środa, 4 października 2017

Po co nam te warsztaty? Po co nam pan Juul i cała reszta?

Spotkałam kiedyś znajomą psycholożkę. Kupowałam akurat marchewkę, a  ona przechodziła obok i wiecie, jak to przy marchewce,  pogadałyśmy o życiu. Na koniec ona powiedziała coś, co mnie na dobrych kilka lat zbiło z tropu i zmusiło do myślenia. Powiedziała mianowicie tak: "Teraz wszystkie młode matki to z warsztatów na warsztaty biegają, ale po co? Przecież dzieci to trzeba po prostu kochać".
Obracałam to zdanie z prawej, obracałam z lewej, pod światło... i przykładałam do siebie i swoich  koleżanek. Biegamy na warsztaty? Biegamy.  Kochamy? Kochamy. A siwa głowa, którą szanuję i lubię, takie rzeczy mówi?!
Nie dawało mi to spokoju.  
Ale teraz już wiem. Te warsztaty są ...dla mnie.  Te, na które chodzę i te, które prowadzę. Dla mnie, bo je wybieram. Dla mnie, bo to mój czas. Bo spotykam innych ludzi i wymieniam się z nimi czymś prosto z serca. 
Dla mnie, bo poznaję siebie coraz lepiej i lepiej, i ze sobą się coraz lepiej dogaduję. Godzę. Zaprzyjaźniam. 
na tych warsztatach  słucham i opowiadam Wam o relacji z dzieckiem i za każdym razem - ZA KAŻDYM RAZEM - zmienia się, rozwija, wzbogaca moja relacja z moim wewnętrznym dzieckiem.

Zmieniam się Ja.
I wtedy już nie muszę zastanawiać się jakich technik użyć, jakich  słów, żeby rozwiązać kolejny konflikt w domu. Po prostu jestem, słucham, mieszczę w sobie uczucia dzieci. Albo nie mieszczę, ale nie winię innych.
Nic nie trzeba, wszystko można.
Potrzebny przykład?
Jako dziewczynka, mila i grzeczna, nie powinnam się zbytnio złościć. A ja się złoszczę. No i teraz mając 42  lata wreszcie uznałam w sobie ten kawałek i przeżywam różne złości, udzielając  sobie wsparcia w ich przeżywaniu. Mówię głośno, wyrażam, tupię, wrzeszczę i płaczę ze złości, a nawet czasem mam ochotę kogoś zabić. 
To jest kawałek mnie. Akceptuję siebie taką. 
Długo tak nie było i w związku z tym trudno mi było towarzyszyć w złości mojemu synkowi. Poczułam różnicę, kiedy kilka dni temu przez godzinę opowiadał  jakie formy tortur i śmierci  należą się komuś, kto go zranił. Opowiadał i opowiadał, a ja słuchałam i zamiast go stopować, powstrzymywać, karcić, miałam w sobie zgodę na to wszystko.
Powiedziałam szczerze: "Wiesz, też się czasem tak czuję, czasem mam ochotę kogoś zamordować! Znam to." 
I zrobiło się lekko, lżej, zwyczajnie. Ani ja, ani on nikogo  nie mordujemy, ale tak długo jak próbujemy to niechciane uczucie upchnąć, schować, odciąć... tak długo ona rośnie, puchnie, uwiera...  Wypuszczone na wolność, podzielone z kimś bliskim, kto da rade,  rozpuszcza się, przemienia w coś innego, uwalnia.
Dlatego rzeczywiście, nie trzeba zmieniać dziecka. 
Wystarczy godzić się na siebie, w całości, z każdym uczuciem jakie mamy i wtedy łatwiej nam będzie towarzyszyć innym ludziom, też dzieciom. 
Kochaj bliźniego swego jak siebie  samego. Najpierw siebie. Tę zazdrosną, tę płaczącą z byle powodu, tego roztrzepanego, tego co mu wszystko z rąk leci, tę łakomą i  tego, co wszystkiego się  boi. 
Jak pogodzisz się ze sobą, łatwiej Ci będzie akceptować drugiego.
To dlatego nie mówię: "nie płacz, nie bój się, nie tup, tak nie wypada". To dlatego staram się zauważać i uznawać to, co dziecko czuje.  To nie fanaberia.
Uznanie siebie i swoich uczuć  takimi jakie są to pierwszy krok, baza,  najlepsza jaką mogę mieć dla siebie i jaką mogę dać  moim dzieciom. Baza niezaprzeczania prawdzie. Baza, którą rzadko mieliśmy my jako dzieci, więc teraz uczymy się tego na różnych warsztatach. Z miłości.


 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza