Pokazywanie postów oznaczonych etykietą integralność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą integralność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 czerwca 2019

"Dziecko w brzuchu mamy" przepiękna książka dla dzieci o tym skąd się wzięły na świecie.

Bardzo często dostaję od Was pytania o książki - co czytać z dziećmi na temat "skąd się biorą dzieci?"
I zwykle polecam kilka różnych pozycji , żeby się uzupełniały.  
Ale jeśli chcecie jednego tytułu, konkretnego, to właśnie teraz Wydawnictwo SAM wydało książkę ... doskonałą. Tzn ja jeszcze nie miałam w rękach tak fajnej książki dla przedszkolaków i nieco starszych dzieci - zachwycam się!



W zasadzie wszystko jest tu takie jak ma być. 
* Czytelne, wzruszające i ładne ilustracje
* Język współczesny, empatyczny, normalny, nie udziwniony, dostosowany do ... do naszego wspólnego życia:) Ani razu nie miałam uczucia, że coś mi zgrzyta, że czegoś nie chcę przeczytać, albo zastanawiam się jak to odbierze dziecko. Nie miałam poczucia, że to staroświeckie albo medyczne itd. 
* Informacje są rzetelne, prawdziwe, ale podawane zwięźle z humorem (!!!) i bez przegadania - to ważne, bo dzieci mają wiele spraw:) i nie mają czasu na przydługie wykłady dydaktyczne. 
* Konkretna wiedza o seksualności jest podawana w odniesieniu do życia dzieci. I wpleciona w nie  w sposób naturalny - jest integralną jego częścią.
* Wiedza jest nowoczesna i podana z szacunkiem i uwzględnieniem różnorodności nas ludzi. 
* Absolutnie zachwyciło mnie sformułowanie, że rozwijające się w brzuchu mamy dziecko ma już swoją płeć biologiczną. Właśnie to możemy zobaczyć na USG. Genitalia. A kim będzie się czuł ten człowiek, kogo będzie w nim widziało środowisko - to osobny temat. 

Bohaterami książeczki są bliźniaki - Mia i Oskar. Chcą mieć rodzeństwo i ... będą mieli!
Czy to będzie chłopiec czy dziewczynka? 
Czy trzeba się kochać, żeby "się kochać"? 
Czemu seks jest dla dzieci "obrzydliwy"? (mamy tu jasne wyjaśnienie, że dopiero okres dojrzewania przygotowuje ciało do jego funkcji seksualnej, i że seks dzieje się między dorosłymi). 
Czemu małym chłopcom też sztywnieje siusiak? Jak wybrać imię dla dziecka? 
I czy można się całować z pomidorem;)

Podoba mi się, że pojawia się kontekst PRZYJEMNOŚCI - bo tak, warto mówić i pokazywać dzieciom, że wartą ją zapraszać do naszego życia, robić jej miejsce. 
Miejsce na drobne przyjemności. Na wspólną przyjemność. Samodzielną. Na dbanie o siebie i swoje zmysły w każdym tego słowa znaczeniu. To daje potem dobrą bazę do tego, żeby w dorosłości czerpać radość i satysfakcję (również) z seksu. 

W książce pojawia się też starsza ciocia dzieci i z szacunkiem i swobodnie rozmawia z dziećmi o seksualności. Nieco inaczej, mniej szczegółowo niż rodzice, a jednak! 
 

Pojawia się cykl życia - zmieniające się ciało. 
Moja córka zastanawiała się gdzie jest jej miejsce w tym cyklu? A gdzie jest moje. 
Pojawia się cesarskie cięcie, jako konieczny czasem ze względu na zdrowie mamy i dziecka, ale i równorzędny, co poród naturalny sposób przyjścia na świat.
Pojawia się in vitro i jest informacja, że niezależnie jak doszło do zapłodnienia, dzieci są takie same - są po prostu dziećmi. 
Znajdziecie tu zapewne jeszcze o wiele więcej ważnych rzeczy, informacji i tematów:) A obrazki pozwalają na rozpoczynanie jeszcze nowych i nowych wątków, sprawiają, że historia jest jakby otwarta - można rozmawiać dalej w różnych kierunkach, bawić się metaforami - choćby dziurki i klucza.


W tej książce jest lekkość i humor i ciepło połączone z dużą dawką wiedzy - może dlatego, że pisała ją mama-lekarz. 
Czytając ją czułam komfort i radość, że mogę się nią podzielić z córeczką.
I Wam bardzo serdecznie polecam "Dziecko w brzuchu mamy". 
A tu znajdziecie obszerną recenzję obibooki.pl i jeszcze więcej ilustracji.






 





sobota, 9 czerwca 2018

Nago na plaży, czyli znów robi się gorąco.

