Te wakacje były mi bardzo potrzebne - również od pisania na blogu. Wypoczęłam, nasłoneczniłam się a teraz dałam się porwać w wir września. A jak u Was?
Z nową energią zaczynam rozglądać się gdzie poprowadzić seminaria inspirujące i pogadać o tym, co jeszcze szalonego i wspaniałego proponuje nam pan Juul:).
Ale zanim wrócę z Juulem, mam dla Was propozycję warsztatów o rozwoju seksualności u dzieci.
Hej Milanówku! Podkowo Leśna i okolice!
Już za tydzień w OKej Brwinów (świetny dojazd z Warszawy autostradą S8 albo wukadką) spotkamy się i pogadamy:)
TUTAJ LINK do wydarzenia na FB
Zapraszam!
poniedziałek, 18 września 2017
środa, 5 lipca 2017
Dzień Ojca
(tak, wiem, że jestem spóźniona)
Obiecałam sobie wpis na Dzień Ojca, ale pech chciał, że wypada on w okolicach końca roku - troje dzieci: trzy końce roku. Jedna matka. Dwie ręce. Dużo kwiatów. Koszul. Spodni. Sukienek. Łatwo policzyć, że nie mogło mnie tu być, a potem pozwoliłam sobie odparować, zacząć wakacje, zbliżyć się do rytmu slow, który tak lubię:)
Dzień Ojca.
Myślę o ojcach których znam. Na początku zawsze przychodzą mi do głowy ci nieobecni. Może po prostu zniknęli, zawinęli się i zaczęli nowe życie (nie da się, nikt im nie powiedział?), ale częściej można spotkać ich plecy. Odwróceni tyłem siedzą przy komputerach i Pracują. Pochylają się nad telefonem, chowają za gazetą, wyjeżdżają z ulgą w delegacje. Milczą. Nie mają zdania, Mają ważniejsze sprawy. Zbyt zranieni, żeby otworzyć serca. Zbyt wystraszeni, żeby być wzorem. Zbyt niedojrzali, żeby podjąć wysiłek.
Na szczęście zaraz przypominam sobie, że znam wielu, którzy starają się za wszelką cenę. Nie mieli ojca i oni chcą inaczej. Lepiej, gorzej, ale wytrwają, nie zrobią swojemu dziecku tego, co im zrobiono.
Albo po prostu mieli "dość dobrych ojców", żeby ojcostwo przychodziło im lekko. Zwyczajnie.
Pojawiają się ci wyjątkowi. Zabierający dzieci na samotne wyprawy, nie dlatego, że to wypada, ale dlatego, że chcą. Pamiętający jak ma na imię ulubiona przytulanka. Godni zaufania, tacy w których ramiona można wypłakać swój ból. I z którymi można się cieszyć jak stąd do księżyca i z powrotem.
Coraz częściej spotykam ojców samotnie wychowujących dzieci. Zaangażowanych. Rozdwajają się i szukają w sobie matki. Malują z córeczkami paznokcie na kolorowo-brokatowo, rano smażą placki jaglane, czytają książeczki, nie mają zbyt wiele czasu dla siebie.
Z roku na rok jest też coraz więcej ojców na warsztatach rodzicielskich.
Początkowo było tam pełno mam, teraz zdarza się sytuacja bardziej wyrównana.
Myślę o tych wszystkich ojcach i coraz chętniej po prostu wiem, że nic nie wiem. Nie jestem ojcem. Nie wiem jak być ojcem. Nie chcę nawet tego wiedzieć.
Myślę, że nie ma jednego wzoru ojca. Cokolwiek mężczyzna, który jest ojcem zrobi z zaangażowaniem i sercem, będzie takie jak ma być: ojcowskie, męskie.
Nie chcę się w to wtrącać, bo kiedy się wtrącam, to zaczyna być kobiece. Po mojemu.
To nie takie łatwe w świecie, gdzie kobiety zwykły wszystko brać na siebie i dźwigać. A mężczyźni znikać. Ale tak rozumiem swoje zadanie. Nie brać wszystkiego, nie wyręczać, oddzielać co moje, co nie moje.
Próbuję.
Nie wszystko rozumiem w świecie chłopaków.
Nie jestem chłopakiem.
Ja się z chłopakiem Spotykam.
Z okazji Dnia Ojca życzę Wam tatusiowie wiary w siebie.
