jak w jakiejś wielkiej pralce, czasem nie wiedziałam gdzie góra, a gdzie dół.
Dalej bywa bardzo trudno.
Ale jest jaśniej.
Otworzyłam drzwi do ciemności, a tam siedziała mała Kasia i bała się, że nie zasługuje na miłość. Bo jest nie taka.
Już się tak bardzo nie boję.
Doszłam w miejsce, gdzie jest trochę łatwiej, trochę lepiej.
To miejsce, gdzie trzymam siebie za rękę.
Rozglądam się i jest nas więcej.
Rodzeństwo Dziecka (jeśli je ma) jest "spokojne", "współpracujące", "idzie się dogadać"... Ale On/Ona nie...
Czasem To Dziecko jest pierwsze, czasem drugie. Czasem dopiero czwarte z kolei. Czasem to chłopiec, a czasem dziewczynka.
Można nas, rodziców takiego Dziecka, rozpoznać po bólu, po tym przerażeniu, które mamy w oczach, kiedy mówimy o Swoim Dziecku.
Kochamy je przecież, a jednak nie w możemy go czasem znieść.
Można nas rozpoznać po rozpaczy.
Wściekłości.
Po dojściu do granicy wytrzymałości.
Długo szukałam schematu, jakiegoś wzoru, wytłumaczenia.
Teraz wiem, że to dar. Wielki prezent od losu: oto zjawił się Mistrz i mnie naucza.
Z chirurgiczną precyzją wyciąga rączkę i wskazuje: TO TU. Właśnie tu jest miejsce, gdzie schowałaś swoje największe dramaty: wstyd, ból, agresję, głośne zachowanie, wrażliwość, niedopasowanie, seksualność... Cokolwiek ukryte jeszcze przede mną w mroku, w nieświadomości, cokolwiek destrukcyjnego mam, co mi nie służy, a się tego nie pozbywam: To Dziecko mi to pokaże.
Dziecko działa zawsze na korzyść systemu w którym żyje i nagłaśnia jak przez wielką tubę, co w nim szwankuje.
Zapracowana mama, która zamiast wyjechać na weekend z przyjaciółkami, bierze sobie na głowę kolejne obowiązki, szybko się o tym dowie.
Tata, który znów siedzi nieobecny nad wódką, albo nad komórką, zamiast rozejrzeć się przytomnie dookoła i Być w swoim życiu.
Dzielna matka, która zakłada na twarz uśmiech, która nie wypłakuje swojego bólu, żeby nie dokładać innym, choć sama się już pod nim ugina.
Ojciec, który nie widzi sensu w życiu, jakie prowadzi, od pensji do pensji, który tęskni za przygodą, ale po nią nie sięga.
Matka, która nie rozumie, czemu czuje niechęć do dłoni swojego partnera, ale co wieczór myśli: jakoś to będzie.
Ojciec, który nie otwiera serca.
Matka.
Ojciec.
Związek.
To co w ciemności chce wyjść na światło. Światło leczy.
To dziecko, które jest za żywe, za głośne, nie słucha, tupie, domaga się, jęczy, to, które doprowadza do szału...To, które chcemy wyrzucić za okno, żeby tylko na chwilę przestało, ma dla nas ważną wiadomość.
Nie wiem jak brzmi w Twoim przypadku.
Dla mnie brzmiała ona: Traktuj siebie poważnie. Uznaj swoje potrzeby. Odpocznij. Doceń, że masz partnera i zrób dla niego miejsce, bo dzieci macie we dwoje.
Mów tak- tak, albo nie-nie. Stawaj w prawdzie. Choćby nie wiem jak bardzo zwariowana była. Stój po swojej stronie.
Dziecko nie walczy ze mną, ani z Tobą.
Zmaga się ze starymi sposobami w jakie się chroniliśmy. Pomaga nam zdjąć skorupę i poczuć pod nią nową, lepszą skórę.
Dotyka rany w Twoim sercu i mówi: Tu jest rana!
Widzi, że udajesz z pokerową miną i mówi: sprawdzam!
Kiedy Ty z paniką trzymasz drzwi zamknięte i nie chcesz za nic na świecie zajrzeć w ciemność, i dałabyś się pokroić, żeby tylko nie musieć ich otwierać - ono puka z tamtej strony. Ono kopie, wali i nie pozwala się zignorować.
Mówi: odzyskaj swoje życie.
I nie, nie jest to łatwe.
Zaprowadziło mnie na dziesiątki warsztatów, terapię, ustawienia hellingerowskie, do lasu, nad wodę, w czarną dziurę.
Targało mną, mieliło jak w jakiejś wielkiej pralce, czasem nie wiedziałam gdzie góra, a gdzie dół.
Dalej bywa bardzo trudno.
Ale jest jaśniej.
Otworzyłam drzwi do ciemności, a tam siedziała mała Kasia i bała się, że nie zasługuje na miłość. Bo jest nie taka.
Już się tak bardzo nie boję.
Doszłam w miejsce, gdzie jest trochę łatwiej, trochę lepiej.
To miejsce, gdzie trzymam siebie za rękę.
Rozglądam się i jest nas więcej.
Etykiety:
bez oceniania,
budowanie więzi,
codzienność,
emocje,
emocje dziecka,
miłość,
odpoczynek,
odpuszczanie,
poczucie winy,
relacja,
rodzicielstwo,
uważność,
wsparcie
poniedziałek, 20 listopada 2017
Najpiękniejsza kobieta na świecie
To ty.
Dla Twojego dziecka tak jest. A dla Ciebie?
Pamiętam swój zachwyt, kąt padania światła w pokoju, brązową szafę i moją mamę, kiedy się przebierała. Piegowate plecy i włosy spięte w luźny kok.
Czułam, że nie ma nikogo piękniejszego na całym świecie.
Teraz wiem, że wiara w to, w jakiś sposób łączyła się z moją wiarą w siebie. Jestem częścią tej boskiej istoty, więc jestem boska:)
Co się dzieje z tym poczuciem, kiedy okazuje się, że mama nie lubi siebie? Jak mogę ochronić swoją miłość do siebie? Swoje poczucie jedności ze światem?
Dziewczynka czuje. Jej ciało chodzi, biega, skacze, doświadcza ciepła słońca na skórze. Dziewczynka smakuje kwiaty koniczyny i nasturcji. Nabija sobie siniaki i boi się zejść z drzewa, na które tak łatwo było się wdrapać. Dziewczynka bawi się z chłopcami i dziewczynkami, nosi spodnie, albo sukienki.
Dziewczynka nie zastanawia się jak wygląda, dopóki inni nie przystawią jej lustra.
Co zobaczy w dużej mierze zależy od tego kim są jej bliscy i w jakiej żyje kulturze.
I nie, nie chcę dokładać mamom kolejnego balastu - musisz być taka czy taka, żeby najlepiej wychować swoja córkę.
Nie.
Ale jest coś co warto zrobić.
Zakwestionować.
Zakwestionować to, co się dzieje wokół. Ciągłe patrzenie na ciało, porównywanie go, ocenianie, dramatyzowanie i stawianie w centrum uwagi.
Ciało nie jest do oglądania.
Ciało to ja.
To ja idę, biegnę, skaczę. To ja się przejadłam, jestem śpiąca, ożywiona, chce mi się pić.
To nie własność publiczna, nie przedmiot. To ja.
Pozwalając innym oceniać moje ciało, komentować, porównywać, pozwalam im decydować kim jestem.
Dlatego warto kwestionować, warto zastanawiać się i szukać siebie, własnej autonomii.
Tematów jest wiele. Jak chcę się ubierać? Czy ogolę nogi? Maluję się, czy nie?
Odchudzam drakońskimi dietami, czy po prostu dbam o siebie?
Mam tysiąc kolczyków, zielone włosy, czy chowam się w jakimś uniformie?
Czy czuję się kobietą?
Co to dla mnie znaczy być ładną? Brzydką? Czym jest dla mnie zachwyt innych ludzi? Co ma wartość?
Czy biorę udział w wyścigu, którego nawet nie zauważam, czy to ja wybrałam jurorów? Czy znam zasady? Czy w ogóle chcę tam być?
Jak patrzę na inne kobiety? Oceniająco? Przychylnie?
Budzące bywa pobycie w innej kulturze. Łatwiej wtedy o dystans i refleksję. Co jest normą? Co mnie zaskakuje? Czego potrzebuję?
Pamiętam wielkie odkrycie, kiedy podróżowałam do Australii. Mężczyznom nie wolno tam "gapić się" na kobiety. A może w ogóle ludziom na ludzi? Można rozmawiać z obcymi, wymieniać uprzejmości, śmiać się głośno, oddychać. Ale nie "gapić się".
Pamiętam ogromną ulgę jaką poczułam, przestając być "obiektem". Mogłam się wyprostować, zająć swoją przestrzeń. przestać się kurczyć i chować. Ja - przyzwyczajona do ciągłych komentarzy i zaczepek ze względu na duże piersi i "kobiecą" figurę, tam stałam się zwyczajna, niezauważalna wręcz. Dookoła mnie było mnóstwo podobnych dziewczyn. Wiele z nich o wiele większych ode mnie, za rękę z chłopakami o aparycji "modela". Jak mi to wywróciło wszystko w głowie!
Budzące bywa też rozmawianie z innymi kobietami. Otwieranie się i wymienianie doświadczeń.
Tak. Ciało jest ważne. Bez niego nas nie ma. Ważne są też serce i mózg. I jakoś tak się dzieje, że zarówno dziewczyny (zarówno te oceniane jako "brzydkie" i te "najładniejsze") muszą udowadniać, że je mają. Muszą?
I nie, nie chcę, żebyś teraz mówiła swojej córce wyświechtane slogany o samoakceptacji.
Wystarczy jeśli zrobisz dla siebie coś dobrego, popatrzysz przychylnie.
I zakwestionujesz dziś choć jedną rzecz na temat siebie, którą ci wmówili, a która nie jest prawdą.
Wystarczy, że poświęcisz chwilę na zastanowienie się jaka jest twoja prawda. Jak się czujesz? Kim jesteś dziś, w tym momencie?
Wystarczy, że odważysz się być szczera. Ze sobą, z kimś bliskim.