Nie lubię tematów kontrowersyjnych. Lubię rozmawiać i lubię szukać porozumienia. Ale też doświadczam na co dzień, że to nie unikanie konfliktów, a ich oswajanie, włączanie do swojego życia, jako jego naturalnej części, przynosi dobry skutek. 
Różnimy się. 

Ja i Ty. 

My. 

Różnimy się i możemy żyć obok, ze sobą, blisko, albo kawałek dalej. 
Sztuką jest włączać w nasze życie te różnice. Nie unikać ich. 

 

Nie staram się być kontrowersyjna. Ale jestem "jakaś" i odkąd pamiętam zdarza mi się wywoływać kontrowersje. 
Kiedyś strojami. Zwykle głośnym śmiechem. Poglądami. Wyborami. 
Dla mnie to zwykle zaskakujące. Moje stroje nie wydawały mi się odważne, raczej oczywiste. Śmiech rodzi się bez mojej świadomej woli i dźwięczy.  Poglądy się zmieniają. Ewoluują. Odchodzę od nich i wracam, oglądam z różnych stron. Nie upieram się, że mam monopol na prawdę. A wybory... wybory. Rożnie to bywa. 

 

Zostałam zaproszona do studia Pytania na Śniadanie, żeby opowiedzieć, co myślę o nagości dzieci na plaży. Czytam rożne opinie, fora, co słychać na ten temat w sieci. Ze zdziwieniem przyjmuję fakt, że moje zdanie na ten temat może być kontrowersyjne.  To co wydaje mi się tak naturalne, tak zwykłe i oczywiste, wywołuje tyle emocji.  
Jeśli dziecko chce być nago, niech będzie. 
Jeśli nie chce, niech nie będzie. 
Koniec. Kropka. Na pewno?
Dla przypomnienia artykuł na ten temat, który napisałam w zeszłym roku dla portalu dziecisawazne.pl



 

czwartek, 19 kwietnia 2018

Ręce pod kołdrę! Czyli o dotykaniu swojego ciała i tym, że to jest ok.

Ciało to ja. Ciało to mój dom. Jestem moim ciałem. 
Tu biegną moje granicę, czuję to kiedy je przekraczasz, coś się we mnie napina, coś się we mnie kurczy. 


Mam kilka miesięcy. Niezbyt delikatne ręce lekarza badają moje ciało. Badają mnie. Jest w tym niecierpliwość i pośpiech. Chcę się przed tym schować.

Mam nie więcej niż pół roku. Patrzę na deszcz mleka tryskający z piersi mojej mamy, krople błyszczą w słońcu i spadają mi na twarz. To szczęście.

Mam rok. Próbuję zdążyć z siku na nocnik. Zaciskam. Zaciskam. Rozlewające się ciepło przypomina mi, że stało się coś niedobrego. Wstydzę się. 

Mam kilka lat i bardzo boję się spać sama w ciemności. Zaciskam mocno nogi, to jest przyjemne. Skądś wiem, że tak nie wolno, że muszę o tym zapomnieć. 

Mam niewiele więcej. Stoję nad jeziorem. Wieje wiatr. Dociera znad wody, rozgrzany słońcem, oplata mnie i drzewa, które stoją dookoła. Przez długą, powolną chwilę, wiem. Jestem częścią wszystkiego. Jestem wszystkim. Jestem kroplą w oceanie i oceanem w kropli. 
Czuję dreszcz. 
Czuję rozkosz istnienia. 

Mam osiem lat. Idę do komunii. Bardzo się denerwuję spowiedzią. Powtarzam w myślach najprostsze do wypowiedzenia grzechy. Kłamałam, przeklinałam. Kłamałam, przeklinałam. Żeby tylko ksiądz nie pytał mnie o nieczyste myśli i czyny. Czuję zamieszanie, jakby ktoś chciał się siłą wedrzeć do mojego wewnętrznego świata. 

Mam czternaście lat. Chcę wejść po żółtej drabince do jeziora. Zasłaniam się ręcznikiem, bo czuję się gruba i nieatrakcyjna. 
Wiele lat później patrzę na zrobioną tamtego dnia fotografię i widzę przepiękną, zgrabną dziewczynę. 

Mam lat siedemnaście. Wyjeżdżam z przyjaciółką nad morze. Codziennie rano, kiedy wszyscy śpią, wychodzę na plażę, rozbieram się i pływam nago. Sama. 

Mam dwadzieścia kilka lat.  Za sobą dawno pierwszy seks. I drugi. Wstydzę się dotykać samej siebie. To grzech. Od dawna nie chodzę do kościoła, ale to jedno wiem na pewno. 

Pytam o to przyjaciółkę. Czerwieni się. 

Narasta we mnie bunt. Jestem zła. Chcę odzyskać moje ciało. Dla siebie.
Idę na technikę Aleksandra. Inna kobieta dotyka mnie i przekonuje: Czuj. Rozluźnij się. Puść. Wibruj. Żyj. 
Idę na kolejne i kolejne warsztaty, metody, tańce. Dotykam mojego ciała, prowadzę na masaż, na zajęcia z głębokiego oddychania. Głaszczę, poznaję, wsłuchuję się. 
Patrzę na córki przyjaciół, patrzę na swoje córki. Wolne. Nieskrępowane. Dzikie istoty, którym nikt nie mówi: Trzymaj ręce na kołdrze! Czekaj. Bądź cicho. W kąciku. Nie przeszkadzaj. Nie zajmuj sobą miejsca. Nie masz nic do powiedzenia, możemy naruszać twoje granice. Twoje potrzeby liczą się mniej niż innego człowieka.
Czekam. Czekam co z nich wyrośnie. I czuję wdzięczność, że mogę im towarzyszyć, bo ja też się od nich uczę.









































Za każdym razem, kiedy prowadzę warsztaty z rodzicami dotyczące seksualności dzieci, temat masturbacji jest najgorętszy, wywołuje dylematy i wątpliwości. 
A przecież nie brakuje nam wiedzy - są artykuły, wywiady - szeroko dostępne w sieci i jasno mówiące (nawet w kręgach katolickich) masturbacja dziecięca jest to czynność całkowicie rozwojowa.
Jednak wiedza to co innego, a co innego tabu, które ciągle obowiązuje w kulturze, w której żyjemy. Nasze przekonania, wychowanie, podświadomość, lęk i zawstydzenie.
Widać warto to wciąż powtarzać:

Masturbacja jest ok. 
(Zamierzam zrobić sobie taką koszulkę)
Masturbacja nie uzależnia. 
Nie powoduje pryszczy ani chorób. 
Masturbacja nie seksualizuje.
Masturbacja jest normalna. 
Masturbacja jest przyjemna. 
Masturbacja nie jest obowiązkowa. 
Wręcz przeciwnie - jest obszarem wolności człowieka
(W ramach tej wolności dojrzały człowiek MOŻE podjąć decyzję, że w ramach ćwiczenia samodyscypliny, albo/i w imię swoich przekonań, odmawia sobie masturbacji.)
Masturbacja jest częścią CZŁOWIECZEŃSTWA. 
Choć występuje też w świecie zwierząt. 
Ilustracja pochodzi z książki dla dzieci "Życie intymne zwierząt".

Czyli co?
:)
Ciało to wolność. Ciało to siła. Ciało to ja. Ciało to mój najlepszy przyjaciel - jeśli dobrze go poznam i dbam o nie, żyje mi się lepiej. 
Ciało daje nam odpowiedzi na pytania, ciało pomaga wybrać, jest barometrem tego jak się czujemy w jakiejś sytuacji. 
Odcięci od jego mądrości, tracimy wiele. I właśnie odcięci od niego zaczynamy traktować siebie instrumentalnie. 
Dzieci są ze swoim ciałem jednym. Nie boją się go wąchać, dotykać, smakować. Czy to cipka, czy oko, czy kolano, czy miód z ucha. Wszystko jest ważne, ciekawe, a one dążą do poznania i  zrozumienia. 
Niektóre z nich są go bardziej ciekawe, inne mniej. 
Dla niektórych masturbacja będzie codzienną praktyką przez jakiś czas, dla innych bardzo rzadką, lub się nie zdarzy. 
I to co najtrudniejsze dla rodziców - przeważnie dopiero koło 5 roku życia możemy spodziewać się od dzieci, że zaczną rozumieć intymność tej sytuacji i spełniać nasze prośby o nie masturbowanie się publicznie. 
I tak. Wasze dzieci często masturbują się w przedszkolu - poznałam i rozmawiałam o tym z wieloma paniami przedszkolankami, które - uwierzcie - na szczęście najczęściej traktują to jako coś NORMALNEGO. Tak było, jest i będzie. Zawsze. 
Seksualność dziecka jest czym innym niż seksualność dorosłego, czy nastolatka. Dopiero w okresie dojrzewania pojawia się u ludzi typowe napięcie seksualne. Zanim to nastąpi, masturbacja wynika nie z niego -  i potrzeby rozładowania go - ale z mieszanki różnych potrzeb i odczuć. Jest w tym zwykłe napięcie - czasem rozładowane płaczem, czasem obgryzaniem paznokci, a czasem onanizmem. Jest ciekawość. Jest normalna przyjemność, jaką daje dotyk. Jest wrażliwość na odczucia zmysłowe
Najlepsze co możemy zrobić dla siebie i naszego dziecka, to spokojnie i dając sobie czas, uczyć je, że masturbacja jest czymś intymnym. 
Nie ma jednej odpowiedzi, kiedy interweniować w zachowania dziecka. Każda rodzina, sytuacja, dziecko są inne.
W wychowaniu, towarzyszeniu dzieciom ważne jest aby starać się je poznać, zrozumieć i przede wszystkim widzieć. A także jego potrzeby, które kryją się w rożnych zachowaniach. 
Potrzebna jest do tego nasza uważności i refleksja. 
Na pewno warto zareagować jeśli dzieci próbują manipulować w okolicach intymnych jakimiś przedmiotami, które mogą zranić. Wkładanie do pochwy czy penisa różnych przedmiotów, szczególnie o ostrych krawędziach, jest niebezpieczne. Trzeba dać dziecku taką informację i powstrzymać je, jeśli próbuje. 
Jeśli masturbacji u dziecka jest bardzo dużo, jest uporczywa, można przyjrzeć się uważnie sytuacji - czy dziecko ma inne sposoby rozładowania napięcia? Czy dzieje się coś trudnego i dziecko potrzebuje więcej wsparcia? Pomocy? Może pojawiło się rodzeństwo, może rodzice więcej się ostatnio kłócą, może jest nowa pani w przedszkolu? 
Karanie i  napominanie tylko zwiększy napięcie i możemy wpaść w błędne koło.

