niedziela, 13 listopada 2016

Codzienność

Więk­szość rze­czy, które mówi­cie swoim dzie­ciom, żeby je wycho­wy­wać, nie wycho­wuje ich w żaden spo­sób! To zna­czy: nie pozo­sta­wia trwa­łego śladu.
Naj­więk­szy wpływ wycho­waw­czy ma to, co się dzieje w codzien­nym życiu mię­dzy człon­kami rodziny: ich świa­dome i nie­świa­dome zacho­wa­nia, myśli, prze­ko­na­nia, ale także humory, nastroje, kon­flikty, kry­zysy, rado­ści i szczę­ścia. To są feno­meny, które pozo­sta­wiają trwały ślad w ciele i duszy Waszych dzieci.”

Jesper Juul

czwartek, 6 października 2016

Podróż



Myślę ostatnio o byciu z dziećmi, byciu rodzicem, jako o podróży. 
Dalekiej, np. takiej wakacyjnej. 
Jadąc na wakacje już kilka tygodni wcześniej przygotowujemy się do niej z mężem i dziećmi. Każdy po swojemu. Jedni pakują ukochane misie, inni paszporty;) 
Kilka dni przed jest już wielkie oczekiwanie, trochę stresu, dużo radości. I teraz ta najważniejsza decyzja: kiedy zaczynają się te wakacje? Czy kiedy dotrzemy do celu? Czy zaraz po zamknięciu za sobą furtki od domu...? A może już są?

Kiedyś ważny był dla mnie cel. Podróż była męczącą koniecznością. 


Aż nagle odkryłam, że w ten sposób bardzo wiele tracę.

Hej! Wakacje są już dziś, już teraz, w tej sekundzie... 
Wakacje: nasz dobry czas razem!

Jedziemy. Może pod wpływem impulsu zostaniemy na dzień w jakimś przepięknym miejscu? Może zepsuje się auto i zostaniemy na kilka dni w jakimś nie-wiadomo-gdzie? A może w ostatniej chwili zapragniemy zmienić cel podroży? Nie wiem.


Jestem. 
Już wakacyjnie nastawiona. 

I podobnie tu, z dziećmi... Kiedy śledzimy sobie wspólnie drogę żuczka na listku, to śledzimy i nie zastanawiam się nad biologią jako kierunkiem ich ewentualnych studiów. Kiedy nie chcą rano wstać, nie rozpaczam, że będą spóźniać się do pracy i szef ich wyrzuci... Kiedy zapomną, rozleją, wywrócą...ok, to jest teraz, dziś. 
Właśnie tego DZIŚ nie chcę przegapić. Właśnie ono staje się dla mnie coraz ważniejsze. Najważniejsze.
Właśnie tu jestem i tu są moje dzieci. Tu możemy się spotkać. 
Bo nie wiem co będzie jutro. Jutro odbiera mi radość z dziś, wieje lękiem, więc... No właśnie. Oddech, i tu i teraz, tak banalnie:)

Poruszyła mnie ostatnio opowieść mamy, która straciła dziecko. I ten żal, że ich ostatnie chwile to była nerwówka, pospieszanie. A nie całus i "kocham cię". 

Obserwuję żuczka. (Czasem po dłuższej chwili nie wytrzymuję i robię mu zdjęcie, hahahaha)
Przytulam każde po kolei i wszystkie razem.
Odbieram ze szkoły i zawożę na zajęcia. Ten czas w aucie, w szatni - pielęgnuję. To nie stracone chwile. To czas razem.
Słucham. Bardzo niedoskonale. Ale mali mistrzowie pomagają mi się doskonalić w tej ich sztuce. Byciu w tej chwili. 
Poprawiają, złoszczą się. Trafiają najcelniej na odciski i depczą po moich kantach. Wygładzają. 

Wiem, że za kilka, czy kilkanaście lat będę za tym czasem tęsknić. Za pachnącymi ciałkami, miękkimi łapkami. Za małymi i dużymi sprawami, codziennością pełną łez, śmiechów, krzyków. 
Bardzo nie chcę jej przegapić. 
Chcę tu być. 

wtorek, 4 października 2016

Reagować, czy nie reagować? O przemocy wobec dzieci.