Obiecałam sobie wpis na Dzień Ojca, ale pech chciał, że wypada on w okolicach końca roku - troje dzieci: trzy końce roku. Jedna matka. Dwie ręce. Dużo kwiatów. Koszul. Spodni. Sukienek. Łatwo policzyć, że nie mogło mnie tu być, a potem pozwoliłam sobie odparować, zacząć wakacje, zbliżyć się do rytmu slow, który tak lubię:)
Dzień Ojca.
Myślę o ojcach których znam. Na początku zawsze przychodzą mi do głowy ci nieobecni. Może po prostu zniknęli, zawinęli się i zaczęli nowe życie (nie da się, nikt im nie powiedział?), ale częściej można spotkać ich plecy. Odwróceni tyłem siedzą przy komputerach i Pracują. Pochylają się nad telefonem, chowają za gazetą, wyjeżdżają z ulgą w delegacje. Milczą. Nie mają zdania, Mają ważniejsze sprawy. Zbyt zranieni, żeby otworzyć serca. Zbyt wystraszeni, żeby być wzorem. Zbyt niedojrzali, żeby podjąć wysiłek.
Na szczęście zaraz przypominam sobie, że znam wielu, którzy starają się za wszelką cenę. Nie mieli ojca i oni chcą inaczej. Lepiej, gorzej, ale wytrwają, nie zrobią swojemu dziecku tego, co im zrobiono.
Albo po prostu mieli "dość dobrych ojców", żeby ojcostwo przychodziło im lekko. Zwyczajnie.
Pojawiają się ci wyjątkowi. Zabierający dzieci na samotne wyprawy, nie dlatego, że to wypada, ale dlatego, że chcą. Pamiętający jak ma na imię ulubiona przytulanka. Godni zaufania, tacy w których ramiona można wypłakać swój ból. I z którymi można się cieszyć jak stąd do księżyca i z powrotem.
Coraz częściej spotykam ojców samotnie wychowujących dzieci. Zaangażowanych. Rozdwajają się i szukają w sobie matki. Malują z córeczkami paznokcie na kolorowo-brokatowo, rano smażą placki jaglane, czytają książeczki, nie mają zbyt wiele czasu dla siebie.
Z roku na rok jest też coraz więcej ojców na warsztatach rodzicielskich.
Początkowo było tam pełno mam, teraz zdarza się sytuacja bardziej wyrównana.
Myślę o tych wszystkich ojcach i coraz chętniej po prostu wiem, że nic nie wiem. Nie jestem ojcem. Nie wiem jak być ojcem. Nie chcę nawet tego wiedzieć.
Myślę, że nie ma jednego wzoru ojca. Cokolwiek mężczyzna, który jest ojcem zrobi z zaangażowaniem i sercem, będzie takie jak ma być: ojcowskie, męskie.
Nie chcę się w to wtrącać, bo kiedy się wtrącam, to zaczyna być kobiece. Po mojemu.
To nie takie łatwe w świecie, gdzie kobiety zwykły wszystko brać na siebie i dźwigać. A mężczyźni znikać. Ale tak rozumiem swoje zadanie. Nie brać wszystkiego, nie wyręczać, oddzielać co moje, co nie moje.
Próbuję.
Nie wszystko rozumiem w świecie chłopaków.
Nie jestem chłopakiem.
Ja się z chłopakiem Spotykam.
Z okazji Dnia Ojca życzę Wam tatusiowie wiary w siebie.
czwartek, 1 czerwca 2017
sobota, 20 maja 2017
Matka.
Matką stałam się dokładnie 12 lat temu. To było w wynajmowanym, wtedy jeszcze z narzeczonym, mieszkaniu na Stalowej. Pojawiły się mityczne dwie kreski, a mój brzuch w magiczny sposób natychmiast stal się wielki, wypychałam go do przodu, nosiłam ciążowe sukienki i wymagałam od wszystkich pomocy w noszeniu siatek. Unosiłam się nad ziemią w zachwycie nad tą nagłą przemianą z kogoś pojedynczego w Matkę.
3 lata później, już w drugiej ciąży, robiłam remont mieszkania, malowałam sufity i dopiero pod koniec zorientowałam się, że trzeba zwolnić i czasem poleżeć.
Trzeciej ciąży nie pamiętam;)
Wraz z tą pierwszą, a potem kolejnymi ciążami, dołączyłam do wielkiej, chyba nie kończącej się grupy Winnych.
Początkowo jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale kiedy mój syn miał kłopoty z ssaniem piersi, winny był przecież rozmiar moich piersi! Kiedy córka ssała palec, każda jazda autobusem uświadamiała mi - ustami innych pasażerek-matek - że jeśli chce być dobrą matką, powinnam przywiązywać jej rączki z dala od buzi.