A jeśli nadal niepokoi nas jej ilość i częstotliwość, skonsultujmy się z mądrym specjalistą. 
Może Dziecko potrzebuje wsparcia w jakimś obszarze, może więcej uwagi i bliskości? A może więcej ekscytujących przygód albo ruchu na świeżym powietrzu? A może warto zbadać integrację sensoryczną?
A może to my potrzebujemy wsparcia, żeby nie reagować nieadekwatnie, nerwowo? Żeby zrozumieć swoje napięcie, zawstydzenie. Warto się zastanowić, co nas stresuje w takiej sytuacji. Może wstydzimy reakcji innych osób? Może silnie wracają wspomnienia zakazów z naszego życia?
Zanim zareagujemy nieadekwatnie na to, że nasze dziecko dotyka swoich miejsc intymnych - odetchnijmy głęboko, pogadajmy z partnerem, żoną, przyjaciółką. Lub specjalistą.

Dajmy sobie czas.
A co z nastolatkami? Mam silne poczucie, że masturbacja jest aktem rewolucyjnym.
Szczególnie dla kobiet, bo o naszej seksualności od lat mówi się i pisze w męskiej narracji, która wszystko widzi przez pryzmat błony dziewiczej (wiecie, że jest mitem?) penisa i penetracji. Co za zubożenie! Dziewczyny dowiadują się jakie mają być dla mężczyzn, żeby były atrakcyjne. A co z prawdziwą atrakcyjnością? Nie tą zbudowaną z oczekiwań innych, ale tą wynikającą ze znajomości siebie, kontaktu ze swoim ciałem, własną mocą?
Sam na sam ze sobą w sypialni, dziewczyny po prostu są. Nikt nie patrzy. Nikt nie ocenia. Nikt niczego nie oczekuje. Sam na sam ze sobą mogą sprawdzać, co tak na prawdę czują, co sprawia im przyjemność. Poznać siebie i postawić siebie na pierwszym miejscu. A potem, kiedy spotkają partnera/partnerkę - na równorzędnym.

Jeśli zaś chodzi o chłopców... Szczerze mówiąc z nimi jest podobnie. 
Uczmy ich że ich ciało to ich przyjaciel, uczmy akceptacji. 
Ja i moje ciało jesteśmy ok. Pragnienia są ok. Nie muszę ich tłumić, wstydzić się ich - mogę poznawać siebie, uczyć się jak sobie  radzić, samoregulować, decydować w sprawach seksu, przyjemności i relacji.
Zakazywanie masturbacji nastolatkom wydaje mi się okrutne - nie dość, że mają jeszcze nie uprawiać seksu, odkładać to na później, to jeszcze coś jest "nie tak" z samodzielnym rozładowywaniem napięcia seksualnego. 


I tak - są osoby uzależnione od masturbacji, pornografii, bo można uzależnić się od wielu rzeczy, ale to nie "przedmiot " uzależnienia jest temu winny. To nie masturbacja powoduje kłopot, ale brak bliskości, lęk, niska samoocena, niska samoświadomość, brak relacji ze sobą, innymi, przeżywane kłopoty, nieumiejętności społeczne, itd. powodują przedmiotowe traktowanie siebie.
Pytanie brzmi: czy badam i eksploruję swoje ciało? Szukam przyjemności?
Czy męczę się ze sobą? Uciekam, używam siebie?