Teatr, za chwilę zacznie się wspaniale przedstawienie dla dzieci. Przedstawienie o wolności, o odwadze i przyjaźni. O Pippi. Wokół mnie przyjaciele i bliżsi i dalsi znajomi, kolorowy tłum, rozemocjonowany, wesoły. Czekamy. 
Nagle za mną krzyk: "Uspokoisz się wreszcie?! No, uspokoisz się??! Mówiłam ci, że masz się uspokoić!" Odwracam się, atmosfera jest gęsta. Widzę dużą, bo stojącą nad dzieckiem kobietę. Na ławce siedzi na oko 2-3 letni chłopczyk. Skulony. 
Kątem oka łapię zamierające uśmiechy na twarzach okolicznych rodziców. Krzyk nie jest tłumiony, hamowany, ściszony wobec innych ludzi. Jest nienaturalnie głośny, świadczy o braku kontroli i skrajnym zdenerwowaniu. 
Wracam uwagą do moich dzieci, ale po chwili słyszę wielkie "łup!". Odwracam się. Chłopczyk leży pod ławką, Jest tam ciemno, drewniane deski musiały go boleśnie spotkać... Pomagamy w kilka osób uwolnić go z tej dziury. Dotykam napiętego ciałka. Leją się łzy. 
I wtedy znów się zaczyna... "Co ty wyprawiasz? Uspokój się...! Zaraz stąd wyjdziemy, jeśli się nie uspokoisz!" Z całą mocą próbuję skupić się na mamie. Złapać jej perspektywę... Może w jej życiu dzieje się coś strasznego? Dotykam jej lekko i pytam: "Czy mogę Pani jakoś pomóc?" Kobieta odmawia, ale bierze dziecko na kolana i coś jakby "przytula", dalej je atakując słowami, ale już ciszej. Mówię: "Musiał się bardzo przestraszyć...i pewnie boli"
Sztywne małe ciałko, skulone ramiona, wzrok wbity w ziemię. 
Ta mama z synkiem wyszli z tego przedstawienia. A może tylko się przesiedli?
A ja zostałam z nimi, z tym małym chłopcem i jego mamą... i noszę ich w sobie od kilku dni. 
Noszę wspomnienie dotyku jego ciała. Zaciśnięcia. Próbę opanowania łez. Próbę zniknięcia. Szukanie jednak przytulenia. Noszę jej siłę i przerażającą ogromność w porównaniu do dziecka.
Noszę swoją bezradność.
Pamiętam, że kiedyś, długo, długo bezwiednie stawałam natychmiast w roli dziecka i nienawidziłam takich rodziców całą sobą. 
Dużo wody musiało upłynąć, żebym mogła spojrzeć ze współczuciem na oboje. 
 I choć nie ma we mnie zgody na przemoc wobec dzieci, nie widzę innej drogi niż wspieranie ich rodziców
Czego sama potrzebowałam, kiedy było mi za trudno, kiedy puszczały nerwy i zamieniałam się w mamę wrzeszczącą? 
Najbardziej chyba brakowało mi  świadomości, że nie muszę sobie radzić. Że jedna osoba to za mało. Że może mi się nie udawać i mogę prosić o pomoc. I ją przyjmować.
Jak mawiają mądrzy ludzie: "potrzebna cała wioska..."

PS. Cieszę się, że coraz częściej zdarza mi się reagować z łagodnością w takich wypadkach. O wiele gorzej czuję się, kiedy bezradna przechodzę obok.  Ale też pozwalam sobie milczeć, kiedy brak mi dystansu i zaczynam oceniać. Bo nie oceny są tam potrzebne.
Łagodność... 




poniedziałek, 19 września 2016

Arab i kowboj, czyli o agresji i zabawie.



Pamiętacie zabawy w wojnę? W dobrych nas i złych "Niemców" .. Pamiętacie jak każdy chciał być Jankiem Kosem, albo Marusią? 
Albo szalone indiańskie eskapady, skradanie się, wybieranie indiańskich imion... Nigdy nie chciałam być kowbojem, liczyli się tylko Indianie. I ich konie. Bo z jakiegoś powodu w tych walkach ludzi, szczególnie w czarno białych westernach z mojego dzieciństwa, to właśnie los koni poruszał mnie najbardziej. Płakałam, że giną na tych filmowych wojnach i przysięgałam sobie w sercu wielką zemstę.

Przeskoczmy kilkanaście lat... Rodzi mi się syn. Mam dumne postanowienie, że nie będzie miał zabawkowych pistoletów. Los płata mi jednak figla (czytaj: uczy) i moje wychuchane dzieciątko ledwo nauczyło się biegać, już strzela z palca, potem z patyka. Dziwimy się z jego tatą: skąd on to zna? nie ogląda bajek, ani w ogóle tv. 
Mijają lata, odkurzam w pokoju tegoż synka cały jego arsenał: łuki, pistolety, kusze, karabiny, ...wszelkiej maści. Zrobiłam im specjalne półki, tak, że są pięknie wyeksponowane. Za kieszonkowe syn kupuje sobie kolejne noże. Chce mieć ich całą kolekcję. 
Całą rodziną odwiedzamy strzelnicę. 
Okropny hałas, upewnia mnie, że to nie dla mnie, ale nie mam już pomysłu, żeby zabraniać tego dzieciakom, tym bardziej, że mój brat strzelał sportowo i widzę ile wkłada w to serca i wysiłku. 