Kiedy odmawiałam szczepienia noworodka, chcąc odczekać kilka miesięcy, spotykałam się z TYM spojrzeniem: matka! Matka wariatka. Dla ojca, panie w przychodni zawsze były miłe, więc szybko nauczyłam się nim zasłaniać.
Kiedyś przyjechaliśmy z chorym dzieckiem na nocny dyżur i okazało się, że - o zgrozo! - nie wiem jaką dokładnie gorączkę ma nasze dziecko, usłyszałam: "co z Pani za matka!" Kiedy wszedł mąż, panie zrobiły się przemiłe.
No, co ze mnie za matka?
Matka, co chociaż nie pracuje, to czasem na obiad daje pizze z pudełka i przeważnie ma w domu bałagan. Matka, która znów nie poszła z dzieckiem na rehabilitacje, bo nie może wcisnąć jej nigdzie w kalendarz. Matka, co pozwala ssać palce i już odkłada na aparat na zęby. Matka, co przy każdym zakupie lodów w sklepie na rogu, zastanawia się, ile tam cukru i czemu nie robi sama w domu takich naturalnych, bez ulepszaczy... Winna.
Jestem winna.
Jeśli dziecko pyskuje, nie mówi dzień dobry mijanym staruszkom, jeśli nie radzi sobie w szkole, jeśli nie chodzi na karate, dodatkowy angielski i tenisa!... A nie daj boże któreś z dzieci ZA-CHO-RO-WA-ŁO... Jestem winna! (To choroba genetyczna, wypadek, bakterie? Nie ważne, na pewno TO JA zrobiłam coś nie tak!)
I nie jestem sama.
Jestem w doborowym towarzystwie, starających się ze wszystkich sił nie być w naszej grupie, ale z góry skazanych na niepowodzenie, pięknych, silnych i mądrych kobiet.
Są tu samotne matki, które utrzymują rodzinę i niewyobrażalnym wysiłkiem sprawdzają jeszcze wieczorem, czy synek ma spakowany do plecaka strój na wf. Niestety, zapomniały o nowej szczoteczce do zębów na fluoryzację...
Są kobiety robiące karierę, które - nie do pomyślenia - decydują się nie karmić piersią, żeby ich partner mógł przejąć nocną opiekę nad dzieckiem - suki!
Są też zwyczajne, lekko utyte od czasów ślubnej sukienki, matki kilkorga dzieci, które dawno nie były u fryzjera. I znów zapomniały, że dziś miała być dodatkowa lekcja plastyki. Brak farb, brak bloku! jak Pani myśli, ile razy inne dzieci mają pożyczać Pani dziecku klej?!
Są tu matki, które nie pojechały z dzieckiem na basen, nie odrobiły z nim lekcji, nie uczesały jak trzeba, nie zaszyły dziury w skarpetce...
Jest nas tu masa. Starych i młodych. A nasze dzieci biegają po świecie i bardzo się starają zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Dlaczego mama znów nie załapała żartu, czemu ma zaciśniętą szczękę, dlaczego pusto patrzy w okno, czemu trzęsą jej się plecy.
Nasze dzieci nie znają nikogo piękniejszego i bardziej zachwycającego.
Tęsknią za naszym zapachem, kiedy nie ma nas w domu.
Ze 100% zaangażowaniem - również języka - rysują nasze portrety na kolejnych i kolejnych laurkach.
Powtarzając (trochę przemądrzale) nasze słowa w dyskusjach na tematy, z których jeszcze nie wszystko rozumieją, wypróbowują bycie dorosłymi. Bycie dorosłym takim jak my.
Wierzą nam.
Ufają.
Uczą się od nas, z nas.
I odchodzą, żeby z łatwością obwinić nas o swoje kłopoty.
W końcu już my to zrobiłyśmy. Wystarczy się dołączyć.
3 lata później, już w drugiej ciąży, robiłam remont mieszkania, malowałam sufity i dopiero pod koniec zorientowałam się, że trzeba zwolnić i czasem poleżeć.
Trzeciej ciąży nie pamiętam;)
Wraz z tą pierwszą, a potem kolejnymi ciążami, dołączyłam do wielkiej, chyba nie kończącej się grupy Winnych.
Początkowo jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale kiedy mój syn miał kłopoty z ssaniem piersi, winny był przecież rozmiar moich piersi! Kiedy córka ssała palec, każda jazda autobusem uświadamiała mi - ustami innych pasażerek-matek - że jeśli chce być dobrą matką, powinnam przywiązywać jej rączki z dala od buzi.
