piątek, 6 października 2017
Nadchodzące warsztaty - Warszawa
Hej!
Po pierwsze daję znać, że zbliża się kolejny warsztat o rozwoju seksualnym dzieci. Bardzo się na to cieszę! Im więcej swobody i oddechu, im więcej rzetelnej informacji i poczucia bezpieczeństwa, tym lepiej dla nas i naszych bliskich.
Tu link do wydarzenia na fb.
Jest to pierwszy z całej serii warsztatów i seminariów inspirujących, które będę prowadziła dwa razy w miesiącu, w czwartki popołudniu w Malinowie na Bródnie. (Dla tych co nie byli info: to jedna z przyjemniejszych sal zabaw dla dzieci, połączona z kawiarnią i salami warsztatowymi. Jest cudnie estetyczna i klimatyczna!)
I jeszcze info dla tych co z Pragi: w najbliższą sobotę 14 października jest szansa posłuchać o poczuciu własnej wartości wg Jespera Juula i Kasi Gałązki;) Przedpołudniowo tym razem, dla Kooperatywy Grochowskiej w magicznym miejscu na Paca!
Link tu:)
Obserwujcie sytuację, bo i na Paca będą kolejne wydarzenia:)
środa, 4 października 2017
Po co nam te warsztaty? Po co nam pan Juul i cała reszta?
Spotkałam kiedyś znajomą psycholożkę. Kupowałam akurat marchewkę, a ona przechodziła obok i wiecie, jak to przy marchewce, pogadałyśmy o życiu. Na koniec ona powiedziała coś, co mnie na dobrych kilka lat zbiło z tropu i zmusiło do myślenia. Powiedziała mianowicie tak: "Teraz wszystkie młode matki to z warsztatów na warsztaty biegają, ale po co? Przecież dzieci to trzeba po prostu kochać".
Obracałam to zdanie z prawej, obracałam z lewej, pod światło... i przykładałam do siebie i swoich koleżanek. Biegamy na warsztaty? Biegamy. Kochamy? Kochamy. A siwa głowa, którą szanuję i lubię, takie rzeczy mówi?!
Nie dawało mi to spokoju.
Ale teraz już wiem. Te warsztaty są ...dla mnie. Te, na które chodzę i te, które prowadzę. Dla mnie, bo je wybieram. Dla mnie, bo to mój czas. Bo spotykam innych ludzi i wymieniam się z nimi czymś prosto z serca.
Dla mnie, bo poznaję siebie coraz lepiej i lepiej, i ze sobą się coraz lepiej dogaduję. Godzę. Zaprzyjaźniam.
na tych warsztatach słucham i opowiadam Wam o relacji z dzieckiem i za każdym razem - ZA KAŻDYM RAZEM - zmienia się, rozwija, wzbogaca moja relacja z moim wewnętrznym dzieckiem.
Zmieniam się Ja.
I wtedy już nie muszę zastanawiać się jakich technik użyć, jakich słów, żeby rozwiązać kolejny konflikt w domu. Po prostu jestem, słucham, mieszczę w sobie uczucia dzieci. Albo nie mieszczę, ale nie winię innych.
Nic nie trzeba, wszystko można.
Potrzebny przykład?
Jako dziewczynka, mila i grzeczna, nie powinnam się zbytnio złościć. A ja się złoszczę. No i teraz mając 42 lata wreszcie uznałam w sobie ten kawałek i przeżywam różne złości, udzielając sobie wsparcia w ich przeżywaniu. Mówię głośno, wyrażam, tupię, wrzeszczę i płaczę ze złości, a nawet czasem mam ochotę kogoś zabić.
To jest kawałek mnie. Akceptuję siebie taką.
Długo tak nie było i w związku z tym trudno mi było towarzyszyć w złości mojemu synkowi. Poczułam różnicę, kiedy kilka dni temu przez godzinę opowiadał jakie formy tortur i śmierci należą się komuś, kto go zranił. Opowiadał i opowiadał, a ja słuchałam i zamiast go stopować, powstrzymywać, karcić, miałam w sobie zgodę na to wszystko.
Powiedziałam szczerze: "Wiesz, też się czasem tak czuję, czasem mam ochotę kogoś zamordować! Znam to."