Szczerość ma wielką siłę. Jest tam prawda, autentyczność, odwaga.
Wiele czasu mi to zabrało, ale dziś stoję za sobą bezwarunkowo. Nie jestem idealna. I ciągle stoję za sobą. Nieidealną. Cokolwiek się dzieje, czuję to. Jestem ok, jaka jestem. Mam prawo tu być.
Nie wierzę w żadne metody wychowawcze.Wierzę w relację. Ze sobą i drugim człowiekiem.
Wierzę, że jeśli chcę czegoś dla swojego dziecka (szczęścia? samoakceptacji? siły? wrażliwości?) jedyną drogą do tego celu, jest samemu stać się tą zmianą.
Dla Twojego dziecka tak jest. A dla Ciebie?
Pamiętam swój zachwyt, kąt padania światła w pokoju, brązową szafę i moją mamę, kiedy się przebierała. Piegowate plecy i włosy spięte w luźny kok.
Czułam, że nie ma nikogo piękniejszego na całym świecie.
Teraz wiem, że wiara w to, w jakiś sposób łączyła się z moją wiarą w siebie. Jestem częścią tej boskiej istoty, więc jestem boska:)
Co się dzieje z tym poczuciem, kiedy okazuje się, że mama nie lubi siebie? Jak mogę ochronić swoją miłość do siebie? Swoje poczucie jedności ze światem?
Dziewczynka czuje. Jej ciało chodzi, biega, skacze, doświadcza ciepła słońca na skórze. Dziewczynka smakuje kwiaty koniczyny i nasturcji. Nabija sobie siniaki i boi się zejść z drzewa, na które tak łatwo było się wdrapać. Dziewczynka bawi się z chłopcami i dziewczynkami, nosi spodnie, albo sukienki.
Dziewczynka nie zastanawia się jak wygląda, dopóki inni nie przystawią jej lustra.
Co zobaczy w dużej mierze zależy od tego kim są jej bliscy i w jakiej żyje kulturze.
I nie, nie chcę dokładać mamom kolejnego balastu - musisz być taka czy taka, żeby najlepiej wychować swoja córkę.
Nie.
Ale jest coś co warto zrobić.
Zakwestionować.
Zakwestionować to, co się dzieje wokół. Ciągłe patrzenie na ciało, porównywanie go, ocenianie, dramatyzowanie i stawianie w centrum uwagi.
Ciało nie jest do oglądania.
Ciało to ja.
To ja idę, biegnę, skaczę. To ja się przejadłam, jestem śpiąca, ożywiona, chce mi się pić.
To nie własność publiczna, nie przedmiot. To ja.
Pozwalając innym oceniać moje ciało, komentować, porównywać, pozwalam im decydować kim jestem.
Dlatego warto kwestionować, warto zastanawiać się i szukać siebie, własnej autonomii.
Tematów jest wiele. Jak chcę się ubierać? Czy ogolę nogi? Maluję się, czy nie?
Odchudzam drakońskimi dietami, czy po prostu dbam o siebie?
Mam tysiąc kolczyków, zielone włosy, czy chowam się w jakimś uniformie?
Czy czuję się kobietą?
Co to dla mnie znaczy być ładną? Brzydką? Czym jest dla mnie zachwyt innych ludzi? Co ma wartość?
Czy biorę udział w wyścigu, którego nawet nie zauważam, czy to ja wybrałam jurorów? Czy znam zasady? Czy w ogóle chcę tam być?
Jak patrzę na inne kobiety? Oceniająco? Przychylnie?
Budzące bywa pobycie w innej kulturze. Łatwiej wtedy o dystans i refleksję. Co jest normą? Co mnie zaskakuje? Czego potrzebuję?
Pamiętam wielkie odkrycie, kiedy podróżowałam do Australii. Mężczyznom nie wolno tam "gapić się" na kobiety. A może w ogóle ludziom na ludzi? Można rozmawiać z obcymi, wymieniać uprzejmości, śmiać się głośno, oddychać. Ale nie "gapić się".
Pamiętam ogromną ulgę jaką poczułam, przestając być "obiektem". Mogłam się wyprostować, zająć swoją przestrzeń. przestać się kurczyć i chować. Ja - przyzwyczajona do ciągłych komentarzy i zaczepek ze względu na duże piersi i "kobiecą" figurę, tam stałam się zwyczajna, niezauważalna wręcz. Dookoła mnie było mnóstwo podobnych dziewczyn. Wiele z nich o wiele większych ode mnie, za rękę z chłopakami o aparycji "modela". Jak mi to wywróciło wszystko w głowie!
Budzące bywa też rozmawianie z innymi kobietami. Otwieranie się i wymienianie doświadczeń.
Tak. Ciało jest ważne. Bez niego nas nie ma. Ważne są też serce i mózg. I jakoś tak się dzieje, że zarówno dziewczyny (zarówno te oceniane jako "brzydkie" i te "najładniejsze") muszą udowadniać, że je mają. Muszą?
Wystarczy jeśli zrobisz dla siebie coś dobrego, popatrzysz przychylnie.
I zakwestionujesz dziś choć jedną rzecz na temat siebie, którą ci wmówili, a która nie jest prawdą.
Wystarczy, że poświęcisz chwilę na zastanowienie się jaka jest twoja prawda. Jak się czujesz? Kim jesteś dziś, w tym momencie?
Wystarczy, że odważysz się być szczera. Ze sobą, z kimś bliskim.
Szczerość ma wielką siłę. Jest tam prawda, autentyczność, odwaga.
Wiele czasu mi to zabrało, ale dziś stoję za sobą bezwarunkowo. Nie jestem idealna. I ciągle stoję za sobą. Nieidealną. Cokolwiek się dzieje, czuję to. Jestem ok, jaka jestem. Mam prawo tu być.
Nie wierzę w żadne metody wychowawcze.Wierzę w relację. Ze sobą i drugim człowiekiem.
Wierzę, że jeśli chcę czegoś dla swojego dziecka (szczęścia? samoakceptacji? siły? wrażliwości?) jedyną drogą do tego celu, jest samemu stać się tą zmianą.
Etykiety:
bez oceniania,
budowanie więzi,
codzienność,
emocje,
kobiecość,
łagodność,
macierzyństwo,
matka,
odpuszczanie,
poczucie winy,
relacja,
uważność
piątek, 27 października 2017
Adaptacja do... życia.
Ten post jest spontaniczny, bo zwykle temat adaptacji mało mnie zajmuje. Zwykle... Ale dziś jestem poruszona i smutna, i zła.
Zdarzyło się coś, co uświadomiło mi, że warto o tym mówić, pisać, że ciągle jest taka potrzeba.
W pewnym mieście urządzono konferencję dla rodziców, a przy okazji warsztaty artystyczne dla dzieci tychże rodziców. Warsztaty były artystyczne - plastyczne, muzyczne, całkiem fajne. 4 razy po pół godziny, co daje w sumie dwie. Dzieci w wieku od 4 do 6 lat. Nowe miejsce, nowi ludzie, hałas, tłum, grupy po 24 młode osóbki... Widzicie to?
Moja córeczka (lat 4) upewniła się, że na pewno, ale to na 100% i przez cały, calutki czas będę z nią. Będę. Rozluźniona pobiegła się bawić, a ja usiadłam z boku.
Nastawiłam się na bycie tłem i przeglądanie fb na ekranie smartfona;)
Okazało się, że tylko ja weszłam tam razem z dzieckiem. Prowadzący uwijali się jak w ukropie, licząc dzieci, odprowadzając na siku itd. Większość dzieci miała się dobrze, ale... nie wszystkie.
No i zaczęły się pytania: "A gdzie moja mama?" Łzy jak grochy
i te charakterystyczne stwierdzenia dorosłych - podniesionym, lekko napiętym głosem: "A po co płaczesz?" "No już, nie płacz!"
Ponieważ jakaś czterolatka płakała szczególnie żałośnie, podeszłam do niej i zapytałam "tęsknisz do mamy?" Ku memu zaskoczeniu, małe rączki objęły mnie mocno, a nieznana dziewczynka wtuliła i zużyła trzy chusteczki zanim po godzinie dołączyła do grupy i zaczęła się bawić... Godzina przytulania, głaskania, wycierania nosa... Aż w końcu nieśmiałe dołączenie do grupy i... zabawa.
Przez dużą część tej godziny, na moim drugim kolanie siedziała druga dziewczynka, na oko sześciolatka.
Nie była w stanie się odezwać, powiedzieć swojego imienia, po prostu płakała na zmianę z próbą wstrzymania powietrza i zamarcia w bezruchu. Łzy jednak na szczęście od czasu do czasu się wylewały. Chciała się bawić, ale była w takim stresie, że nie była w stanie. Jakaś młoda wolontariuszka zaczęła na nas patrzeć i w końcu zebrała odwagę, podeszła i powiedziała do mnie: "rozumiem ją, ja też byłam takim dzieckiem..." i "przejęła" dziewczynkę ode mnie - do końca zajęć po prostu siedziała koło niej. Dziewczynce podejście do grupy zajęło dwie godziny. I dotarła tylko - czy aż! - do takiego momentu w którym razem z wolontariuszką, siedziała krok za grupą i patrzyła. Już spokojniejsza.
Moja córka adoptowała się do przedszkola przez 14 miesięcy, po których ma lepsze i gorsze dni, ale widzę, że lubi tam być. Czasem nawet nie chce wyjść.
14 miesięcy, kiedy często wolała zostać w domu, dużo się przeziębiała i ewidentnie potrzebowała bardziej mnie, niż koleżanek.
A potem zaczęła potrzebować koleżanek, kiedy ja jestem w tle.
I w końcu po prostu potrzebuje koleżanek.
I czasem znów tylko mnie.
A czasem tak, a czasem tak.
I oczywiście jestem też ja, która też czasem potrzebuje koleżanek, bardziej niż jej;)
Wracając do konferencji... Rozumiem perspektywę rodzica, który czasem marzy o chwili z dorosłymi, bez dziecka.
Rozumiem, że może przez niewiedzę, nieuwagę , nie zauważyć, że dziecku dzieje się krzywda.