Kiedy odmawiałam szczepienia noworodka, chcąc odczekać kilka miesięcy, spotykałam się z TYM spojrzeniem: matka! Matka wariatka. Dla ojca, panie w przychodni zawsze były miłe, więc szybko nauczyłam się nim zasłaniać.
Kiedyś przyjechaliśmy z chorym dzieckiem na nocny dyżur i okazało się, że - o zgrozo! - nie wiem jaką dokładnie gorączkę ma nasze dziecko, usłyszałam: "co z Pani za matka!" Kiedy wszedł mąż, panie zrobiły się przemiłe.
No, co ze mnie za matka?
Matka, co chociaż nie pracuje, to czasem na obiad daje pizze z pudełka i przeważnie ma w domu bałagan. Matka, która znów nie poszła z dzieckiem na rehabilitacje, bo nie może wcisnąć jej nigdzie w kalendarz. Matka, co pozwala ssać palce i już odkłada na aparat na zęby. Matka, co przy każdym zakupie lodów w sklepie na rogu, zastanawia się, ile tam cukru i czemu nie robi sama w domu takich naturalnych, bez ulepszaczy... Winna.
Jestem winna.
Jeśli dziecko pyskuje, nie mówi dzień dobry mijanym staruszkom, jeśli nie radzi sobie w szkole, jeśli nie chodzi na karate, dodatkowy angielski i tenisa!... A nie daj boże któreś z dzieci ZA-CHO-RO-WA-ŁO... Jestem winna! (To choroba genetyczna, wypadek, bakterie? Nie ważne, na pewno TO JA zrobiłam coś nie tak!)
I nie jestem sama.
Jestem w doborowym towarzystwie, starających się ze wszystkich sił nie być w naszej grupie, ale z góry skazanych na niepowodzenie, pięknych, silnych i mądrych kobiet.
Są tu samotne matki, które utrzymują rodzinę i niewyobrażalnym wysiłkiem sprawdzają jeszcze wieczorem, czy synek ma spakowany do plecaka strój na wf. Niestety, zapomniały o nowej szczoteczce do zębów na fluoryzację...
Są kobiety robiące karierę, które - nie do pomyślenia - decydują się nie karmić piersią, żeby ich partner mógł przejąć nocną opiekę nad dzieckiem - suki!
Są też zwyczajne, lekko utyte od czasów ślubnej sukienki, matki kilkorga dzieci, które dawno nie były u fryzjera. I znów zapomniały, że dziś miała być dodatkowa lekcja plastyki. Brak farb, brak bloku! jak Pani myśli, ile razy inne dzieci mają pożyczać Pani dziecku klej?!
Są tu matki, które nie pojechały z dzieckiem na basen, nie odrobiły z nim lekcji, nie uczesały jak trzeba, nie zaszyły dziury w skarpetce...
Jest nas tu masa. Starych i młodych. A nasze dzieci biegają po świecie i bardzo się starają zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Dlaczego mama znów nie załapała żartu, czemu ma zaciśniętą szczękę, dlaczego pusto patrzy w okno, czemu trzęsą jej się plecy.
Nasze dzieci nie znają nikogo piękniejszego i bardziej zachwycającego.
Tęsknią za naszym zapachem, kiedy nie ma nas w domu.
Ze 100% zaangażowaniem - również języka - rysują nasze portrety na kolejnych i kolejnych laurkach.
Powtarzając (trochę przemądrzale) nasze słowa w dyskusjach na tematy, z których jeszcze nie wszystko rozumieją, wypróbowują bycie dorosłymi. Bycie dorosłym takim jak my.
Wierzą nam.
Ufają.
Uczą się od nas, z nas.
I odchodzą, żeby z łatwością obwinić nas o swoje kłopoty.
W końcu już my to zrobiłyśmy. Wystarczy się dołączyć.
Etykiety:
bez oceniania,
codzienność,
dojrzewanie,
emocje,
matka,
miłość,
naśladownictwo,
odpoczynek,
odpuszczanie,
poczucie winy,
przemoc,
tabu,
uczucia,
wolność
Dziecko nago na plaży?
Kiedy zaczynałam pisać ten artykuł dla serwisu dziecisąważne, wydawał mi się zbędny. W czym rzecz?
Dzieci biegały i biegają nago po plaży i już. Ale im głębiej
wychodziłam w temat, im więcej osób pytałam, tym mocniej uświadamiałam
sobie, że istnieją różnice i kontrowersje.