I zrobiło się lekko, lżej, zwyczajnie. Ani ja, ani on nikogo nie mordujemy, ale tak długo jak próbujemy to niechciane uczucie upchnąć, schować, odciąć... tak długo ona rośnie, puchnie, uwiera... Wypuszczone na wolność, podzielone z kimś bliskim, kto da rade, rozpuszcza się, przemienia w coś innego, uwalnia.
Dlatego rzeczywiście, nie trzeba zmieniać dziecka.
Wystarczy godzić się na siebie, w całości, z każdym uczuciem jakie mamy i wtedy łatwiej nam będzie towarzyszyć innym ludziom, też dzieciom.
Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Najpierw siebie. Tę zazdrosną, tę płaczącą z byle powodu, tego roztrzepanego, tego co mu wszystko z rąk leci, tę łakomą i tego, co wszystkiego się boi.
Jak pogodzisz się ze sobą, łatwiej Ci będzie akceptować drugiego.
To dlatego nie mówię: "nie płacz, nie bój się, nie tup, tak nie wypada". To dlatego staram się zauważać i uznawać to, co dziecko czuje. To nie fanaberia.
Uznanie siebie i swoich uczuć takimi jakie są to pierwszy krok, baza, najlepsza jaką mogę mieć dla siebie i jaką mogę dać moim dzieciom. Baza niezaprzeczania prawdzie. Baza, którą rzadko mieliśmy my jako dzieci, więc teraz uczymy się tego na różnych warsztatach. Z miłości.
Obracałam to zdanie z prawej, obracałam z lewej, pod światło... i przykładałam do siebie i swoich koleżanek. Biegamy na warsztaty? Biegamy. Kochamy? Kochamy. A siwa głowa, którą szanuję i lubię, takie rzeczy mówi?!
Nie dawało mi to spokoju.
Ale teraz już wiem. Te warsztaty są ...dla mnie. Te, na które chodzę i te, które prowadzę. Dla mnie, bo je wybieram. Dla mnie, bo to mój czas. Bo spotykam innych ludzi i wymieniam się z nimi czymś prosto z serca.
Dla mnie, bo poznaję siebie coraz lepiej i lepiej, i ze sobą się coraz lepiej dogaduję. Godzę. Zaprzyjaźniam.
na tych warsztatach słucham i opowiadam Wam o relacji z dzieckiem i za każdym razem - ZA KAŻDYM RAZEM - zmienia się, rozwija, wzbogaca moja relacja z moim wewnętrznym dzieckiem.
Zmieniam się Ja.
I wtedy już nie muszę zastanawiać się jakich technik użyć, jakich słów, żeby rozwiązać kolejny konflikt w domu. Po prostu jestem, słucham, mieszczę w sobie uczucia dzieci. Albo nie mieszczę, ale nie winię innych.
Nic nie trzeba, wszystko można.
Potrzebny przykład?
Jako dziewczynka, mila i grzeczna, nie powinnam się zbytnio złościć. A ja się złoszczę. No i teraz mając 42 lata wreszcie uznałam w sobie ten kawałek i przeżywam różne złości, udzielając sobie wsparcia w ich przeżywaniu. Mówię głośno, wyrażam, tupię, wrzeszczę i płaczę ze złości, a nawet czasem mam ochotę kogoś zabić.
To jest kawałek mnie. Akceptuję siebie taką.
Długo tak nie było i w związku z tym trudno mi było towarzyszyć w złości mojemu synkowi. Poczułam różnicę, kiedy kilka dni temu przez godzinę opowiadał jakie formy tortur i śmierci należą się komuś, kto go zranił. Opowiadał i opowiadał, a ja słuchałam i zamiast go stopować, powstrzymywać, karcić, miałam w sobie zgodę na to wszystko.
Powiedziałam szczerze: "Wiesz, też się czasem tak czuję, czasem mam ochotę kogoś zamordować! Znam to."
I zrobiło się lekko, lżej, zwyczajnie. Ani ja, ani on nikogo nie mordujemy, ale tak długo jak próbujemy to niechciane uczucie upchnąć, schować, odciąć... tak długo ona rośnie, puchnie, uwiera... Wypuszczone na wolność, podzielone z kimś bliskim, kto da rade, rozpuszcza się, przemienia w coś innego, uwalnia.
Dlatego rzeczywiście, nie trzeba zmieniać dziecka.
Wystarczy godzić się na siebie, w całości, z każdym uczuciem jakie mamy i wtedy łatwiej nam będzie towarzyszyć innym ludziom, też dzieciom.
Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Najpierw siebie. Tę zazdrosną, tę płaczącą z byle powodu, tego roztrzepanego, tego co mu wszystko z rąk leci, tę łakomą i tego, co wszystkiego się boi.
Jak pogodzisz się ze sobą, łatwiej Ci będzie akceptować drugiego.
To dlatego nie mówię: "nie płacz, nie bój się, nie tup, tak nie wypada". To dlatego staram się zauważać i uznawać to, co dziecko czuje. To nie fanaberia.
Uznanie siebie i swoich uczuć takimi jakie są to pierwszy krok, baza, najlepsza jaką mogę mieć dla siebie i jaką mogę dać moim dzieciom. Baza niezaprzeczania prawdzie. Baza, którą rzadko mieliśmy my jako dzieci, więc teraz uczymy się tego na różnych warsztatach. Z miłości.
Etykiety:
emocje,
emocje dziecka,
łagodność,
macierzyństwo,
miłość,
naśladownictwo,
odpuszczanie,
poczucie winy,
relacja,
rodzicielstwo,
uczucia,
uważność,
warsztaty,
złość
poniedziałek, 18 września 2017
Warsztat "Mamo, a ty masz siusiaka?"
Te wakacje były mi bardzo potrzebne - również od pisania na blogu. Wypoczęłam, nasłoneczniłam się a teraz dałam się porwać w wir września. A jak u Was?
Z nową energią zaczynam rozglądać się gdzie poprowadzić seminaria inspirujące i pogadać o tym, co jeszcze szalonego i wspaniałego proponuje nam pan Juul:).
Ale zanim wrócę z Juulem, mam dla Was propozycję warsztatów o rozwoju seksualności u dzieci.
Hej Milanówku! Podkowo Leśna i okolice!
Już za tydzień w OKej Brwinów (świetny dojazd z Warszawy autostradą S8 albo wukadką) spotkamy się i pogadamy:)
TUTAJ LINK do wydarzenia na FB
Zapraszam!
Z nową energią zaczynam rozglądać się gdzie poprowadzić seminaria inspirujące i pogadać o tym, co jeszcze szalonego i wspaniałego proponuje nam pan Juul:).
Ale zanim wrócę z Juulem, mam dla Was propozycję warsztatów o rozwoju seksualności u dzieci.
Hej Milanówku! Podkowo Leśna i okolice!
Już za tydzień w OKej Brwinów (świetny dojazd z Warszawy autostradą S8 albo wukadką) spotkamy się i pogadamy:)
TUTAJ LINK do wydarzenia na FB
Zapraszam!
środa, 5 lipca 2017
Dzień Ojca
(tak, wiem, że jestem spóźniona)
Obiecałam sobie wpis na Dzień Ojca, ale pech chciał, że wypada on w okolicach końca roku - troje dzieci: trzy końce roku. Jedna matka. Dwie ręce. Dużo kwiatów. Koszul. Spodni. Sukienek. Łatwo policzyć, że nie mogło mnie tu być, a potem pozwoliłam sobie odparować, zacząć wakacje, zbliżyć się do rytmu slow, który tak lubię:)
Dzień Ojca.
Myślę o ojcach których znam. Na początku zawsze przychodzą mi do głowy ci nieobecni. Może po prostu zniknęli, zawinęli się i zaczęli nowe życie (nie da się, nikt im nie powiedział?), ale częściej można spotkać ich plecy. Odwróceni tyłem siedzą przy komputerach i Pracują. Pochylają się nad telefonem, chowają za gazetą, wyjeżdżają z ulgą w delegacje. Milczą. Nie mają zdania, Mają ważniejsze sprawy. Zbyt zranieni, żeby otworzyć serca. Zbyt wystraszeni, żeby być wzorem. Zbyt niedojrzali, żeby podjąć wysiłek.