Przy okazji brat uczy moje dzieci bezpiecznego obchodzenia się z bronią, i kiedy go odwiedzamy, konstruują wspólnie rożne armatki czy proce. Huku jest wtedy dużo. 



Uczę się więc.
Uczę się ufać, że nie zdarzy się wypadek. Uczę się cieszyć, że mają swoje - jakże różne od moich - zainteresowania i fajnie spędzają czas razem. 
Uczę się oddzielać zabawę i sport od przemocy.
A nawet agresję od przemocy.

Jesper Juul nazywa agresję nowoczesnym tabu.
I jest nim, widzę to, kiedy szukam dla mojego syna kolegów do przepychania, bicia, zapasów. To co w naszym dzieciństwie było normalną zabawą (sama też się tłukłam z koleżankami i kolegami!), dziś jest prawie niedopuszczalne. W najbliższej okolicy tylko jedna mama pozwala swojemu synowi bić się z moim. Przez całą bitwę obaj mają na twarzy wielkie banany:)
Widzę to też, kiedy rodzicom w klasie mojej córki nie podoba się, że przynosi do szkoły łuski. To jest groźne. Niebezpieczne. Złe. To nic, że całkowicie nieszkodliwe. W moim przekonaniu, każda taka sytuacja powinna być inspiracją do rozmowy z dziećmi. Zobacz, to łuska. Kiedy jest pełna - to nabój. Itd. Rzetelna informacja zamiast strachu i zakazu.
Psychologia nie od dziś wskazuje, że źródłem agresji jest ból, zapieczona krzywda i strach, również przed nieznanym, Innym..

No i teraz to co najważniejsze....
Wiecie w co się teraz bawią dzieci? 
W zabijanie Arabów. 

Chłopiec, lat 4:
- Zabiję go, zabiję! To Arab!
Ja:
- A kto to jest Arab?
- Morderca i złodziej.

Rzetelna informacja....

Właśnie patrzymy jak narasta kolejna wielka bomba. Składa się z niewiedzy, z niezrozumienia czym jest agresja, ta niezbędna nam do przetrwania i dobrego życia siła. I pozwalamy, by na naszych oczach wyrastał nowy Inny. Obcy i groźny. Wierzę, że nie udzielając tym ludziom pomocy, rzeczywiście możemy stworzyć sobie wrogów z części z nich. Wielki ból, którym nie będą mieli się z kim podzielić, może urodzić wielką agresję. Tak jak w czarnoskórych, przez lata upokorzenia, narodził się gniew. Tak jak w kobietach, traktowanych bez szacunku, odzywa się pogarda i wściekłość. 
Nie mam recepty. 
Mam moje seminaria. Także to o agresji, które czasem zdaje mi się jednym z najważniejszych w całym zestawie tematów od pana Juula... 
Mam mój dom, w którym Arab to nie to samo co terrorysta. Tak jak hitlerowiec nie był tym samym co Niemiec. 

Absolutnie nie winię dzieci za ich zabawy. Ich zabawa to tylko lustro dla naszego świata. Próba zrozumienia go i przyswojenia sobie jego reguł. Potrzebują jej, aby zintegrować rożne treści, aby je oswoić i zrozumieć. 
My za to, możemy się w tym lustrze przejrzeć. 


piątek, 16 września 2016

Ładowanie baterii

Jesper Juul zachęca rodziców do bycia autentycznymi, 
do porzucenia wszelkich ról. Do bycia w żywym, osobistym kontakcie z dziećmi, sobą, światem. To samo dotyczy chwil,
 kiedy "bak" robi się niepokojąco pusty, miga kontrolka, zaczynamy wpadać na manowce. Warto mieć swoje zaczarowane
 i wypróbowane sposoby na doładowanie baterii. Najlepiej działa przyroda, wiadomo:)
A w  mieście? Na mnie działa wizyta w galerii... dobra wystawa, 
a potem szperanie na półkach księgarni, dobra kawa...
Oczywiście, kiedy autentycznie dobrze się tam czuję, dzieci natychmiast się podłączają, 
i cała wycieczka staje się rodzinnym świętowaniem.

wtorek, 6 września 2016

Nie

 Przygotowuję się do jutrzejszego seminarium o "nie"
i znow wpadłam na filmik doskonały w temacie. 
Oglądajcie!

Tu jest film