Ten temat dotyka w nas wrażliwych miejsc: seksualności, wyznawanych wartości, przekonań, poczucia własnej wartości... Dużo na raz i w dodatku często nasze uparte przekonania utrudniają nam inne spojrzenie. Ciekawa jestem Waszych głosów. Zapraszam do lektury:)
Ten temat dotyka w nas wrażliwych miejsc: seksualności, wyznawanych wartości, przekonań, poczucia własnej wartości... Dużo na raz i w dodatku często nasze uparte przekonania utrudniają nam inne spojrzenie. Ciekawa jestem Waszych głosów. Zapraszam do lektury:)
sobota, 13 maja 2017
Rodzic jako przywódca stada - audycja radiowa
Zapraszam Was do wysłuchania audycji w radio TOK FM o najnowszej książce Jespera Juula "Rodzic jako przywódca stada". Link TUTAJ:)
Etykiety:
audycja,
Jesper Juul,
książki,
radio,
rodzicielstwo
czwartek, 11 maja 2017
Czy zawsze warto być grzecznym i kto CHCE pocałować ciocię? Kilka słów o integralności.
Ostatnio przeczytałam w sieci artykuł o tym, że ... zjadanie glutów przez dzieci ma wielki sens. Jest to naturalna szczepionka. Okazało się też, że naukowcy potwierdzili sens przytulania się do drzew, związany z bardzo zdrowymi jonami. Co do tego, czy smoczek jest zdrowy, czy nie, nigdy nie dojdą do porozumienia, ponieważ... czasem jest a czasem nie jest, ale czasem tak bardzo pomaga matce, że lekko krzywy zgryz, to pikuś;)
I ponieważ w wychowaniu dzieci można znaleźć tyle różnic, tyle kontrowersji, pomyślmy: kogo słuchać? Zwykle na początku prowadzonych przeze mnie seminariów, mówię: to co usłyszysz, przepuść przez siebie, weź to, co ci się przyda, a na wszystko patrz krytycznie, bo to, co dobre dla jednych, nie musi pasować do drugich.
Czy to potrafimy?
Usłyszałam kiedyś radę, od starszej już osoby: traktuj to co dostajesz od życia jak szwedzki stół, weź to, co chcesz, co ci się przyda, a za resztę podziękuj.
Nie tak łatwo podziękować za dobre rady, dotyczące wychowania naszych dzieci, szczególnie, kiedy jesteśmy zapracowani, w słabej formie, przestraszeni, a do tego chcemy jak najlepiej! Nie tak łatwo podjąć decyzje, które wpływają na życie naszego dziecka, być może CAŁE jego życie, mając świadomość, że być może popełniamy BŁĄD.
Co może nam pomóc, kiedy błądzimy w gąszczu dobrych rad?
Jesper Juul podpowiada nam, że warto kierować się czterema głównymi wartościami. Oto one:
1. równa godność wszystkich członków rodziny
2. integralność
3. autentyczność
4. odpowiedzialność osobista
Do nich każda rodzina dołącza kolejne, te które są szczególnie bliskie jej członkom. Ważne, by co jakiś czas upewniać się, że ciągle chcemy się nimi kierować, i by wierność tym zasadom, nie zasłaniała nam zwykłego człowieczeństwa i bliskich nam ludzi.
Wartości są naszymi kierunkowskazami i warto się im przyglądać, sprawdzać, czy cele, które sobie w życiu wyznaczamy, zgadzają się z nimi.
Dziś chcę napisać o potrzebach - naszych i naszych bliskich - w ujęciu jednej z tych fundamentalnych wartości opisywanych przez Jespera Juula - integralności.
Przyglądam się różnym problemom rodziców, rodzin, przyglądam się swoim kłopotom, szukam rozwiązań, sensu. I im dłużej to robię, tym bardziej dociera do mnie, że często tak trudno nam w relacjach, ponieważ nie umiemy dbać o naszą własna integralność.
Dorastaliśmy w czasach, w których powszechnie nie uczono nas tego, nie zachęcano do podążania za sobą, nie chroniono naszych granic. W czasach, kiedy byliśmy dziećmi, posłuszeństwo było ważniejsze niż potrzeby jednostki. Oczywiście, posłuszeństwo też ma sens i jest potrzebne, żeby społeczeństwa mogły funkcjonować, ale warto pamiętać, że istnieje wybór. Mogę powiedzieć "tak" i mogę powiedzieć "nie". Mogę najpierw rozeznać się w sobie i poczuć siebie, swoje granice, swoją prawdę.