Na szczęście zaraz przypominam sobie, że znam wielu, którzy starają się za wszelką cenę. Nie mieli ojca i oni chcą inaczej. Lepiej, gorzej, ale wytrwają, nie zrobią swojemu dziecku tego, co im zrobiono.
Albo po prostu mieli "dość dobrych ojców", żeby ojcostwo przychodziło im lekko. Zwyczajnie.
Pojawiają się ci wyjątkowi. Zabierający dzieci na samotne wyprawy, nie dlatego, że to wypada, ale dlatego, że chcą. Pamiętający jak ma na imię ulubiona przytulanka. Godni zaufania, tacy w których ramiona można wypłakać swój ból. I z którymi można się cieszyć jak stąd do księżyca i z powrotem.
Coraz częściej spotykam ojców samotnie wychowujących dzieci. Zaangażowanych. Rozdwajają się i szukają w sobie matki. Malują z córeczkami paznokcie na kolorowo-brokatowo, rano smażą placki jaglane, czytają książeczki, nie mają zbyt wiele czasu dla siebie.
Z roku na rok jest też coraz więcej ojców na warsztatach rodzicielskich.
Początkowo było tam pełno mam, teraz zdarza się sytuacja bardziej wyrównana.
Myślę o tych wszystkich ojcach i coraz chętniej po prostu wiem, że nic nie wiem. Nie jestem ojcem. Nie wiem jak być ojcem. Nie chcę nawet tego wiedzieć.
Myślę, że nie ma jednego wzoru ojca. Cokolwiek mężczyzna, który jest ojcem zrobi z zaangażowaniem i sercem, będzie takie jak ma być: ojcowskie, męskie.
Nie chcę się w to wtrącać, bo kiedy się wtrącam, to zaczyna być kobiece. Po mojemu.
To nie takie łatwe w świecie, gdzie kobiety zwykły wszystko brać na siebie i dźwigać. A mężczyźni znikać. Ale tak rozumiem swoje zadanie. Nie brać wszystkiego, nie wyręczać, oddzielać co moje, co nie moje.
Próbuję.
Nie wszystko rozumiem w świecie chłopaków.
Nie jestem chłopakiem.
Ja się z chłopakiem Spotykam.
Z okazji Dnia Ojca życzę Wam tatusiowie wiary w siebie.
Obiecałam sobie wpis na Dzień Ojca, ale pech chciał, że wypada on w okolicach końca roku - troje dzieci: trzy końce roku. Jedna matka. Dwie ręce. Dużo kwiatów. Koszul. Spodni. Sukienek. Łatwo policzyć, że nie mogło mnie tu być, a potem pozwoliłam sobie odparować, zacząć wakacje, zbliżyć się do rytmu slow, który tak lubię:)
Dzień Ojca.
Myślę o ojcach których znam. Na początku zawsze przychodzą mi do głowy ci nieobecni. Może po prostu zniknęli, zawinęli się i zaczęli nowe życie (nie da się, nikt im nie powiedział?), ale częściej można spotkać ich plecy. Odwróceni tyłem siedzą przy komputerach i Pracują. Pochylają się nad telefonem, chowają za gazetą, wyjeżdżają z ulgą w delegacje. Milczą. Nie mają zdania, Mają ważniejsze sprawy. Zbyt zranieni, żeby otworzyć serca. Zbyt wystraszeni, żeby być wzorem. Zbyt niedojrzali, żeby podjąć wysiłek.
Na szczęście zaraz przypominam sobie, że znam wielu, którzy starają się za wszelką cenę. Nie mieli ojca i oni chcą inaczej. Lepiej, gorzej, ale wytrwają, nie zrobią swojemu dziecku tego, co im zrobiono.
Albo po prostu mieli "dość dobrych ojców", żeby ojcostwo przychodziło im lekko. Zwyczajnie.
Pojawiają się ci wyjątkowi. Zabierający dzieci na samotne wyprawy, nie dlatego, że to wypada, ale dlatego, że chcą. Pamiętający jak ma na imię ulubiona przytulanka. Godni zaufania, tacy w których ramiona można wypłakać swój ból. I z którymi można się cieszyć jak stąd do księżyca i z powrotem.