Jeśli chcemy nauczyć dzieci jak palić ognisko, nie możemy być przerażeni ogniem. 
Możemy dawać zaufanie i wiedzę, jak ognia używać w bezpieczny sposób. Rozpalać ognisko z dala od drzew i suchej trawy. Uczyć się  regulować moc płomieni. Umieć je gasić. 
Strasząc seksualnością, nie pozwalając na jej naturalny rozwój, narażamy nasze dzieci na kłopoty - kiedyś mogą całkiem nagle znaleźć się w niewłaściwym miejscu i czasie z zapałkami w ręku.




 

wtorek, 9 stycznia 2018

Seksualność. Polecam wystąpienie Ted Sue Jaye Johnson.

Polecam Wam ważne wystąpienie, dotyczące seksualności. 
To o czym mówi Sue Jaye Johnson oddaje to, co czuję na ten temat i co staram się przekazać innym rodzicom na warsztatach. 
Seksualność nie jest czymś osobnym, tematem, który możemy wykroić z naszego życia i omawiać lub omijać. Jest jego integralną częścią i przejawia się w naszej codzienności
Wiele zależy nie tylko od naszych rozmów z dziećmi, ale i od tego na ile sami zmysłowo odbieramy świat, na ile im na to pozwalamy. Z jaką uważnością wsłuchujemy się w swoje potrzeby i potrzeby własnego ciała. 
Ważne są właśnie takie drobiazgi jak radość z masażu małych plecków i pytanie: czy to jest przyjemne?
Ważne jest szanowanie odmowy dotyku czy całusa. 
Wcale nie chodzi o tę słynną "poważną rozmowę", która spina, męczy i nie nie jest potrzebna, jeśli na co dzień rozmawiamy o wszystkim po trochu, a dzieci wiedzą,że ze wszystkim mogą donas przyjść.
Życie rodzinne, bliskość tzw "wychowanie" dzieci, to nie to co sobie wymyślamy, co uważamy, że powinniśmy powiedzieć, nie nasze przemowy. To nasza codzienność i jej melodia.
Wsłuchajcie się w melodię Waszej rodziny. Czy jest w niej miejsce na śmiech, oddech, ciało? 
Polecam Ted  Sue Jaye Johnson.
 

sobota, 6 stycznia 2018

Dachołazy. Nie przekreślaj możliwego.

Poradnia K wydała książkę "Dachołazy" autorstwa Katherine Rundell.
Można czytać tę książkę jak szaloną przygodę o pogoni po dachach Paryża. Pogoni za Marzeniem. "Nie przekreślaj możliwego" powtarzają jej bohaterowie i zaklinają  rzeczywistość. Świat nie ma wyjścia, musi dać się im zaczarować, dokładnie tak jak i ja się dałam.
Jednym z patronów tej książki jest Family Lab. 
Nie przypadkiem. 

Jeśli chcecie dowiedzieć się jak może wyglądać w praktyce to o czym pisze w swoich książkach o rodzicielstwie i relacjach  Jesper Juul, to właśnie nadarza się okazja. 
A wszystko przez to, że pewien naukowiec wyłowił z oceanu roczną dziewczynkę i postanowił ją pokochać.

 " - Widzi pani? Wygląda na bardzo inteligentne dziecko. - Zobaczył, że Sophie  ma długie, zwinne palce. - I ma włosy koloru błyskawicy. Jak można się jej oprzeć?
 - Będę musiała tu przychodzić i sprawdzać  jak ona się miewa, a nie narzekam na nadmiar czasu. Mężczyzna nie może opiekować się dzieckiem sam.
 - Oczywiście, proszę przychodzić - odparł Charles, a potem dodał, jakby nie potrafił się powstrzymać: jeśli pani koniecznie musi. Postaram się być wdzięczny. Ale to ja ponoszę odpowiedzialność za to dziecko, rozumie pani?
 - Przecież to jest dziecko, a pan jest mężczyzną!
 - Podziwiam pani spostrzegawczość - odrzekł Charles. - Przynosi pani chlubę swojemu optykowi.
 - Ale co zamierza pan z nią robić? 
 Charles miał zdezorientowaną minę.
 - Zamierzam ją kochać. To powinno wystarczyć, jeśli wierzyć  poetom, których czytałem.
(...)
 - Jestem pewien - powiedział - że tajemnice opieki nad dziećmi, chociaż mroczne i zawikłane, nie są  nieprzeniknione."

Kiedy myślę o rodzicach i dzieciach na pierwszym planie widzę miłość. Tak wiem, są też  nieposprzątane zabawki, choroby, lęk, zmęczenie... 
A  jednak upieram się, że to miłość jest najważniejsza. 
To dla niej najpierw chcemy "mieć" dzieci i to z niej najczęściej się rodzą. To ona jest tym, co chcemy im dawać. 
"Kocham cię", powtarzamy często niemowlakowi, przedszkolakowi i coraz starszemu człowiekowi.

Zdarza się jednak, że choć bardzo kochamy nasze dzieci, one tego nie czują. Nie postrzegają naszych słów i działań jako płynących z miłości. Komunikacja szwankuje. Cierpimy wtedy, czujemy się winni, a nasze poczucie własnej wartości jest podkopane. Wpadamy w blednę koło: zachowujemy się coraz gorzej i czujemy się coraz gorzej. 
Jesper Juul zaleca w takiej sytuacji sprawdzenie jak w naszej rodzinie mają się cztery filary familylabowego podejścia.
Autentyczność. 
Równa godność. 
Integralność.
Odpowiedzialność osobista. 
"Dachołazy" są całe przepełnione tymi wartościami. W skrócie można by je podsumować: "błyszczące oczy".

"Wybierali się na koncert i byli już prawie gotowi do wyjścia z domu,  kiedy do środka wtargnęła panna Eliot.
 - Ona nie może wyjść z domu  w  tym stanie! Jest cała upaćkana! Nie garb się Sophie.
  Charles z zainteresowaniem spojrzał na czubek głowy  Sophie.
 -  Doprawdy?
 - Panie  Maxim!  - warknęła  panna Eliot. -  Dziewczyna ma całą bluzkę w dżemie!
 - To prawda.  -Spojrzał na pannę Eliot z uprzejmym zdziwieniem. - Jakie to ma znaczenie?
 Jednak kiedy zobaczył, że  panna Eliot sięga po  notes, wziął do ręki  ścierkę i  wytarł  nią  Sophie tak delikatnie, jakby  była obrazem.
 Panna Eliot prychnęła.
 - Jeszcze na rękawie.
 - Resztę spłucze deszcz.  Dzisiaj są jej urodziny. 
 - Higiena obowiązuje nawet w urodziny! Nie zabiera jej pan do zoo. 
 - Rozumiem. Wolałaby pani, żebym zabrał ją do zoo. - Przechylił głowę na bok. Przypominał Sophie wyjątkowo dobrze wychowaną panterę. - Może nie jest jeszcze za późno, żeby oddać bilety. 
 - Nie to miałam na myśli. Ona narobi panu wstydu. Ja bym się  wstydziła z nią pokazywać.
 Charles spojrzał na pannę Eliot, która spuściła wzrok jako pierwsza.
 - Ma błyszczące buty i błyszczące oczy - powiedział. - Tak jest dostatecznie elegancko. - Wręczył Sophie bilety. - Wszystkiego najlepszego, moje dziecko."

Dawno nie spotkałam w literaturze tak zachwycającej pary: ekscentryczny naukowiec i dziewczynka, której błyszczą oczy. Może to nie przypadek, że Sophie, jak Pipi Pończoszanka nie chodzi do szkoły? Że jej autonomia jest szanowana i nikt nie mówi do niej "jak do dziecka"? Na tym zresztą nie koniec podobieństw między Sophie a bohaterką Astrid Lindgren: obie są pewne siebie, maja niezwykły kolor włosów, obie za nic mają konwenanse i schludny strój, obie tęsknią do mamy, której im brakuje. Tylko, że Sophie nie wierzy w śmierć swojej i ma przy sobie dorosłego, który ją wspiera. 
Wspierający dorosły - to znacząca różnica. 
Charles stoi za Sophie murem i mówi do innego dorosłego:

 "Nie docenia pan dzieci. Nie docenia pan dziewczynek."
 

Kto z nas nie chciałby usłyszeć takich słów?

Styl wychowania, jak stosuje Charles, można spokojnie nazwać tak, jak Jesper Juul nazwał jedną ze swoich książek: "zamiast wychowania".  Sprawdza się wspaniale, bo przecież wiemy nie od dziś, że dzieci nie słuchają naszego gadania, gderania, przemów i  monologów. Patrzą jak żyjemy i kim jesteśmy, i to naśladują.

 "W jednym z pokojów Krajowego Urzędu Opiekuńczego w Westminsterze była szafka, a w szafce czerwona teczka z napisem "Opiekunowie: ocena charakteru". wewnątrz czerwonej teczki znajdowała się mniejsza, niebieska teczka z napisem "Maxim, Charles". Po jej otworzeniu można było przeczytać następujące słowa:? C.P.Maxim jest oczytany, jak można się spodziewać po naukowcu, a ponadto hojny, niezdarny i przedsiębiorczy. Jest ponadprzeciętnie wysoki, ale z zaświadczeń  lekarskich  wynika, że poza tym jego zdrowiu nic nie dolega. Żywi uparte przekonanie, że potrafi się zajmować swoja podopieczną."
  Być może takie rzeczy są zaraźliwe, ponieważ Sophie wyrosła na osobę wysoką, hojną, oczytaną i niezdarną. Jako siedmiolatka miała długie i cienkie jak parasolki nogi i dorobiła się całej listy upartych przekonań."