Jesper Juul: "Próby całkowitego podporządkowania dziecka prowadzą tylko do utraty jego poczucia wartości i braku kompetencji życiowych".
Wymuszone posłuszeństwo ma wielce negatywne skutki.
Przykład? Choćby ten chyba najczęściej przywoływany: "Pocałuj ciocię!" Oczywistym jest, że dziecko może ucałować ciocię. Że to może być miłe doświadczenie dla obojga, wyraz bliskiej więzi, czy zwyczajów panujących w rodzinie. Pytanie czy w tym momencie chce? Może akurat nie chce, żeby ktokolwiek go dotykał? Może dziś nie lubi cioci i bardzo mocno czuje to w ciele?
Boimy się zachowywać w zgodzie ze sobą, bo jesteśmy przekonani, że to "niegrzeczne". Tak nas wytrenowano. Dziewczynki mają mówić cicho, nie przerywać innym, kiedy tamci mówią, zajmować mało miejsca, być potulne. Chłopcy mają się nie mazgaić, nie okazywać zbytniej wrażliwości, czy np. zainteresowania modą. To dość silny przekaz kulturowy i odruchowo reagujemy zdziwieniem, czy oburzeniem na odstępstwa od tego wzorca.
Wystarczy jednak zajrzeć choćby do innych kultur, gdzie panują zupełnie inne zwyczaje. W Japonii w ogóle nie wypada całować się publicznie. Na południu można mówić znacznie głośniej. A nawet swobodniej się dotykać, okazując radość ze spotkania.
Integralność, to coś, o co możemy uczyć się dbać w każdym momencie naszego życia. Skanować swoje uczucia i odczucia. Swoje myśli, emocje i ciało. I warto, żebyśmy zaczęli od siebie, ponieważ tylko dbając o własną integralność, jesteśmy w stanie nauczyć się szanować czyjąś.
To tak, jakby nasza integralność była instrumentem muzycznym. Kiedy o nią dbamy, stroimy instrument, coraz lepiej też słyszymy muzykę innych.
Uczymy się, że odmowa nie jest odrzuceniem.
Przestajemy bać się "nie", bo widzimy w nim też "tak" dla czegoś innego. "Nie, nie pójdę z tobą do sklepu, bo potrzebuję poleżeć". mówię tak, swojej potrzebie odpoczynku. "Tak, chętnie się z tobą pobawię". "Nie, dziś bardzo potrzebuję ciszy, więc nie włączę radia głośniej".
Zaczynamy szanować swoje decyzje i decyzje innych.
Zagubienie dzisiejszych dorosłych w gąszczu porad wychowawczych, to między innymi owoc braku dbania o naszą integralność. I daleka jestem od obwiniania naszych rodziców i ich rodziców. Wojna i komunizm odcisnęły swoje piętno, a ogólne rozumienie relacji rodzic-dorosły było kiedyś całkowicie inne.
Moje doświadczenie jest takie: oddychaj. Popatrz na siebie.
Zastanów się jak dbasz o swoją integralność?
Wysypiasz się? Masz kontakt z naturą? Masz czas dla przyjaciół? Czy jesteś w stanie cieszyć się swoim dzieckiem i jego obecnością?
Popatrz na swoją rodzinę. Ona, jako całość również zasługuje na dobre traktowanie. Czy dbacie o integralność tej całości, którą tworzycie razem? Kiedy zachwiejemy równowagą potrzeb - gdy potrzeby jednego dziecka, czy jednego z rodziców stają się najważniejsze (szczególnie przez dłuższy czas), przestaje być nam razem dobrze i bezpiecznie. Jednym słowem, jako dorośli, powinniśmy starać się mieć na oku i potrzeby poszczególnych członków rodziny i wszystkich razem.
Nie stawiaj dziecka w centrum waszej rodziny. To nie jest jego miejsce.
Ten kto jest w centrum, jest bardzo samotny.
Dziecko przychodzi do nas, do rodziny, nie po to, żeby zostać królem, czy królową, ale by kochać i być kochane. Po to by obserwować nas, których kocha i uczyć się życia.
Obserwując nas, uczy się też dbania o siebie. Na NASZYM przykładzie. Niezaprzeczalnie podstawą emocjonalnego i duchowego zdrowia każdego człowieka, podstawą bliskich relacji między ludźmi są, jak pisze Jesper Juul, obecność, autentyczność i wierność sobie.
Po prostu próbuj WIDZIEĆ swoje dziecko, siebie, swoich bliskich. Tylko i aż tyle.
Widzieć takich jacy są.