Ale bardzo, bardzo zachęcam Was do chwili refleksji.
Jak się czuje moje dziecko w nowej grupie? Czego mu potrzeba, żeby tam się odnaleźć?
Być może, gdybym to nie ja, a bliska im osoba, pocieszała te dziewczynki, ich adaptacja do grupy potrwałaby krócej. A może w ogóle nie chciały tam być?
Zachęcam też do odpuszczenia... odpuszczenia sobie tej presji, że "moje dziecko nie spełnia jakiś oczekiwań", robi coś wolniej niż inne dzieci, inni patrzą i porównują. Po co i jak porównywać ptaka i rybę? Małgosię i Krzysia?
Tak, są dzieci, których droga do świata, do innych dzieci i ludzi jest szybsza, i takie, które potrzebują dużo czasu i wsparcia. I są takie, które potrzebują OGROMNIE dużo czasu i wsparcia. I to jest ok.
Wiem. Praca bywa koniecznością. Konferencja też.
Koniecznością jest też refleksja nad sobą i swoim dzieckiem, jego emocjami.
Wyobrażam sobie jak trudno może być rodzicom nieśmiałej osoby, wyobrażam sobie jak trudno być taką osobą, od której wszyscy oczekują się, że jako sześciolatka będzie potrafiła już odważnie wejść w nowe miejsce.
Sama mam 42 lata i czasem muszę złapać najpierw trzy oddechy.
Wierzę, że naszą rolą jako rodziców nie jest ani chronienie naszych dzieci przed wyzwaniami, ani wrzucanie ich na główkę na głęboka wodę. Naszym zadaniem jest wspieranie ich, bycie obok, na wyciągnięcie ręki, towarzyszenie w zmaganiach. Delikatna zachęta i akceptacja potknięć.
Nie ma nic ważniejszego.
Widzę na co dzień, jak przyjmowanie uczuć dziecka, pomieszczanie ich i akceptacja działają cuda. A przede wszystkim budują relację, w której możemy sobie ufać i wzrastać jako ludzie.
Dlatego dajmy czasowi czas, nie ciągnijmy naszych dzieci zbyt mocno w dorosłość. Tu i teraz to jedyne, co mamy i warto, żeby było jak najlepsze.
A dzieci i tak dorosną.
Zdarzyło się coś, co uświadomiło mi, że warto o tym mówić, pisać, że ciągle jest taka potrzeba.
W pewnym mieście urządzono konferencję dla rodziców, a przy okazji warsztaty artystyczne dla dzieci tychże rodziców. Warsztaty były artystyczne - plastyczne, muzyczne, całkiem fajne. 4 razy po pół godziny, co daje w sumie dwie. Dzieci w wieku od 4 do 6 lat. Nowe miejsce, nowi ludzie, hałas, tłum, grupy po 24 młode osóbki... Widzicie to?
Moja córeczka (lat 4) upewniła się, że na pewno, ale to na 100% i przez cały, calutki czas będę z nią. Będę. Rozluźniona pobiegła się bawić, a ja usiadłam z boku.
Nastawiłam się na bycie tłem i przeglądanie fb na ekranie smartfona;)
Okazało się, że tylko ja weszłam tam razem z dzieckiem. Prowadzący uwijali się jak w ukropie, licząc dzieci, odprowadzając na siku itd. Większość dzieci miała się dobrze, ale... nie wszystkie.
No i zaczęły się pytania: "A gdzie moja mama?" Łzy jak grochy
i te charakterystyczne stwierdzenia dorosłych - podniesionym, lekko napiętym głosem: "A po co płaczesz?" "No już, nie płacz!"
Ponieważ jakaś czterolatka płakała szczególnie żałośnie, podeszłam do niej i zapytałam "tęsknisz do mamy?" Ku memu zaskoczeniu, małe rączki objęły mnie mocno, a nieznana dziewczynka wtuliła i zużyła trzy chusteczki zanim po godzinie dołączyła do grupy i zaczęła się bawić... Godzina przytulania, głaskania, wycierania nosa... Aż w końcu nieśmiałe dołączenie do grupy i... zabawa.
Przez dużą część tej godziny, na moim drugim kolanie siedziała druga dziewczynka, na oko sześciolatka.
Nie była w stanie się odezwać, powiedzieć swojego imienia, po prostu płakała na zmianę z próbą wstrzymania powietrza i zamarcia w bezruchu. Łzy jednak na szczęście od czasu do czasu się wylewały. Chciała się bawić, ale była w takim stresie, że nie była w stanie. Jakaś młoda wolontariuszka zaczęła na nas patrzeć i w końcu zebrała odwagę, podeszła i powiedziała do mnie: "rozumiem ją, ja też byłam takim dzieckiem..." i "przejęła" dziewczynkę ode mnie - do końca zajęć po prostu siedziała koło niej. Dziewczynce podejście do grupy zajęło dwie godziny. I dotarła tylko - czy aż! - do takiego momentu w którym razem z wolontariuszką, siedziała krok za grupą i patrzyła. Już spokojniejsza.
Moja córka adoptowała się do przedszkola przez 14 miesięcy, po których ma lepsze i gorsze dni, ale widzę, że lubi tam być. Czasem nawet nie chce wyjść.
14 miesięcy, kiedy często wolała zostać w domu, dużo się przeziębiała i ewidentnie potrzebowała bardziej mnie, niż koleżanek.
A potem zaczęła potrzebować koleżanek, kiedy ja jestem w tle.
I w końcu po prostu potrzebuje koleżanek.
I czasem znów tylko mnie.
A czasem tak, a czasem tak.
I oczywiście jestem też ja, która też czasem potrzebuje koleżanek, bardziej niż jej;)
Wracając do konferencji... Rozumiem perspektywę rodzica, który czasem marzy o chwili z dorosłymi, bez dziecka.
Rozumiem, że może przez niewiedzę, nieuwagę , nie zauważyć, że dziecku dzieje się krzywda.
Ale bardzo, bardzo zachęcam Was do chwili refleksji.
Jak się czuje moje dziecko w nowej grupie? Czego mu potrzeba, żeby tam się odnaleźć?
Być może, gdybym to nie ja, a bliska im osoba, pocieszała te dziewczynki, ich adaptacja do grupy potrwałaby krócej. A może w ogóle nie chciały tam być?
Zachęcam też do odpuszczenia... odpuszczenia sobie tej presji, że "moje dziecko nie spełnia jakiś oczekiwań", robi coś wolniej niż inne dzieci, inni patrzą i porównują. Po co i jak porównywać ptaka i rybę? Małgosię i Krzysia?
Tak, są dzieci, których droga do świata, do innych dzieci i ludzi jest szybsza, i takie, które potrzebują dużo czasu i wsparcia. I są takie, które potrzebują OGROMNIE dużo czasu i wsparcia. I to jest ok.
Wiem. Praca bywa koniecznością. Konferencja też.
Koniecznością jest też refleksja nad sobą i swoim dzieckiem, jego emocjami.
Wyobrażam sobie jak trudno może być rodzicom nieśmiałej osoby, wyobrażam sobie jak trudno być taką osobą, od której wszyscy oczekują się, że jako sześciolatka będzie potrafiła już odważnie wejść w nowe miejsce.
Sama mam 42 lata i czasem muszę złapać najpierw trzy oddechy.
Nie ma nic ważniejszego.
Widzę na co dzień, jak przyjmowanie uczuć dziecka, pomieszczanie ich i akceptacja działają cuda. A przede wszystkim budują relację, w której możemy sobie ufać i wzrastać jako ludzie.
Dlatego dajmy czasowi czas, nie ciągnijmy naszych dzieci zbyt mocno w dorosłość. Tu i teraz to jedyne, co mamy i warto, żeby było jak najlepsze.
A dzieci i tak dorosną.
środa, 11 października 2017
Kupa.
"Kupa" to może nie jest najlepszy tytuł dla posta, ale jakoś najlepiej oddaje dla mnie to, o czym chcę napisać.
Tak.
Kupa.
Gówno.
Dla kilkulatków ukochany temat do żartów zaraz obok bąków i bekania. Niektórym zostaje na dłużej;)
Dla rodziców maluszków temat tak naturalny jak zakupy i pogoda.
A dla mnie?
Myślę o tym od dłuższego czasu i olśniło mnie wczoraj, kiedy w czasie cudownego spaceru z moją czterolatką - wiecie - "złota polska jesień" , matka i córka w harmonii zbierają dary natury, co chwila w zachwycie wykrzykują: "jeszcze ten listek, wkleimy go do zielnika!". Słońce połyskuje na naszych włosach, kasztany same wpadają do ręki... Zaraz zrobimy z nich ludziki!
Ups!
Trawnik ma czasem i inne niespodzianki: wdepnęłam w psią kupę i poczułam: "Hej, nie tak miało być!"
Ale zaraz zaczęłam się śmiać. Dzięki ci psia kupo!
Przecież ja nie lubię robić kasztanowych ludzików! Przy trzecim dziecku wiem: nudzi mnie to już!
Przecież za chwilę zamiast spędzać razem cudowne leniwe popołudnie popędzimy po starszaki do szkoły, po drodze zakupy. Czy dałam psu jeść? O cholera jeszcze lekcje z najstarszym i jak go (k****a) oderwać od tabletu?
Na instagramie zostanie właśnie to... Słoneczny blask wśród kolorowych liści. Ale w ciągu dnia będzie masa innych momentów. Mniej chętnie udostępnianych.
Proza codzienności, ból, łzy, wściekłość, niecierpliwość i pospieszanie dzieci. Dziurawa skarpetka i przypalony makaron. Bałagan.
Nuda.
Zmagania.
Pomyłki.
Życiowe lekcje.
Ucieczki.
Wczoraj, kiedy czyściłam but z psiego gówna, poczułam, że ono jest takie ...potrzebne. Żeby nie odlecieć, nie uwierzyć w plastikowe obrazki. Także swoje własne. Plastikowa łąka nie potrzebuje nawozu. Ta prawdziwa - tak. I tylko tam, gdzie to gówno przerabia sie na nawóz, wyrosną najpiękniejsze kwiaty.
Bez niego ani rusz:)
Więc dziękuję ci, kupo!