Coraz częściej spotykam ojców samotnie wychowujących dzieci. Zaangażowanych. Rozdwajają się i szukają w sobie matki. Malują z córeczkami paznokcie na kolorowo-brokatowo, rano smażą placki jaglane, czytają książeczki, nie mają zbyt wiele czasu dla siebie.
Z roku na rok jest też coraz więcej ojców na warsztatach rodzicielskich.
Początkowo było tam pełno mam, teraz zdarza się sytuacja bardziej wyrównana.
Myślę o tych wszystkich ojcach i coraz chętniej po prostu wiem, że nic nie wiem. Nie jestem ojcem. Nie wiem jak być ojcem. Nie chcę nawet tego wiedzieć.
Myślę, że nie ma jednego wzoru ojca. Cokolwiek mężczyzna, który jest ojcem zrobi z zaangażowaniem i sercem, będzie takie jak ma być: ojcowskie, męskie.
Nie chcę się w to wtrącać, bo kiedy się wtrącam, to zaczyna być kobiece. Po mojemu.
To nie takie łatwe w świecie, gdzie kobiety zwykły wszystko brać na siebie i dźwigać. A mężczyźni znikać. Ale tak rozumiem swoje zadanie. Nie brać wszystkiego, nie wyręczać, oddzielać co moje, co nie moje.
Próbuję.
Nie wszystko rozumiem w świecie chłopaków.
Nie jestem chłopakiem.
Ja się z chłopakiem Spotykam.
Z okazji Dnia Ojca życzę Wam tatusiowie wiary w siebie.
czwartek, 1 czerwca 2017
sobota, 20 maja 2017
Matka.
Matką stałam się dokładnie 12 lat temu. To było w wynajmowanym, wtedy jeszcze z narzeczonym, mieszkaniu na Stalowej. Pojawiły się mityczne dwie kreski, a mój brzuch w magiczny sposób natychmiast stal się wielki, wypychałam go do przodu, nosiłam ciążowe sukienki i wymagałam od wszystkich pomocy w noszeniu siatek. Unosiłam się nad ziemią w zachwycie nad tą nagłą przemianą z kogoś pojedynczego w Matkę.
3 lata później, już w drugiej ciąży, robiłam remont mieszkania, malowałam sufity i dopiero pod koniec zorientowałam się, że trzeba zwolnić i czasem poleżeć.
Trzeciej ciąży nie pamiętam;)
Wraz z tą pierwszą, a potem kolejnymi ciążami, dołączyłam do wielkiej, chyba nie kończącej się grupy Winnych.
Początkowo jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale kiedy mój syn miał kłopoty z ssaniem piersi, winny był przecież rozmiar moich piersi! Kiedy córka ssała palec, każda jazda autobusem uświadamiała mi - ustami innych pasażerek-matek - że jeśli chce być dobrą matką, powinnam przywiązywać jej rączki z dala od buzi.
Kiedy odmawiałam szczepienia noworodka, chcąc odczekać kilka miesięcy, spotykałam się z TYM spojrzeniem: matka! Matka wariatka. Dla ojca, panie w przychodni zawsze były miłe, więc szybko nauczyłam się nim zasłaniać.
Kiedyś przyjechaliśmy z chorym dzieckiem na nocny dyżur i okazało się, że - o zgrozo! - nie wiem jaką dokładnie gorączkę ma nasze dziecko, usłyszałam: "co z Pani za matka!" Kiedy wszedł mąż, panie zrobiły się przemiłe.
No, co ze mnie za matka?
Matka, co chociaż nie pracuje, to czasem na obiad daje pizze z pudełka i przeważnie ma w domu bałagan. Matka, która znów nie poszła z dzieckiem na rehabilitacje, bo nie może wcisnąć jej nigdzie w kalendarz. Matka, co pozwala ssać palce i już odkłada na aparat na zęby. Matka, co przy każdym zakupie lodów w sklepie na rogu, zastanawia się, ile tam cukru i czemu nie robi sama w domu takich naturalnych, bez ulepszaczy... Winna.
Jestem winna.