Nie zdradzę Wam więcej, żeby nie popsuć Wam frajdy z poznawania kolejnych, niebanalnych bohaterów tej książki. 
U nas z zaangażowaniem i przyjemnością słuchała jej czterolatka, dziewięciolatka i dwunastolatek. 
A ja czytałam im z równie wielką przyjemnością.




czwartek, 11 maja 2017

Czy zawsze warto być grzecznym i kto CHCE pocałować ciocię? Kilka słów o integralności.

Ostatnio przeczytałam w sieci artykuł o tym, że ... zjadanie glutów przez dzieci  ma wielki sens. Jest to naturalna szczepionka. Okazało się też, że naukowcy  potwierdzili sens przytulania się do drzew, związany z bardzo zdrowymi jonami.  Co do tego, czy smoczek jest zdrowy, czy nie, nigdy nie dojdą do porozumienia, ponieważ...  czasem jest a czasem nie jest, ale czasem tak bardzo pomaga matce, że lekko krzywy zgryz, to pikuś;)

I ponieważ w wychowaniu dzieci można znaleźć tyle różnic, tyle kontrowersji, pomyślmy: kogo słuchać?  Zwykle na początku prowadzonych przeze mnie seminariów, mówię: to co usłyszysz, przepuść przez siebie, weź to, co ci się   przyda, a na wszystko patrz krytycznie, bo to, co dobre dla jednych, nie musi pasować do drugich.
Czy to potrafimy?
Usłyszałam kiedyś radę, od starszej już osoby: traktuj to co  dostajesz od życia jak szwedzki stół, weź to, co chcesz, co ci się przyda, a za resztę podziękuj. 
Nie tak łatwo podziękować za dobre rady, dotyczące wychowania naszych dzieci, szczególnie, kiedy jesteśmy zapracowani, w słabej formie, przestraszeni, a do tego chcemy jak najlepiej! Nie tak łatwo podjąć decyzje, które wpływają na życie naszego dziecka, być  może CAŁE jego życie, mając świadomość, że być może popełniamy BŁĄD.

Co może nam pomóc, kiedy błądzimy w gąszczu dobrych rad?
Jesper Juul podpowiada nam, że warto kierować się  czterema głównymi wartościami. Oto one:
1. równa godność wszystkich członków rodziny
2. integralność
3. autentyczność
4. odpowiedzialność osobista
Do nich każda rodzina dołącza kolejne, te które są szczególnie bliskie jej członkom. Ważne, by co jakiś czas upewniać się, że ciągle chcemy się nimi kierować, i by wierność tym zasadom, nie zasłaniała nam zwykłego człowieczeństwa i bliskich nam ludzi. 
Wartości są naszymi kierunkowskazami i warto się im przyglądać, sprawdzać, czy cele, które sobie w życiu  wyznaczamy,  zgadzają się z nimi.

Dziś chcę napisać o potrzebach - naszych i naszych bliskich -  w ujęciu jednej z tych fundamentalnych wartości opisywanych przez Jespera Juula - integralności. 
Przyglądam się różnym problemom rodziców, rodzin, przyglądam się swoim kłopotom, szukam rozwiązań, sensu. I im dłużej to robię, tym bardziej dociera do mnie, że często tak trudno nam w relacjach, ponieważ nie umiemy dbać o naszą własna integralność.
Dorastaliśmy w czasach, w których powszechnie nie uczono nas tego, nie zachęcano do  podążania za sobą, nie chroniono naszych granic. W czasach, kiedy byliśmy dziećmi, posłuszeństwo było ważniejsze niż potrzeby jednostki. Oczywiście, posłuszeństwo też ma sens  i jest potrzebne, żeby społeczeństwa mogły funkcjonować, ale warto pamiętać, że istnieje wybór. Mogę powiedzieć "tak" i mogę powiedzieć "nie". Mogę najpierw rozeznać się w sobie i poczuć  siebie, swoje granice, swoją prawdę.

Jesper Juul: "Próby całkowitego podporządkowania dziecka prowadzą tylko do utraty jego poczucia wartości i braku kompetencji życiowych".

Wymuszone posłuszeństwo ma wielce negatywne skutki
Przykład? Choćby ten chyba najczęściej przywoływany: "Pocałuj ciocię!"  Oczywistym jest, że dziecko może ucałować ciocię. Że to może być miłe doświadczenie dla obojga, wyraz bliskiej więzi, czy zwyczajów panujących w rodzinie. Pytanie czy w tym momencie chce? Może akurat nie chce, żeby ktokolwiek go dotykał? Może dziś nie lubi cioci i bardzo mocno czuje to w ciele? 