PS. Oszczędzam Wam adekwatnych fotografii;)
Tak.
Kupa.
Gówno.
Dla kilkulatków ukochany temat do żartów zaraz obok bąków i bekania. Niektórym zostaje na dłużej;)
Dla rodziców maluszków temat tak naturalny jak zakupy i pogoda.
A dla mnie?
Myślę o tym od dłuższego czasu i olśniło mnie wczoraj, kiedy w czasie cudownego spaceru z moją czterolatką - wiecie - "złota polska jesień" , matka i córka w harmonii zbierają dary natury, co chwila w zachwycie wykrzykują: "jeszcze ten listek, wkleimy go do zielnika!". Słońce połyskuje na naszych włosach, kasztany same wpadają do ręki... Zaraz zrobimy z nich ludziki!
Ups!
Trawnik ma czasem i inne niespodzianki: wdepnęłam w psią kupę i poczułam: "Hej, nie tak miało być!"
Ale zaraz zaczęłam się śmiać. Dzięki ci psia kupo!
Przecież ja nie lubię robić kasztanowych ludzików! Przy trzecim dziecku wiem: nudzi mnie to już!
Przecież za chwilę zamiast spędzać razem cudowne leniwe popołudnie popędzimy po starszaki do szkoły, po drodze zakupy. Czy dałam psu jeść? O cholera jeszcze lekcje z najstarszym i jak go (k****a) oderwać od tabletu?
Na instagramie zostanie właśnie to... Słoneczny blask wśród kolorowych liści. Ale w ciągu dnia będzie masa innych momentów. Mniej chętnie udostępnianych.
Proza codzienności, ból, łzy, wściekłość, niecierpliwość i pospieszanie dzieci. Dziurawa skarpetka i przypalony makaron. Bałagan.
Nuda.
Zmagania.
Pomyłki.
Życiowe lekcje.
Ucieczki.
Wczoraj, kiedy czyściłam but z psiego gówna, poczułam, że ono jest takie ...potrzebne. Żeby nie odlecieć, nie uwierzyć w plastikowe obrazki. Także swoje własne. Plastikowa łąka nie potrzebuje nawozu. Ta prawdziwa - tak. I tylko tam, gdzie to gówno przerabia sie na nawóz, wyrosną najpiękniejsze kwiaty.
Bez niego ani rusz:)
Więc dziękuję ci, kupo!
PS. Oszczędzam Wam adekwatnych fotografii;)
Etykiety:
bez oceniania,
codzienność,
dojrzewanie,
inspiracje ze świata,
łagodność,
odpuszczanie,
rodzicielstwo,
tabu,
uważność,
wolność,
zabawa
środa, 4 października 2017
Po co nam te warsztaty? Po co nam pan Juul i cała reszta?
Spotkałam kiedyś znajomą psycholożkę. Kupowałam akurat marchewkę, a ona przechodziła obok i wiecie, jak to przy marchewce, pogadałyśmy o życiu. Na koniec ona powiedziała coś, co mnie na dobrych kilka lat zbiło z tropu i zmusiło do myślenia. Powiedziała mianowicie tak: "Teraz wszystkie młode matki to z warsztatów na warsztaty biegają, ale po co? Przecież dzieci to trzeba po prostu kochać".
Obracałam to zdanie z prawej, obracałam z lewej, pod światło... i przykładałam do siebie i swoich koleżanek. Biegamy na warsztaty? Biegamy. Kochamy? Kochamy. A siwa głowa, którą szanuję i lubię, takie rzeczy mówi?!
Nie dawało mi to spokoju.
Ale teraz już wiem. Te warsztaty są ...dla mnie. Te, na które chodzę i te, które prowadzę. Dla mnie, bo je wybieram. Dla mnie, bo to mój czas. Bo spotykam innych ludzi i wymieniam się z nimi czymś prosto z serca.
Dla mnie, bo poznaję siebie coraz lepiej i lepiej, i ze sobą się coraz lepiej dogaduję. Godzę. Zaprzyjaźniam.
na tych warsztatach słucham i opowiadam Wam o relacji z dzieckiem i za każdym razem - ZA KAŻDYM RAZEM - zmienia się, rozwija, wzbogaca moja relacja z moim wewnętrznym dzieckiem.
Zmieniam się Ja.
I wtedy już nie muszę zastanawiać się jakich technik użyć, jakich słów, żeby rozwiązać kolejny konflikt w domu. Po prostu jestem, słucham, mieszczę w sobie uczucia dzieci. Albo nie mieszczę, ale nie winię innych.
Nic nie trzeba, wszystko można.
Potrzebny przykład?
Jako dziewczynka, mila i grzeczna, nie powinnam się zbytnio złościć. A ja się złoszczę. No i teraz mając 42 lata wreszcie uznałam w sobie ten kawałek i przeżywam różne złości, udzielając sobie wsparcia w ich przeżywaniu. Mówię głośno, wyrażam, tupię, wrzeszczę i płaczę ze złości, a nawet czasem mam ochotę kogoś zabić.
To jest kawałek mnie. Akceptuję siebie taką.
Długo tak nie było i w związku z tym trudno mi było towarzyszyć w złości mojemu synkowi. Poczułam różnicę, kiedy kilka dni temu przez godzinę opowiadał jakie formy tortur i śmierci należą się komuś, kto go zranił. Opowiadał i opowiadał, a ja słuchałam i zamiast go stopować, powstrzymywać, karcić, miałam w sobie zgodę na to wszystko.
Powiedziałam szczerze: "Wiesz, też się czasem tak czuję, czasem mam ochotę kogoś zamordować! Znam to."
I zrobiło się lekko, lżej, zwyczajnie. Ani ja, ani on nikogo nie mordujemy, ale tak długo jak próbujemy to niechciane uczucie upchnąć, schować, odciąć... tak długo ona rośnie, puchnie, uwiera... Wypuszczone na wolność, podzielone z kimś bliskim, kto da rade, rozpuszcza się, przemienia w coś innego, uwalnia.
Dlatego rzeczywiście, nie trzeba zmieniać dziecka.
Wystarczy godzić się na siebie, w całości, z każdym uczuciem jakie mamy i wtedy łatwiej nam będzie towarzyszyć innym ludziom, też dzieciom.
Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Najpierw siebie. Tę zazdrosną, tę płaczącą z byle powodu, tego roztrzepanego, tego co mu wszystko z rąk leci, tę łakomą i tego, co wszystkiego się boi.
Jak pogodzisz się ze sobą, łatwiej Ci będzie akceptować drugiego.
To dlatego nie mówię: "nie płacz, nie bój się, nie tup, tak nie wypada". To dlatego staram się zauważać i uznawać to, co dziecko czuje. To nie fanaberia.
Uznanie siebie i swoich uczuć takimi jakie są to pierwszy krok, baza, najlepsza jaką mogę mieć dla siebie i jaką mogę dać moim dzieciom. Baza niezaprzeczania prawdzie. Baza, którą rzadko mieliśmy my jako dzieci, więc teraz uczymy się tego na różnych warsztatach. Z miłości.
Obracałam to zdanie z prawej, obracałam z lewej, pod światło... i przykładałam do siebie i swoich koleżanek. Biegamy na warsztaty? Biegamy. Kochamy? Kochamy. A siwa głowa, którą szanuję i lubię, takie rzeczy mówi?!
Nie dawało mi to spokoju.
Ale teraz już wiem. Te warsztaty są ...dla mnie. Te, na które chodzę i te, które prowadzę. Dla mnie, bo je wybieram. Dla mnie, bo to mój czas. Bo spotykam innych ludzi i wymieniam się z nimi czymś prosto z serca.
Dla mnie, bo poznaję siebie coraz lepiej i lepiej, i ze sobą się coraz lepiej dogaduję. Godzę. Zaprzyjaźniam.
na tych warsztatach słucham i opowiadam Wam o relacji z dzieckiem i za każdym razem - ZA KAŻDYM RAZEM - zmienia się, rozwija, wzbogaca moja relacja z moim wewnętrznym dzieckiem.
Zmieniam się Ja.
I wtedy już nie muszę zastanawiać się jakich technik użyć, jakich słów, żeby rozwiązać kolejny konflikt w domu. Po prostu jestem, słucham, mieszczę w sobie uczucia dzieci. Albo nie mieszczę, ale nie winię innych.
Nic nie trzeba, wszystko można.
Potrzebny przykład?
Jako dziewczynka, mila i grzeczna, nie powinnam się zbytnio złościć. A ja się złoszczę. No i teraz mając 42 lata wreszcie uznałam w sobie ten kawałek i przeżywam różne złości, udzielając sobie wsparcia w ich przeżywaniu. Mówię głośno, wyrażam, tupię, wrzeszczę i płaczę ze złości, a nawet czasem mam ochotę kogoś zabić.
To jest kawałek mnie. Akceptuję siebie taką.
Długo tak nie było i w związku z tym trudno mi było towarzyszyć w złości mojemu synkowi. Poczułam różnicę, kiedy kilka dni temu przez godzinę opowiadał jakie formy tortur i śmierci należą się komuś, kto go zranił. Opowiadał i opowiadał, a ja słuchałam i zamiast go stopować, powstrzymywać, karcić, miałam w sobie zgodę na to wszystko.
Powiedziałam szczerze: "Wiesz, też się czasem tak czuję, czasem mam ochotę kogoś zamordować! Znam to."
I zrobiło się lekko, lżej, zwyczajnie. Ani ja, ani on nikogo nie mordujemy, ale tak długo jak próbujemy to niechciane uczucie upchnąć, schować, odciąć... tak długo ona rośnie, puchnie, uwiera... Wypuszczone na wolność, podzielone z kimś bliskim, kto da rade, rozpuszcza się, przemienia w coś innego, uwalnia.
Dlatego rzeczywiście, nie trzeba zmieniać dziecka.
Wystarczy godzić się na siebie, w całości, z każdym uczuciem jakie mamy i wtedy łatwiej nam będzie towarzyszyć innym ludziom, też dzieciom.
Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Najpierw siebie. Tę zazdrosną, tę płaczącą z byle powodu, tego roztrzepanego, tego co mu wszystko z rąk leci, tę łakomą i tego, co wszystkiego się boi.