Jeśli dziecko pyskuje, nie mówi dzień dobry mijanym staruszkom, jeśli nie radzi sobie w szkole, jeśli nie chodzi na karate, dodatkowy angielski i tenisa!... A nie daj boże któreś z dzieci ZA-CHO-RO-WA-ŁO... Jestem winna! (To choroba genetyczna, wypadek, bakterie? Nie ważne, na pewno TO JA zrobiłam coś nie tak!)
I nie jestem sama.
Jestem w doborowym towarzystwie, starających się ze wszystkich sił nie być w naszej grupie, ale z góry skazanych na niepowodzenie, pięknych, silnych i mądrych kobiet.
Są tu samotne matki, które utrzymują rodzinę i niewyobrażalnym wysiłkiem sprawdzają jeszcze wieczorem, czy synek ma spakowany do plecaka strój na wf. Niestety, zapomniały o nowej szczoteczce do zębów na fluoryzację...
Są kobiety robiące karierę, które - nie do pomyślenia - decydują się nie karmić piersią, żeby ich partner mógł przejąć nocną opiekę nad dzieckiem - suki!
Są też zwyczajne, lekko utyte od czasów ślubnej sukienki, matki kilkorga dzieci, które dawno nie były u fryzjera. I znów zapomniały, że dziś miała być dodatkowa lekcja plastyki. Brak farb, brak bloku! jak Pani myśli, ile razy inne dzieci mają pożyczać Pani dziecku klej?!
Są tu matki, które nie pojechały z dzieckiem na basen, nie odrobiły z nim lekcji, nie uczesały jak trzeba, nie zaszyły dziury w skarpetce...
Jest nas tu masa. Starych i młodych. A nasze dzieci biegają po świecie i bardzo się starają zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Dlaczego mama znów nie załapała żartu, czemu ma zaciśniętą szczękę, dlaczego pusto patrzy w okno, czemu trzęsą jej się plecy.
Nasze dzieci nie znają nikogo piękniejszego i bardziej zachwycającego.
Tęsknią za naszym zapachem, kiedy nie ma nas w domu.
Ze 100% zaangażowaniem - również języka - rysują nasze portrety na kolejnych i kolejnych laurkach.
Powtarzając (trochę przemądrzale) nasze słowa w dyskusjach na tematy, z których jeszcze nie wszystko rozumieją, wypróbowują bycie dorosłymi. Bycie dorosłym takim jak my.
Wierzą nam.
Ufają.
Uczą się od nas, z nas.
I odchodzą, żeby z łatwością obwinić nas o swoje kłopoty.
W końcu już my to zrobiłyśmy. Wystarczy się dołączyć.
3 lata później, już w drugiej ciąży, robiłam remont mieszkania, malowałam sufity i dopiero pod koniec zorientowałam się, że trzeba zwolnić i czasem poleżeć.
Trzeciej ciąży nie pamiętam;)
Wraz z tą pierwszą, a potem kolejnymi ciążami, dołączyłam do wielkiej, chyba nie kończącej się grupy Winnych.
Początkowo jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale kiedy mój syn miał kłopoty z ssaniem piersi, winny był przecież rozmiar moich piersi! Kiedy córka ssała palec, każda jazda autobusem uświadamiała mi - ustami innych pasażerek-matek - że jeśli chce być dobrą matką, powinnam przywiązywać jej rączki z dala od buzi.
Kiedy odmawiałam szczepienia noworodka, chcąc odczekać kilka miesięcy, spotykałam się z TYM spojrzeniem: matka! Matka wariatka. Dla ojca, panie w przychodni zawsze były miłe, więc szybko nauczyłam się nim zasłaniać.
Kiedyś przyjechaliśmy z chorym dzieckiem na nocny dyżur i okazało się, że - o zgrozo! - nie wiem jaką dokładnie gorączkę ma nasze dziecko, usłyszałam: "co z Pani za matka!" Kiedy wszedł mąż, panie zrobiły się przemiłe.
No, co ze mnie za matka?
Matka, co chociaż nie pracuje, to czasem na obiad daje pizze z pudełka i przeważnie ma w domu bałagan. Matka, która znów nie poszła z dzieckiem na rehabilitacje, bo nie może wcisnąć jej nigdzie w kalendarz. Matka, co pozwala ssać palce i już odkłada na aparat na zęby. Matka, co przy każdym zakupie lodów w sklepie na rogu, zastanawia się, ile tam cukru i czemu nie robi sama w domu takich naturalnych, bez ulepszaczy... Winna.