Boimy się zachowywać w zgodzie ze sobą, bo jesteśmy przekonani, że to "niegrzeczne". Tak nas wytrenowano. Dziewczynki mają mówić cicho, nie przerywać innym, kiedy tamci mówią, zajmować mało miejsca, być potulne. Chłopcy  mają się nie mazgaić, nie okazywać zbytniej wrażliwości, czy np. zainteresowania modą.  To dość silny przekaz kulturowy i odruchowo reagujemy zdziwieniem, czy oburzeniem na odstępstwa od tego wzorca.
Wystarczy jednak zajrzeć choćby do innych kultur, gdzie panują zupełnie inne zwyczaje. W Japonii w ogóle nie wypada całować się publicznie. Na południu można mówić znacznie głośniej. A nawet swobodniej  się dotykać, okazując radość ze spotkania. 

Integralność, to coś, o co możemy uczyć się dbać  w każdym momencie naszego życia. Skanować swoje uczucia i odczucia. Swoje myśli, emocje i ciało. I warto, żebyśmy zaczęli od siebie, ponieważ tylko dbając o własną integralność, jesteśmy w stanie nauczyć się szanować czyjąś
To tak, jakby nasza integralność  była instrumentem muzycznym. Kiedy o nią dbamy, stroimy instrument, coraz lepiej też słyszymy muzykę innych. 
Uczymy się, że odmowa nie jest odrzuceniem. 
Przestajemy bać się  "nie", bo widzimy w nim też "tak" dla czegoś innego. "Nie, nie pójdę z tobą do sklepu, bo potrzebuję poleżeć". mówię tak, swojej potrzebie odpoczynku.  "Tak, chętnie się z tobą pobawię". "Nie, dziś bardzo potrzebuję ciszy, więc nie włączę radia głośniej". 

Zaczynamy szanować swoje decyzje i decyzje innych. 

Zagubienie dzisiejszych dorosłych w gąszczu porad wychowawczych, to między innymi owoc braku dbania o naszą integralność. I daleka jestem od obwiniania naszych rodziców i ich rodziców. Wojna i komunizm odcisnęły swoje piętno, a ogólne rozumienie relacji rodzic-dorosły było kiedyś całkowicie inne.

Moje doświadczenie jest takie: oddychaj. Popatrz na siebie
Zastanów się jak dbasz o swoją integralność? 
Wysypiasz się? Masz kontakt z naturą? Masz czas dla przyjaciół?  Czy  jesteś w stanie cieszyć się swoim dzieckiem i jego obecnością? 

Popatrz  na swoją rodzinę. Ona, jako całość również zasługuje na dobre traktowanie. Czy dbacie o integralność tej całości, którą tworzycie razem? Kiedy zachwiejemy równowagą potrzeb - gdy potrzeby jednego dziecka, czy jednego z rodziców stają się najważniejsze (szczególnie  przez dłuższy czas), przestaje być nam razem dobrze i bezpiecznie. Jednym słowem, jako dorośli, powinniśmy starać się mieć na oku i potrzeby poszczególnych członków rodziny i wszystkich razem.

Nie stawiaj dziecka w centrum waszej rodziny. To nie jest jego miejsce. 
Ten kto jest w centrum, jest bardzo samotny. 

Dziecko przychodzi do nas, do rodziny, nie po to, żeby zostać królem, czy królową, ale by kochać i być kochane. Po to by obserwować nas, których kocha i uczyć się życia. 
Obserwując nas, uczy się też dbania o siebie. Na NASZYM przykładzie. Niezaprzeczalnie podstawą emocjonalnego i duchowego zdrowia każdego człowieka, podstawą bliskich relacji między ludźmi są, jak pisze Jesper Juul, obecność, autentyczność  i wierność  sobie. 
Po prostu próbuj WIDZIEĆ swoje dziecko, siebie, swoich bliskich. Tylko i aż tyle. 
Widzieć takich jacy są. 
Dla mnie to najtrudniejsza lekcja w całym rodzicielstwie, zaraz koło mówienia "nie";) 
Tym, co przeszkadza nam zobaczyć nasze dziecko i jego potrzeby, są często nasze wspomnienia z dzieciństwa: niespełnione marzenia, doznane urazy, traumy i niezaspokojone tęsknoty. Nic mi  nie kupowali?  Kupię  dziecku wszystko. Itd.


Szanuj granice dziecka, kiedy ci je pokazuje. A pokazuje na pewno, ponieważ rodzi się z nimi. Wie, kiedy jest głodne, a kiedy nie, kiedy mu zimno, a kiedy gorąco. I wie z kim chce gadać, a z kim nie.
A im lepiej zatroszczysz się o własne ciało i duszę, tym łatwiej będzie ci troszczyć się o innych.