Jak pogodzisz się ze sobą, łatwiej Ci będzie akceptować drugiego.
To dlatego nie mówię: "nie płacz, nie bój się, nie tup, tak nie wypada". To dlatego staram się zauważać i uznawać to, co dziecko czuje. To nie fanaberia.
Uznanie siebie i swoich uczuć takimi jakie są to pierwszy krok, baza, najlepsza jaką mogę mieć dla siebie i jaką mogę dać moim dzieciom. Baza niezaprzeczania prawdzie. Baza, którą rzadko mieliśmy my jako dzieci, więc teraz uczymy się tego na różnych warsztatach. Z miłości.
Etykiety:
emocje,
emocje dziecka,
łagodność,
macierzyństwo,
miłość,
naśladownictwo,
odpuszczanie,
poczucie winy,
relacja,
rodzicielstwo,
uczucia,
uważność,
warsztaty,
złość
sobota, 20 maja 2017
Matka.
Matką stałam się dokładnie 12 lat temu. To było w wynajmowanym, wtedy jeszcze z narzeczonym, mieszkaniu na Stalowej. Pojawiły się mityczne dwie kreski, a mój brzuch w magiczny sposób natychmiast stal się wielki, wypychałam go do przodu, nosiłam ciążowe sukienki i wymagałam od wszystkich pomocy w noszeniu siatek. Unosiłam się nad ziemią w zachwycie nad tą nagłą przemianą z kogoś pojedynczego w Matkę.
3 lata później, już w drugiej ciąży, robiłam remont mieszkania, malowałam sufity i dopiero pod koniec zorientowałam się, że trzeba zwolnić i czasem poleżeć.
Trzeciej ciąży nie pamiętam;)
Wraz z tą pierwszą, a potem kolejnymi ciążami, dołączyłam do wielkiej, chyba nie kończącej się grupy Winnych.
Początkowo jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale kiedy mój syn miał kłopoty z ssaniem piersi, winny był przecież rozmiar moich piersi! Kiedy córka ssała palec, każda jazda autobusem uświadamiała mi - ustami innych pasażerek-matek - że jeśli chce być dobrą matką, powinnam przywiązywać jej rączki z dala od buzi.
Kiedy odmawiałam szczepienia noworodka, chcąc odczekać kilka miesięcy, spotykałam się z TYM spojrzeniem: matka! Matka wariatka. Dla ojca, panie w przychodni zawsze były miłe, więc szybko nauczyłam się nim zasłaniać.
Kiedyś przyjechaliśmy z chorym dzieckiem na nocny dyżur i okazało się, że - o zgrozo! - nie wiem jaką dokładnie gorączkę ma nasze dziecko, usłyszałam: "co z Pani za matka!" Kiedy wszedł mąż, panie zrobiły się przemiłe.
No, co ze mnie za matka?
Matka, co chociaż nie pracuje, to czasem na obiad daje pizze z pudełka i przeważnie ma w domu bałagan. Matka, która znów nie poszła z dzieckiem na rehabilitacje, bo nie może wcisnąć jej nigdzie w kalendarz. Matka, co pozwala ssać palce i już odkłada na aparat na zęby. Matka, co przy każdym zakupie lodów w sklepie na rogu, zastanawia się, ile tam cukru i czemu nie robi sama w domu takich naturalnych, bez ulepszaczy... Winna.
Jestem winna.
Jeśli dziecko pyskuje, nie mówi dzień dobry mijanym staruszkom, jeśli nie radzi sobie w szkole, jeśli nie chodzi na karate, dodatkowy angielski i tenisa!... A nie daj boże któreś z dzieci ZA-CHO-RO-WA-ŁO... Jestem winna! (To choroba genetyczna, wypadek, bakterie? Nie ważne, na pewno TO JA zrobiłam coś nie tak!)
I nie jestem sama.
Jestem w doborowym towarzystwie, starających się ze wszystkich sił nie być w naszej grupie, ale z góry skazanych na niepowodzenie, pięknych, silnych i mądrych kobiet.
Są tu samotne matki, które utrzymują rodzinę i niewyobrażalnym wysiłkiem sprawdzają jeszcze wieczorem, czy synek ma spakowany do plecaka strój na wf. Niestety, zapomniały o nowej szczoteczce do zębów na fluoryzację...
Są kobiety robiące karierę, które - nie do pomyślenia - decydują się nie karmić piersią, żeby ich partner mógł przejąć nocną opiekę nad dzieckiem - suki!
Są też zwyczajne, lekko utyte od czasów ślubnej sukienki, matki kilkorga dzieci, które dawno nie były u fryzjera. I znów zapomniały, że dziś miała być dodatkowa lekcja plastyki. Brak farb, brak bloku! jak Pani myśli, ile razy inne dzieci mają pożyczać Pani dziecku klej?!
Są tu matki, które nie pojechały z dzieckiem na basen, nie odrobiły z nim lekcji, nie uczesały jak trzeba, nie zaszyły dziury w skarpetce...
Jest nas tu masa. Starych i młodych. A nasze dzieci biegają po świecie i bardzo się starają zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Dlaczego mama znów nie załapała żartu, czemu ma zaciśniętą szczękę, dlaczego pusto patrzy w okno, czemu trzęsą jej się plecy.
Nasze dzieci nie znają nikogo piękniejszego i bardziej zachwycającego.
Tęsknią za naszym zapachem, kiedy nie ma nas w domu.
Ze 100% zaangażowaniem - również języka - rysują nasze portrety na kolejnych i kolejnych laurkach.
Powtarzając (trochę przemądrzale) nasze słowa w dyskusjach na tematy, z których jeszcze nie wszystko rozumieją, wypróbowują bycie dorosłymi. Bycie dorosłym takim jak my.
Wierzą nam.
Ufają.
Uczą się od nas, z nas.
I odchodzą, żeby z łatwością obwinić nas o swoje kłopoty.
W końcu już my to zrobiłyśmy. Wystarczy się dołączyć.
3 lata później, już w drugiej ciąży, robiłam remont mieszkania, malowałam sufity i dopiero pod koniec zorientowałam się, że trzeba zwolnić i czasem poleżeć.
Trzeciej ciąży nie pamiętam;)
Wraz z tą pierwszą, a potem kolejnymi ciążami, dołączyłam do wielkiej, chyba nie kończącej się grupy Winnych.
Początkowo jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale kiedy mój syn miał kłopoty z ssaniem piersi, winny był przecież rozmiar moich piersi! Kiedy córka ssała palec, każda jazda autobusem uświadamiała mi - ustami innych pasażerek-matek - że jeśli chce być dobrą matką, powinnam przywiązywać jej rączki z dala od buzi.
Kiedy odmawiałam szczepienia noworodka, chcąc odczekać kilka miesięcy, spotykałam się z TYM spojrzeniem: matka! Matka wariatka. Dla ojca, panie w przychodni zawsze były miłe, więc szybko nauczyłam się nim zasłaniać.
Kiedyś przyjechaliśmy z chorym dzieckiem na nocny dyżur i okazało się, że - o zgrozo! - nie wiem jaką dokładnie gorączkę ma nasze dziecko, usłyszałam: "co z Pani za matka!" Kiedy wszedł mąż, panie zrobiły się przemiłe.
No, co ze mnie za matka?
Matka, co chociaż nie pracuje, to czasem na obiad daje pizze z pudełka i przeważnie ma w domu bałagan. Matka, która znów nie poszła z dzieckiem na rehabilitacje, bo nie może wcisnąć jej nigdzie w kalendarz. Matka, co pozwala ssać palce i już odkłada na aparat na zęby. Matka, co przy każdym zakupie lodów w sklepie na rogu, zastanawia się, ile tam cukru i czemu nie robi sama w domu takich naturalnych, bez ulepszaczy... Winna.
Jestem winna.
Jeśli dziecko pyskuje, nie mówi dzień dobry mijanym staruszkom, jeśli nie radzi sobie w szkole, jeśli nie chodzi na karate, dodatkowy angielski i tenisa!... A nie daj boże któreś z dzieci ZA-CHO-RO-WA-ŁO... Jestem winna! (To choroba genetyczna, wypadek, bakterie? Nie ważne, na pewno TO JA zrobiłam coś nie tak!)
I nie jestem sama.
Jestem w doborowym towarzystwie, starających się ze wszystkich sił nie być w naszej grupie, ale z góry skazanych na niepowodzenie, pięknych, silnych i mądrych kobiet.
Są tu samotne matki, które utrzymują rodzinę i niewyobrażalnym wysiłkiem sprawdzają jeszcze wieczorem, czy synek ma spakowany do plecaka strój na wf. Niestety, zapomniały o nowej szczoteczce do zębów na fluoryzację...
Są kobiety robiące karierę, które - nie do pomyślenia - decydują się nie karmić piersią, żeby ich partner mógł przejąć nocną opiekę nad dzieckiem - suki!
Są też zwyczajne, lekko utyte od czasów ślubnej sukienki, matki kilkorga dzieci, które dawno nie były u fryzjera. I znów zapomniały, że dziś miała być dodatkowa lekcja plastyki. Brak farb, brak bloku! jak Pani myśli, ile razy inne dzieci mają pożyczać Pani dziecku klej?!
Są tu matki, które nie pojechały z dzieckiem na basen, nie odrobiły z nim lekcji, nie uczesały jak trzeba, nie zaszyły dziury w skarpetce...
Jest nas tu masa. Starych i młodych. A nasze dzieci biegają po świecie i bardzo się starają zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Dlaczego mama znów nie załapała żartu, czemu ma zaciśniętą szczękę, dlaczego pusto patrzy w okno, czemu trzęsą jej się plecy.
Nasze dzieci nie znają nikogo piękniejszego i bardziej zachwycającego.
Tęsknią za naszym zapachem, kiedy nie ma nas w domu.
Ze 100% zaangażowaniem - również języka - rysują nasze portrety na kolejnych i kolejnych laurkach.
Powtarzając (trochę przemądrzale) nasze słowa w dyskusjach na tematy, z których jeszcze nie wszystko rozumieją, wypróbowują bycie dorosłymi. Bycie dorosłym takim jak my.
Wierzą nam.
Ufają.
Uczą się od nas, z nas.
I odchodzą, żeby z łatwością obwinić nas o swoje kłopoty.
W końcu już my to zrobiłyśmy. Wystarczy się dołączyć.
Etykiety:
bez oceniania,
codzienność,
dojrzewanie,
emocje,
matka,
miłość,
naśladownictwo,
odpoczynek,
odpuszczanie,
poczucie winy,
przemoc,
tabu,
uczucia,
wolność
czwartek, 11 maja 2017
Czy zawsze warto być grzecznym i kto CHCE pocałować ciocię? Kilka słów o integralności.
Ostatnio przeczytałam w sieci artykuł o tym, że ... zjadanie glutów przez dzieci ma wielki sens. Jest to naturalna szczepionka. Okazało się też, że naukowcy potwierdzili sens przytulania się do drzew, związany z bardzo zdrowymi jonami. Co do tego, czy smoczek jest zdrowy, czy nie, nigdy nie dojdą do porozumienia, ponieważ... czasem jest a czasem nie jest, ale czasem tak bardzo pomaga matce, że lekko krzywy zgryz, to pikuś;)
I ponieważ w wychowaniu dzieci można znaleźć tyle różnic, tyle kontrowersji, pomyślmy: kogo słuchać? Zwykle na początku prowadzonych przeze mnie seminariów, mówię: to co usłyszysz, przepuść przez siebie, weź to, co ci się przyda, a na wszystko patrz krytycznie, bo to, co dobre dla jednych, nie musi pasować do drugich.
Czy to potrafimy?
Usłyszałam kiedyś radę, od starszej już osoby: traktuj to co dostajesz od życia jak szwedzki stół, weź to, co chcesz, co ci się przyda, a za resztę podziękuj.
Nie tak łatwo podziękować za dobre rady, dotyczące wychowania naszych dzieci, szczególnie, kiedy jesteśmy zapracowani, w słabej formie, przestraszeni, a do tego chcemy jak najlepiej! Nie tak łatwo podjąć decyzje, które wpływają na życie naszego dziecka, być może CAŁE jego życie, mając świadomość, że być może popełniamy BŁĄD.
Co może nam pomóc, kiedy błądzimy w gąszczu dobrych rad?
Jesper Juul podpowiada nam, że warto kierować się czterema głównymi wartościami. Oto one:
1. równa godność wszystkich członków rodziny
2. integralność
3. autentyczność
4. odpowiedzialność osobista
Do nich każda rodzina dołącza kolejne, te które są szczególnie bliskie jej członkom. Ważne, by co jakiś czas upewniać się, że ciągle chcemy się nimi kierować, i by wierność tym zasadom, nie zasłaniała nam zwykłego człowieczeństwa i bliskich nam ludzi.
Wartości są naszymi kierunkowskazami i warto się im przyglądać, sprawdzać, czy cele, które sobie w życiu wyznaczamy, zgadzają się z nimi.
Dziś chcę napisać o potrzebach - naszych i naszych bliskich - w ujęciu jednej z tych fundamentalnych wartości opisywanych przez Jespera Juula - integralności.
Przyglądam się różnym problemom rodziców, rodzin, przyglądam się swoim kłopotom, szukam rozwiązań, sensu. I im dłużej to robię, tym bardziej dociera do mnie, że często tak trudno nam w relacjach, ponieważ nie umiemy dbać o naszą własna integralność.
Dorastaliśmy w czasach, w których powszechnie nie uczono nas tego, nie zachęcano do podążania za sobą, nie chroniono naszych granic. W czasach, kiedy byliśmy dziećmi, posłuszeństwo było ważniejsze niż potrzeby jednostki. Oczywiście, posłuszeństwo też ma sens i jest potrzebne, żeby społeczeństwa mogły funkcjonować, ale warto pamiętać, że istnieje wybór. Mogę powiedzieć "tak" i mogę powiedzieć "nie". Mogę najpierw rozeznać się w sobie i poczuć siebie, swoje granice, swoją prawdę.
Jesper Juul: "Próby całkowitego podporządkowania dziecka prowadzą tylko do utraty jego poczucia wartości i braku kompetencji życiowych".
Wymuszone posłuszeństwo ma wielce negatywne skutki.
Przykład? Choćby ten chyba najczęściej przywoływany: "Pocałuj ciocię!" Oczywistym jest, że dziecko może ucałować ciocię. Że to może być miłe doświadczenie dla obojga, wyraz bliskiej więzi, czy zwyczajów panujących w rodzinie. Pytanie czy w tym momencie chce? Może akurat nie chce, żeby ktokolwiek go dotykał? Może dziś nie lubi cioci i bardzo mocno czuje to w ciele?
Boimy się zachowywać w zgodzie ze sobą, bo jesteśmy przekonani, że to "niegrzeczne". Tak nas wytrenowano. Dziewczynki mają mówić cicho, nie przerywać innym, kiedy tamci mówią, zajmować mało miejsca, być potulne. Chłopcy mają się nie mazgaić, nie okazywać zbytniej wrażliwości, czy np. zainteresowania modą. To dość silny przekaz kulturowy i odruchowo reagujemy zdziwieniem, czy oburzeniem na odstępstwa od tego wzorca.
Wystarczy jednak zajrzeć choćby do innych kultur, gdzie panują zupełnie inne zwyczaje. W Japonii w ogóle nie wypada całować się publicznie. Na południu można mówić znacznie głośniej. A nawet swobodniej się dotykać, okazując radość ze spotkania.
Integralność, to coś, o co możemy uczyć się dbać w każdym momencie naszego życia. Skanować swoje uczucia i odczucia. Swoje myśli, emocje i ciało. I warto, żebyśmy zaczęli od siebie, ponieważ tylko dbając o własną integralność, jesteśmy w stanie nauczyć się szanować czyjąś.
To tak, jakby nasza integralność była instrumentem muzycznym. Kiedy o nią dbamy, stroimy instrument, coraz lepiej też słyszymy muzykę innych.
Uczymy się, że odmowa nie jest odrzuceniem.
Przestajemy bać się "nie", bo widzimy w nim też "tak" dla czegoś innego. "Nie, nie pójdę z tobą do sklepu, bo potrzebuję poleżeć". mówię tak, swojej potrzebie odpoczynku. "Tak, chętnie się z tobą pobawię". "Nie, dziś bardzo potrzebuję ciszy, więc nie włączę radia głośniej".
Zaczynamy szanować swoje decyzje i decyzje innych.
Zagubienie dzisiejszych dorosłych w gąszczu porad wychowawczych, to między innymi owoc braku dbania o naszą integralność. I daleka jestem od obwiniania naszych rodziców i ich rodziców. Wojna i komunizm odcisnęły swoje piętno, a ogólne rozumienie relacji rodzic-dorosły było kiedyś całkowicie inne.
Moje doświadczenie jest takie: oddychaj. Popatrz na siebie.
Zastanów się jak dbasz o swoją integralność?
Wysypiasz się? Masz kontakt z naturą? Masz czas dla przyjaciół? Czy jesteś w stanie cieszyć się swoim dzieckiem i jego obecnością?
Popatrz na swoją rodzinę. Ona, jako całość również zasługuje na dobre traktowanie. Czy dbacie o integralność tej całości, którą tworzycie razem? Kiedy zachwiejemy równowagą potrzeb - gdy potrzeby jednego dziecka, czy jednego z rodziców stają się najważniejsze (szczególnie przez dłuższy czas), przestaje być nam razem dobrze i bezpiecznie. Jednym słowem, jako dorośli, powinniśmy starać się mieć na oku i potrzeby poszczególnych członków rodziny i wszystkich razem.
Nie stawiaj dziecka w centrum waszej rodziny. To nie jest jego miejsce.
Ten kto jest w centrum, jest bardzo samotny.
Dziecko przychodzi do nas, do rodziny, nie po to, żeby zostać królem, czy królową, ale by kochać i być kochane. Po to by obserwować nas, których kocha i uczyć się życia.
Obserwując nas, uczy się też dbania o siebie. Na NASZYM przykładzie. Niezaprzeczalnie podstawą emocjonalnego i duchowego zdrowia każdego człowieka, podstawą bliskich relacji między ludźmi są, jak pisze Jesper Juul, obecność, autentyczność i wierność sobie.
Po prostu próbuj WIDZIEĆ swoje dziecko, siebie, swoich bliskich. Tylko i aż tyle.
Widzieć takich jacy są.
Dla mnie to najtrudniejsza lekcja w całym rodzicielstwie, zaraz koło mówienia "nie";)
Tym, co przeszkadza nam zobaczyć nasze dziecko i jego potrzeby, są często nasze wspomnienia z dzieciństwa: niespełnione marzenia, doznane urazy, traumy i niezaspokojone tęsknoty. Nic mi nie kupowali? Kupię dziecku wszystko. Itd.
Szanuj granice dziecka, kiedy ci je pokazuje. A pokazuje na pewno, ponieważ rodzi się z nimi. Wie, kiedy jest głodne, a kiedy nie, kiedy mu zimno, a kiedy gorąco. I wie z kim chce gadać, a z kim nie.
A im lepiej zatroszczysz się o własne ciało i duszę, tym łatwiej będzie ci troszczyć się o innych.
I ponieważ w wychowaniu dzieci można znaleźć tyle różnic, tyle kontrowersji, pomyślmy: kogo słuchać? Zwykle na początku prowadzonych przeze mnie seminariów, mówię: to co usłyszysz, przepuść przez siebie, weź to, co ci się przyda, a na wszystko patrz krytycznie, bo to, co dobre dla jednych, nie musi pasować do drugich.
Czy to potrafimy?
Usłyszałam kiedyś radę, od starszej już osoby: traktuj to co dostajesz od życia jak szwedzki stół, weź to, co chcesz, co ci się przyda, a za resztę podziękuj.
Nie tak łatwo podziękować za dobre rady, dotyczące wychowania naszych dzieci, szczególnie, kiedy jesteśmy zapracowani, w słabej formie, przestraszeni, a do tego chcemy jak najlepiej! Nie tak łatwo podjąć decyzje, które wpływają na życie naszego dziecka, być może CAŁE jego życie, mając świadomość, że być może popełniamy BŁĄD.