Jestem winna.
Jeśli dziecko pyskuje, nie mówi dzień dobry mijanym staruszkom, jeśli nie radzi sobie w szkole, jeśli nie chodzi na karate, dodatkowy angielski i tenisa!... A nie daj boże któreś z dzieci ZA-CHO-RO-WA-ŁO... Jestem winna! (To choroba genetyczna, wypadek, bakterie? Nie ważne, na pewno TO JA zrobiłam coś nie tak!)
I nie jestem sama.
Jestem w doborowym towarzystwie, starających się ze wszystkich sił nie być w naszej grupie, ale z góry skazanych na niepowodzenie, pięknych, silnych i mądrych kobiet.
Są tu samotne matki, które utrzymują rodzinę i niewyobrażalnym wysiłkiem sprawdzają jeszcze wieczorem, czy synek ma spakowany do plecaka strój na wf. Niestety, zapomniały o nowej szczoteczce do zębów na fluoryzację...
Są kobiety robiące karierę, które - nie do pomyślenia - decydują się nie karmić piersią, żeby ich partner mógł przejąć nocną opiekę nad dzieckiem - suki!
Są też zwyczajne, lekko utyte od czasów ślubnej sukienki, matki kilkorga dzieci, które dawno nie były u fryzjera. I znów zapomniały, że dziś miała być dodatkowa lekcja plastyki. Brak farb, brak bloku! jak Pani myśli, ile razy inne dzieci mają pożyczać Pani dziecku klej?!
Są tu matki, które nie pojechały z dzieckiem na basen, nie odrobiły z nim lekcji, nie uczesały jak trzeba, nie zaszyły dziury w skarpetce...
Jest nas tu masa. Starych i młodych. A nasze dzieci biegają po świecie i bardzo się starają zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Dlaczego mama znów nie załapała żartu, czemu ma zaciśniętą szczękę, dlaczego pusto patrzy w okno, czemu trzęsą jej się plecy.
Nasze dzieci nie znają nikogo piękniejszego i bardziej zachwycającego.
Tęsknią za naszym zapachem, kiedy nie ma nas w domu.
Ze 100% zaangażowaniem - również języka - rysują nasze portrety na kolejnych i kolejnych laurkach.
Powtarzając (trochę przemądrzale) nasze słowa w dyskusjach na tematy, z których jeszcze nie wszystko rozumieją, wypróbowują bycie dorosłymi. Bycie dorosłym takim jak my.
Wierzą nam.
Ufają.
Uczą się od nas, z nas.
I odchodzą, żeby z łatwością obwinić nas o swoje kłopoty.
W końcu już my to zrobiłyśmy. Wystarczy się dołączyć.
Etykiety:
bez oceniania,
codzienność,
dojrzewanie,
emocje,
matka,
miłość,
naśladownictwo,
odpoczynek,
odpuszczanie,
poczucie winy,
przemoc,
tabu,
uczucia,
wolność
Dziecko nago na plaży?
Kiedy zaczynałam pisać ten artykuł dla serwisu dziecisąważne, wydawał mi się zbędny. W czym rzecz?
Dzieci biegały i biegają nago po plaży i już. Ale im głębiej
wychodziłam w temat, im więcej osób pytałam, tym mocniej uświadamiałam
sobie, że istnieją różnice i kontrowersje.
Ten temat dotyka w nas wrażliwych miejsc: seksualności, wyznawanych wartości, przekonań, poczucia własnej wartości... Dużo na raz i w dodatku często nasze uparte przekonania utrudniają nam inne spojrzenie. Ciekawa jestem Waszych głosów. Zapraszam do lektury:)
Ten temat dotyka w nas wrażliwych miejsc: seksualności, wyznawanych wartości, przekonań, poczucia własnej wartości... Dużo na raz i w dodatku często nasze uparte przekonania utrudniają nam inne spojrzenie. Ciekawa jestem Waszych głosów. Zapraszam do lektury:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