Dla mnie to najtrudniejsza lekcja w całym rodzicielstwie, zaraz koło mówienia "nie";)
Tym, co przeszkadza nam zobaczyć nasze dziecko i jego potrzeby, są często nasze wspomnienia z dzieciństwa: niespełnione marzenia, doznane urazy, traumy i niezaspokojone tęsknoty. Nic mi nie kupowali? Kupię dziecku wszystko. Itd.
Szanuj granice dziecka, kiedy ci je pokazuje. A pokazuje na pewno, ponieważ rodzi się z nimi. Wie, kiedy jest głodne, a kiedy nie, kiedy mu zimno, a kiedy gorąco. I wie z kim chce gadać, a z kim nie.
A im lepiej zatroszczysz się o własne ciało i duszę, tym łatwiej będzie ci troszczyć się o innych.
I ponieważ w wychowaniu dzieci można znaleźć tyle różnic, tyle kontrowersji, pomyślmy: kogo słuchać? Zwykle na początku prowadzonych przeze mnie seminariów, mówię: to co usłyszysz, przepuść przez siebie, weź to, co ci się przyda, a na wszystko patrz krytycznie, bo to, co dobre dla jednych, nie musi pasować do drugich.
Czy to potrafimy?
Usłyszałam kiedyś radę, od starszej już osoby: traktuj to co dostajesz od życia jak szwedzki stół, weź to, co chcesz, co ci się przyda, a za resztę podziękuj.
Nie tak łatwo podziękować za dobre rady, dotyczące wychowania naszych dzieci, szczególnie, kiedy jesteśmy zapracowani, w słabej formie, przestraszeni, a do tego chcemy jak najlepiej! Nie tak łatwo podjąć decyzje, które wpływają na życie naszego dziecka, być może CAŁE jego życie, mając świadomość, że być może popełniamy BŁĄD.
Co może nam pomóc, kiedy błądzimy w gąszczu dobrych rad?
Jesper Juul podpowiada nam, że warto kierować się czterema głównymi wartościami. Oto one:
1. równa godność wszystkich członków rodziny
2. integralność
3. autentyczność
4. odpowiedzialność osobista
Do nich każda rodzina dołącza kolejne, te które są szczególnie bliskie jej członkom. Ważne, by co jakiś czas upewniać się, że ciągle chcemy się nimi kierować, i by wierność tym zasadom, nie zasłaniała nam zwykłego człowieczeństwa i bliskich nam ludzi.
Wartości są naszymi kierunkowskazami i warto się im przyglądać, sprawdzać, czy cele, które sobie w życiu wyznaczamy, zgadzają się z nimi.
Dziś chcę napisać o potrzebach - naszych i naszych bliskich - w ujęciu jednej z tych fundamentalnych wartości opisywanych przez Jespera Juula - integralności.
Przyglądam się różnym problemom rodziców, rodzin, przyglądam się swoim kłopotom, szukam rozwiązań, sensu. I im dłużej to robię, tym bardziej dociera do mnie, że często tak trudno nam w relacjach, ponieważ nie umiemy dbać o naszą własna integralność.
Dorastaliśmy w czasach, w których powszechnie nie uczono nas tego, nie zachęcano do podążania za sobą, nie chroniono naszych granic. W czasach, kiedy byliśmy dziećmi, posłuszeństwo było ważniejsze niż potrzeby jednostki. Oczywiście, posłuszeństwo też ma sens i jest potrzebne, żeby społeczeństwa mogły funkcjonować, ale warto pamiętać, że istnieje wybór. Mogę powiedzieć "tak" i mogę powiedzieć "nie". Mogę najpierw rozeznać się w sobie i poczuć siebie, swoje granice, swoją prawdę.
Jesper Juul: "Próby całkowitego podporządkowania dziecka prowadzą tylko do utraty jego poczucia wartości i braku kompetencji życiowych".
Wymuszone posłuszeństwo ma wielce negatywne skutki.
Przykład? Choćby ten chyba najczęściej przywoływany: "Pocałuj ciocię!" Oczywistym jest, że dziecko może ucałować ciocię. Że to może być miłe doświadczenie dla obojga, wyraz bliskiej więzi, czy zwyczajów panujących w rodzinie. Pytanie czy w tym momencie chce? Może akurat nie chce, żeby ktokolwiek go dotykał? Może dziś nie lubi cioci i bardzo mocno czuje to w ciele?
Boimy się zachowywać w zgodzie ze sobą, bo jesteśmy przekonani, że to "niegrzeczne". Tak nas wytrenowano. Dziewczynki mają mówić cicho, nie przerywać innym, kiedy tamci mówią, zajmować mało miejsca, być potulne. Chłopcy mają się nie mazgaić, nie okazywać zbytniej wrażliwości, czy np. zainteresowania modą. To dość silny przekaz kulturowy i odruchowo reagujemy zdziwieniem, czy oburzeniem na odstępstwa od tego wzorca.
Wystarczy jednak zajrzeć choćby do innych kultur, gdzie panują zupełnie inne zwyczaje. W Japonii w ogóle nie wypada całować się publicznie. Na południu można mówić znacznie głośniej. A nawet swobodniej się dotykać, okazując radość ze spotkania.
Integralność, to coś, o co możemy uczyć się dbać w każdym momencie naszego życia. Skanować swoje uczucia i odczucia. Swoje myśli, emocje i ciało. I warto, żebyśmy zaczęli od siebie, ponieważ tylko dbając o własną integralność, jesteśmy w stanie nauczyć się szanować czyjąś.
To tak, jakby nasza integralność była instrumentem muzycznym. Kiedy o nią dbamy, stroimy instrument, coraz lepiej też słyszymy muzykę innych.
Uczymy się, że odmowa nie jest odrzuceniem.
Przestajemy bać się "nie", bo widzimy w nim też "tak" dla czegoś innego. "Nie, nie pójdę z tobą do sklepu, bo potrzebuję poleżeć". mówię tak, swojej potrzebie odpoczynku. "Tak, chętnie się z tobą pobawię". "Nie, dziś bardzo potrzebuję ciszy, więc nie włączę radia głośniej".
Zaczynamy szanować swoje decyzje i decyzje innych.
Zagubienie dzisiejszych dorosłych w gąszczu porad wychowawczych, to między innymi owoc braku dbania o naszą integralność. I daleka jestem od obwiniania naszych rodziców i ich rodziców. Wojna i komunizm odcisnęły swoje piętno, a ogólne rozumienie relacji rodzic-dorosły było kiedyś całkowicie inne.
Moje doświadczenie jest takie: oddychaj. Popatrz na siebie.
Zastanów się jak dbasz o swoją integralność?
Wysypiasz się? Masz kontakt z naturą? Masz czas dla przyjaciół? Czy jesteś w stanie cieszyć się swoim dzieckiem i jego obecnością?
Popatrz na swoją rodzinę. Ona, jako całość również zasługuje na dobre traktowanie. Czy dbacie o integralność tej całości, którą tworzycie razem? Kiedy zachwiejemy równowagą potrzeb - gdy potrzeby jednego dziecka, czy jednego z rodziców stają się najważniejsze (szczególnie przez dłuższy czas), przestaje być nam razem dobrze i bezpiecznie. Jednym słowem, jako dorośli, powinniśmy starać się mieć na oku i potrzeby poszczególnych członków rodziny i wszystkich razem.
Nie stawiaj dziecka w centrum waszej rodziny. To nie jest jego miejsce.
Ten kto jest w centrum, jest bardzo samotny.
Dziecko przychodzi do nas, do rodziny, nie po to, żeby zostać królem, czy królową, ale by kochać i być kochane. Po to by obserwować nas, których kocha i uczyć się życia.
Obserwując nas, uczy się też dbania o siebie. Na NASZYM przykładzie. Niezaprzeczalnie podstawą emocjonalnego i duchowego zdrowia każdego człowieka, podstawą bliskich relacji między ludźmi są, jak pisze Jesper Juul, obecność, autentyczność i wierność sobie.
Po prostu próbuj WIDZIEĆ swoje dziecko, siebie, swoich bliskich. Tylko i aż tyle.
Widzieć takich jacy są.
Dla mnie to najtrudniejsza lekcja w całym rodzicielstwie, zaraz koło mówienia "nie";)
Tym, co przeszkadza nam zobaczyć nasze dziecko i jego potrzeby, są często nasze wspomnienia z dzieciństwa: niespełnione marzenia, doznane urazy, traumy i niezaspokojone tęsknoty. Nic mi nie kupowali? Kupię dziecku wszystko. Itd.
Szanuj granice dziecka, kiedy ci je pokazuje. A pokazuje na pewno, ponieważ rodzi się z nimi. Wie, kiedy jest głodne, a kiedy nie, kiedy mu zimno, a kiedy gorąco. I wie z kim chce gadać, a z kim nie.
A im lepiej zatroszczysz się o własne ciało i duszę, tym łatwiej będzie ci troszczyć się o innych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