Co może nam pomóc, kiedy błądzimy w gąszczu dobrych rad?
Jesper Juul podpowiada nam, że warto kierować się czterema głównymi wartościami. Oto one:
1. równa godność wszystkich członków rodziny
2. integralność
3. autentyczność
4. odpowiedzialność osobista
Do nich każda rodzina dołącza kolejne, te które są szczególnie bliskie jej członkom. Ważne, by co jakiś czas upewniać się, że ciągle chcemy się nimi kierować, i by wierność tym zasadom, nie zasłaniała nam zwykłego człowieczeństwa i bliskich nam ludzi.
Wartości są naszymi kierunkowskazami i warto się im przyglądać, sprawdzać, czy cele, które sobie w życiu wyznaczamy, zgadzają się z nimi.
Dziś chcę napisać o potrzebach - naszych i naszych bliskich - w ujęciu jednej z tych fundamentalnych wartości opisywanych przez Jespera Juula - integralności.
Przyglądam się różnym problemom rodziców, rodzin, przyglądam się swoim kłopotom, szukam rozwiązań, sensu. I im dłużej to robię, tym bardziej dociera do mnie, że często tak trudno nam w relacjach, ponieważ nie umiemy dbać o naszą własna integralność.
Dorastaliśmy w czasach, w których powszechnie nie uczono nas tego, nie zachęcano do podążania za sobą, nie chroniono naszych granic. W czasach, kiedy byliśmy dziećmi, posłuszeństwo było ważniejsze niż potrzeby jednostki. Oczywiście, posłuszeństwo też ma sens i jest potrzebne, żeby społeczeństwa mogły funkcjonować, ale warto pamiętać, że istnieje wybór. Mogę powiedzieć "tak" i mogę powiedzieć "nie". Mogę najpierw rozeznać się w sobie i poczuć siebie, swoje granice, swoją prawdę.
Jesper Juul: "Próby całkowitego podporządkowania dziecka prowadzą tylko do utraty jego poczucia wartości i braku kompetencji życiowych".
Wymuszone posłuszeństwo ma wielce negatywne skutki.
Przykład? Choćby ten chyba najczęściej przywoływany: "Pocałuj ciocię!" Oczywistym jest, że dziecko może ucałować ciocię. Że to może być miłe doświadczenie dla obojga, wyraz bliskiej więzi, czy zwyczajów panujących w rodzinie. Pytanie czy w tym momencie chce? Może akurat nie chce, żeby ktokolwiek go dotykał? Może dziś nie lubi cioci i bardzo mocno czuje to w ciele?
Boimy się zachowywać w zgodzie ze sobą, bo jesteśmy przekonani, że to "niegrzeczne". Tak nas wytrenowano. Dziewczynki mają mówić cicho, nie przerywać innym, kiedy tamci mówią, zajmować mało miejsca, być potulne. Chłopcy mają się nie mazgaić, nie okazywać zbytniej wrażliwości, czy np. zainteresowania modą. To dość silny przekaz kulturowy i odruchowo reagujemy zdziwieniem, czy oburzeniem na odstępstwa od tego wzorca.
Wystarczy jednak zajrzeć choćby do innych kultur, gdzie panują zupełnie inne zwyczaje. W Japonii w ogóle nie wypada całować się publicznie. Na południu można mówić znacznie głośniej. A nawet swobodniej się dotykać, okazując radość ze spotkania.
Integralność, to coś, o co możemy uczyć się dbać w każdym momencie naszego życia. Skanować swoje uczucia i odczucia. Swoje myśli, emocje i ciało. I warto, żebyśmy zaczęli od siebie, ponieważ tylko dbając o własną integralność, jesteśmy w stanie nauczyć się szanować czyjąś.
To tak, jakby nasza integralność była instrumentem muzycznym. Kiedy o nią dbamy, stroimy instrument, coraz lepiej też słyszymy muzykę innych.
Uczymy się, że odmowa nie jest odrzuceniem.
Przestajemy bać się "nie", bo widzimy w nim też "tak" dla czegoś innego. "Nie, nie pójdę z tobą do sklepu, bo potrzebuję poleżeć". mówię tak, swojej potrzebie odpoczynku. "Tak, chętnie się z tobą pobawię". "Nie, dziś bardzo potrzebuję ciszy, więc nie włączę radia głośniej".
Zaczynamy szanować swoje decyzje i decyzje innych.
Zagubienie dzisiejszych dorosłych w gąszczu porad wychowawczych, to między innymi owoc braku dbania o naszą integralność. I daleka jestem od obwiniania naszych rodziców i ich rodziców. Wojna i komunizm odcisnęły swoje piętno, a ogólne rozumienie relacji rodzic-dorosły było kiedyś całkowicie inne.
Moje doświadczenie jest takie: oddychaj. Popatrz na siebie.
Zastanów się jak dbasz o swoją integralność?
Wysypiasz się? Masz kontakt z naturą? Masz czas dla przyjaciół? Czy jesteś w stanie cieszyć się swoim dzieckiem i jego obecnością?
Popatrz na swoją rodzinę. Ona, jako całość również zasługuje na dobre traktowanie. Czy dbacie o integralność tej całości, którą tworzycie razem? Kiedy zachwiejemy równowagą potrzeb - gdy potrzeby jednego dziecka, czy jednego z rodziców stają się najważniejsze (szczególnie przez dłuższy czas), przestaje być nam razem dobrze i bezpiecznie. Jednym słowem, jako dorośli, powinniśmy starać się mieć na oku i potrzeby poszczególnych członków rodziny i wszystkich razem.
Nie stawiaj dziecka w centrum waszej rodziny. To nie jest jego miejsce.
Ten kto jest w centrum, jest bardzo samotny.
Dziecko przychodzi do nas, do rodziny, nie po to, żeby zostać królem, czy królową, ale by kochać i być kochane. Po to by obserwować nas, których kocha i uczyć się życia.
Obserwując nas, uczy się też dbania o siebie. Na NASZYM przykładzie. Niezaprzeczalnie podstawą emocjonalnego i duchowego zdrowia każdego człowieka, podstawą bliskich relacji między ludźmi są, jak pisze Jesper Juul, obecność, autentyczność i wierność sobie.
Po prostu próbuj WIDZIEĆ swoje dziecko, siebie, swoich bliskich. Tylko i aż tyle.
Widzieć takich jacy są.
Dla mnie to najtrudniejsza lekcja w całym rodzicielstwie, zaraz koło mówienia "nie";)
Tym, co przeszkadza nam zobaczyć nasze dziecko i jego potrzeby, są często nasze wspomnienia z dzieciństwa: niespełnione marzenia, doznane urazy, traumy i niezaspokojone tęsknoty. Nic mi nie kupowali? Kupię dziecku wszystko. Itd.
Szanuj granice dziecka, kiedy ci je pokazuje. A pokazuje na pewno, ponieważ rodzi się z nimi. Wie, kiedy jest głodne, a kiedy nie, kiedy mu zimno, a kiedy gorąco. I wie z kim chce gadać, a z kim nie.
A im lepiej zatroszczysz się o własne ciało i duszę, tym łatwiej będzie ci troszczyć się o innych.
czwartek, 16 marca 2017
O szpinaku, "niegrzecznych" dzieciach i odpowiedzialności za domowe awantury.
Kiedy byłam mała, bardzo nie lubiłam szpinaku. Zielona breja na talerzu przyprawiała mnie o odruch wymiotny. Ale szpinak był wszędzie. I kaszanka. W przedszkolu, w sanatorium, w domu. Podobnie było z cebulą i porem, które moja mama wyjadała z zupy i, widząc moją wykrzywioną minę, mówiła: jak dorośniesz, to polubisz!
Kaszanki nigdy nie polubiłam, ale szpinak! Cebula! Por! Mniam:)))
No i oczywiście teraz to moje dzieci patrzą z obrzydzeniem, jak się zajadam zieleniną , a ja spokojnie mówię, że może kiedyś polubią, bo to co lubimy się zwyczajnie zmienia.
Pamiętam też z dzieciństwa jak bardzo wierzyłam, że kiedy dorosnę to albo nigdy (PRZENIGDY!!!) nie będę miała dzieci, albo będę taką super-mamą: cierpliwą, rozumiejącą, czytającą w sercach, otwartą, wspierającą, a na pewno, ale to na 100% nigdy na moje dzieci nie będę krzyczała!
No, poszło jak ze szpinakiem.
Krzyczę. Nie zawsze rozumiem. Nie wspieram tak jak bym chciała. Często wolę pisać o dzieciach niż się z nimi pobawić. Z cierpliwością też jest bardzo różnie.
W zasadzie towarzyszy mi dojmujące poczucie, że ciągle jestem spóźniona. Kiedy załapuję, co się dzieje w dziecięcych emocjach, jest już nowa III wojna światowa i trzeba bawić się w detektywa od nowa.
Kiedy odkrywam jak postępować w jakiejś sytuacji, okazuje się, że to działa tylko czasem, albo tylko z jednym z dzieci.
No tak, bo dzieci to ludzie, a nie urządzenia i nie ma jednej metody. Nie ma żadnej metody. Jest wyczucie, empatia, oddech.
A czasem brak oddechu.
Jest relacja. A czasem jest tylko zmęczenie.
Na prawdę czasem nie rozumiem moich dzieci?
Tak, na prawdę.
Gdyby dziecko chciało jak ja zostać artystką, nosić rozwiane włosy, dziurawe spodnie i malować wszędzie kwiaty... Proszę bardzo, ten rodzaj buntu rozumiem. Akceptuję. Chce być pisarzem, aktorem, poetą? Proszę bardzo.
Chce podróżować dookoła świata? Czemu nie.
Ale być e-sportowcem???!!! Co to w ogóle jest? Siedzenie przy komputerze - jak to niszczy oczy i plecy! I co to w ogóle za e-praca???!!!
I to ja go urodziłam???
Inny. Inna. Inny człowiek. Drugi. Osobny. Nie ja.
Lekcja uważności. Pokory. Miłości.
Lekcja zaufania.
Nie wiem jaki będzie świat jutro. Nie wiem do czego oni rosną.
Mogę tylko ufać i wierzę, że to moje zaufanie jest najlepszym, co może być. Jest tym tajemniczym składnikiem, który sprawia, że w niektórych domach kwiaty lepiej rosną, psy szczekają weselej a dzieci... Dzieci nie muszą się chronić przed rodzicami.
Wiem, że nie są mną i ich zadaniem nie jest spełnianie moich marzeń i leczenie moich traum. Ich zadaniem jest przeżywanie ich własnego życia i wzrastanie tak, żeby być jak najbardziej sobą samym. Autentycznym. Żywym. Czującym. Na ile potrafią.
Moim zadaniem jest zajmować się sobą.
Moim zadaniem jest ogarniać moje sprawy i pozwalać im ogarniać ich. Pozwalać na samodzielność.
Moim zadaniem jest być tak szczerą, prawdziwą i obecną jak tylko potrafię.
Moim zadaniem jest dawać im przestrzeń.
Pozwalać im na bycie dziećmi.
I widzieć ich takimi jacy są. To takie trudne, przestać widzieć siebie, a widzieć dziecko. To konkretne dziecko w jego istocie, w jego osobności i inności. Nie siebie małego.
Jedna taka osoba w naszym życiu, ktoś kto nas zobaczy i jesteśmy uratowani:)
Za to kiedy pojawiają się jakieś trudności patrzę bardziej na siebie. Bo tylko siebie mogę zmieniać. Tylko. Ale uczę się patrzenia z uważnością i łagodnością. Bo jestem taka jaka jestem. Poczucie winy nie pomoże. To największa lekcja od pana Juula.
Uważność i łagodność wobec siebie pomagają wybaczać sobie uniesiony głos i robić krok, żeby następnym razem się udało powiedzieć ciszej, albo chociaż przeprosić.
Patrzenie na siebie z uważnością i łagodnością pomaga zobaczyć również innych z uważnością i łagodnością.
To dość ekstremalne spojrzenie - dziecko nigdy nie jest winne. Ale wspaniale porządkuje relacje. To ja - dorosła - jestem w pełni odpowiedzialna za relację z dzieckiem i atmosferę w domu. To ja mam moc wprowadzania zmian, dbania i sięgania po pomoc. Dziecko, kiedy cierpi, kiedy dzieje się coś złego, ma tylko krzyk, bicie i kopanie. Ma wszystko to, co nazywamy niegrzecznością.
Na tym polega dziecięca kompetencja. Daje nam autentyczny feedback, autentyczną informację o tym jak nam się w rodzinie układa.
Cóż, że zaszyfrowaną...
Kiedy przyjrzymy się "złym" zachowaniom dzieci, zawsze stoi za nimi jakiś ból, jakieś wykluczenie.
Do nas dorosłych należy przełożenie języka agresji na język bardziej zrozumiały.
Bijesz braciszka? Aha, spędzam z nim więcej czasu i czujesz się odrzucona?
Rozbiłeś mój ulubiony kubek? Nie zauważyłam, że masz kłopoty i nie wiesz jak mi je wyjawić?
Kłócisz się tak bardzo z siostrą co wieczór, bo wiesz, że za chwilę zgasimy światło i zostaniesz sam ze swoim wielkim strachem przed ciemnością?
Nie daje się z tobą wytrzymać?Właśnie zaczęły pylić drzewa, na które jesteś uczulony i wszystko cię drażni.
Nie, nie wierzę, że to się będzie zawsze udawało. Nie wierzę w rodziców supermocarzy. Jesteśmy ludźmi i mamy swoje ograniczenia. Niedopitą kawę, marzenie o odpoczynku, czy dobrej książce. Mamy kłótnie z szefem, niespłacony kredyt czy teścia w szpitalu.
Ale pamiętajmy. Jeśli zobaczymy w każdym zachowaniu dziecka jego kompetencję, współpracę, dobra wolę, łatwiej rozwikłamy tę naszą domową rozsypankę.
Kaszanki nigdy nie polubiłam, ale szpinak! Cebula! Por! Mniam:)))
No i oczywiście teraz to moje dzieci patrzą z obrzydzeniem, jak się zajadam zieleniną , a ja spokojnie mówię, że może kiedyś polubią, bo to co lubimy się zwyczajnie zmienia.
Pamiętam też z dzieciństwa jak bardzo wierzyłam, że kiedy dorosnę to albo nigdy (PRZENIGDY!!!) nie będę miała dzieci, albo będę taką super-mamą: cierpliwą, rozumiejącą, czytającą w sercach, otwartą, wspierającą, a na pewno, ale to na 100% nigdy na moje dzieci nie będę krzyczała!
No, poszło jak ze szpinakiem.
Krzyczę. Nie zawsze rozumiem. Nie wspieram tak jak bym chciała. Często wolę pisać o dzieciach niż się z nimi pobawić. Z cierpliwością też jest bardzo różnie.
W zasadzie towarzyszy mi dojmujące poczucie, że ciągle jestem spóźniona. Kiedy załapuję, co się dzieje w dziecięcych emocjach, jest już nowa III wojna światowa i trzeba bawić się w detektywa od nowa.
Kiedy odkrywam jak postępować w jakiejś sytuacji, okazuje się, że to działa tylko czasem, albo tylko z jednym z dzieci.
No tak, bo dzieci to ludzie, a nie urządzenia i nie ma jednej metody. Nie ma żadnej metody. Jest wyczucie, empatia, oddech.
A czasem brak oddechu.
Jest relacja. A czasem jest tylko zmęczenie.
Na prawdę czasem nie rozumiem moich dzieci?
Tak, na prawdę.
Gdyby dziecko chciało jak ja zostać artystką, nosić rozwiane włosy, dziurawe spodnie i malować wszędzie kwiaty... Proszę bardzo, ten rodzaj buntu rozumiem. Akceptuję. Chce być pisarzem, aktorem, poetą? Proszę bardzo.
Chce podróżować dookoła świata? Czemu nie.
Ale być e-sportowcem???!!! Co to w ogóle jest? Siedzenie przy komputerze - jak to niszczy oczy i plecy! I co to w ogóle za e-praca???!!!
I to ja go urodziłam???
Inny. Inna. Inny człowiek. Drugi. Osobny. Nie ja.
Lekcja uważności. Pokory. Miłości.
Lekcja zaufania.
Nie wiem jaki będzie świat jutro. Nie wiem do czego oni rosną.
Mogę tylko ufać i wierzę, że to moje zaufanie jest najlepszym, co może być. Jest tym tajemniczym składnikiem, który sprawia, że w niektórych domach kwiaty lepiej rosną, psy szczekają weselej a dzieci... Dzieci nie muszą się chronić przed rodzicami.
Wiem, że nie są mną i ich zadaniem nie jest spełnianie moich marzeń i leczenie moich traum. Ich zadaniem jest przeżywanie ich własnego życia i wzrastanie tak, żeby być jak najbardziej sobą samym. Autentycznym. Żywym. Czującym. Na ile potrafią.
Moim zadaniem jest zajmować się sobą.
Moim zadaniem jest ogarniać moje sprawy i pozwalać im ogarniać ich. Pozwalać na samodzielność.
Moim zadaniem jest być tak szczerą, prawdziwą i obecną jak tylko potrafię.
Moim zadaniem jest dawać im przestrzeń.
Pozwalać im na bycie dziećmi.
I widzieć ich takimi jacy są. To takie trudne, przestać widzieć siebie, a widzieć dziecko. To konkretne dziecko w jego istocie, w jego osobności i inności. Nie siebie małego.
Jedna taka osoba w naszym życiu, ktoś kto nas zobaczy i jesteśmy uratowani:)
Za to kiedy pojawiają się jakieś trudności patrzę bardziej na siebie. Bo tylko siebie mogę zmieniać. Tylko. Ale uczę się patrzenia z uważnością i łagodnością. Bo jestem taka jaka jestem. Poczucie winy nie pomoże. To największa lekcja od pana Juula.
Uważność i łagodność wobec siebie pomagają wybaczać sobie uniesiony głos i robić krok, żeby następnym razem się udało powiedzieć ciszej, albo chociaż przeprosić.
Patrzenie na siebie z uważnością i łagodnością pomaga zobaczyć również innych z uważnością i łagodnością.
To dość ekstremalne spojrzenie - dziecko nigdy nie jest winne. Ale wspaniale porządkuje relacje. To ja - dorosła - jestem w pełni odpowiedzialna za relację z dzieckiem i atmosferę w domu. To ja mam moc wprowadzania zmian, dbania i sięgania po pomoc. Dziecko, kiedy cierpi, kiedy dzieje się coś złego, ma tylko krzyk, bicie i kopanie. Ma wszystko to, co nazywamy niegrzecznością.
Na tym polega dziecięca kompetencja. Daje nam autentyczny feedback, autentyczną informację o tym jak nam się w rodzinie układa.
Cóż, że zaszyfrowaną...
Kiedy przyjrzymy się "złym" zachowaniom dzieci, zawsze stoi za nimi jakiś ból, jakieś wykluczenie.
Do nas dorosłych należy przełożenie języka agresji na język bardziej zrozumiały.
Bijesz braciszka? Aha, spędzam z nim więcej czasu i czujesz się odrzucona?
Rozbiłeś mój ulubiony kubek? Nie zauważyłam, że masz kłopoty i nie wiesz jak mi je wyjawić?
Kłócisz się tak bardzo z siostrą co wieczór, bo wiesz, że za chwilę zgasimy światło i zostaniesz sam ze swoim wielkim strachem przed ciemnością?
Nie daje się z tobą wytrzymać?Właśnie zaczęły pylić drzewa, na które jesteś uczulony i wszystko cię drażni.
Nie, nie wierzę, że to się będzie zawsze udawało. Nie wierzę w rodziców supermocarzy. Jesteśmy ludźmi i mamy swoje ograniczenia. Niedopitą kawę, marzenie o odpoczynku, czy dobrej książce. Mamy kłótnie z szefem, niespłacony kredyt czy teścia w szpitalu.
Ale pamiętajmy. Jeśli zobaczymy w każdym zachowaniu dziecka jego kompetencję, współpracę, dobra wolę, łatwiej rozwikłamy tę naszą domową rozsypankę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









