Przynależność.
Przynależę do grupy dzieci, które nie cierpiały być w przedszkolu.
Przynależę do dzieci, które rozmawiały z wiatrem.
Przynależę do tych, co w liceum czytali poezję i nosili dziwne ubrania.
Przynależę do wąskiej grupy, która płacze, kiedy mówi o czymś ważnym dla siebie. (To bardzo utrudnia wizyty na poczcie i proszenie o podwyżkę).
Przynależę do tych, co sercem zawsze stają po stronie najsłabszego. W filmach to byli Indianie, a czasem konie, bo niezależnie od tego kto wygrał bitwę, one ginęły i nie mogłam z tym żyć.
Przynależę do tych, których przerasta presja. Pod presją wybór skarpetek zaczyna mnie przerastać.
Przynależę do tych, którzy nie przyjdą na imprezę, bo ta rok temu kosztowała ich tak dużo, że jeszcze się zbierają. Wolę umówić się w cztery oczy.
Przynależę do tych co nie cierpią niespodzianek.
Przynależę do tych, którzy widząc zmarszczkę na czole nauczyciela zapominali całą swoją wiedzę - kiedyś dostałam za to wpisane do dziennika zero.
Przynależę do tych, których w szkole męczyły bardzo dobre oceny, bo zaczynali się bać, że gorszą oceną zawiodą innych. Ten lęk był paraliżujący.
Przynależę do tych, którzy nie mogą znieść płaczu dziecka, bo tak z nim empatyzują, że ich boli. Z płaczącymi dorosłymi zresztą też.
Przynależę do tych, którzy mocno czują. Widzę smutek, który ktoś chce ukryć. Złość, o której sam jeszcze nie wie. Wyczuwam napięcie.
Przynależę.
Do 20% ludzkości nazwanej przez Elaine Aron "wysoko wrażliwymi".
Przynależę do normy.
Pierwszy raz odkąd pamiętam.
Nie jestem dziwna. Odmienna. Stuknięta.
A kiedyś tak się czułam. Podejrzana. Zwykle na marginesie grupy, albo poza nią.
Dziś widzę siłę i sens w tym, że tak długo tam byłam. To uczy zadawania pytań, kwestionowania prostej ścieżki. Uczy myślenia i nazywania rzeczy po imieniu.
Dziś mam już swoje stado, swoich bliskich, swoją grupę. Potrafię przynależeć i być - zachować siebie - jednocześnie.
Kiedyś myślałam, że nigdzie nie pasuję. I myślałam, że to moja wina.
Że muszę się bardziej postarać, zagryźć zęby, ukryć łzy i zmienić. Coś. Cokolwiek. Najlepiej siebie.
Tego się nie da zmienić.
To ja.
Taka się urodziłam, takie geny dostałam w spadku, taki świat napotkałam.
Mogę poznać siebie.
Mogę krok po kroku, kawałek po kawałku zaopiekować się sobą. Ułatwić sobie życie.
Mogę zdecydować. Prosić o pomoc i wsparcie tam gdzie mi trudno.
Schować się i złapać oddech, kiedy to konieczne. Nawet częściej niż wypada.
Mogę coraz lepiej obsługiwać swoją wysoko-wrażliwość, nie przystającą do świata hałasów, tłoku, presji. Mogę dać sobie więcej czasu.
Mogę uznać siebie.
Mój talent rozkwita tam, gdzie jest przestrzeń i wsparcie.
I tylko tam.
Poza tym miejscem mogę tylko próbować przetrwać. Umiem przetrwać, ale to za mało.
Chcę poznawać siebie dalej, rozwijać się, rosnąć. Wypełniać się światłem.
Wysoko Wrażliwe Dziecko staje się Wysoko Wrażliwym Dorosłym.
Juul mówi, że wiedza, wiedza kim jesteśmy i akceptacja tego są podstawami poczucia własnej wartości.
Dokładnie to poczułam po przeczytaniu książki Elaine Aron. Ucichła we mnie jakaś burza.
Właściwy puzzel wskoczył na swoje miejsce.
Wokół widzę dużo wysoko wrażliwych - dzieci i dorosłych.
Czasem rozpoznajemy się w jednym spojrzeniu.
Jeśli podejrzewasz, że jesteś takim dorosłym, witaj:)
Jeśli podejrzewasz, że Twoje dziecko jest wysoko wrażliwe, nie panikuj;)
Potrzebujesz odrobiny ciekawości jaki jest jego świat, odrobiny otwartości, morza cierpliwości i poczucia humoru. Potrzebujesz wsparcia, kiedy cierpliwości już brakuje i zaufania, że wszystko będzie ok.
Choć nie zawsze spełnicie swoje wzajemne oczekiwania, a już na pewno nie oczekiwania świata.
I choć świat będzie Wam wmawiał, że tak się nie da, że wrażliwość nie jest wartością.
Jest.
Tak jak i różnorodność jest wartością.
Świat bardzo potrzebuje również tych talentów związanych z wrażliwością. Artystów, terapeutów, filozofów dnia codziennego:)
I wielu wielu innych.
W przedszkolu mojego synka, mądra, doświadczona opiekunka, pozwoliła dziewczynce (która potrafiła mówić, ale w grupie miała z tym kłopot) nie mówić. Nie ciągnęła, nie zmuszała. Czekała. Rok. I drugi. Aż ta zaczęła i każdy dzień zaczynały od przytulenia.
Trawa nie rośnie szybciej, kiedy ją ciągniemy, prawda?
A wysoko wrażliwe dzieci nie stają się śmielsze i mniej wrażliwe na bodźce, kiedy je do tego zmuszamy.
Wprost przeciwnie.
Potrzebują bezpieczeństwa i wsparcia. Potrzebują, żebyście w nie wierzyli, czasem chronili przed światem, dawali im czas, dużo czasu. I jeszcze raz zaufanie. I jeszcze raz czas.
Akceptacja jest bezcenna.
Jak każdy, wysoko wrażliwe dzieci, potrzebują być zobaczeni i przyjęci tacy jacy są. One, może potrzebują tego tylko trochę bardziej.
I kiedyś, zapewne dużo później niż byśmy chcieli, zrobią ten krok. Spróbują nowej potrawy, pobawią się z innymi dziećmi, powiedzą same z siebie głośno "cześć".
PS. Wysoko wrażliwe dzieci są bardzo różne. Nie tylko "nieśmiałe". Czasem wręcz agresywne. Nie tylko malują. Czasem chcą być kierowcą ciężarówki.
Zachęcam Was do czytania książki Elaine Aron:)
No i jest:)
Obiecana kooosmiczna niespodzianka - w ramach współpracy z świetną grupą kobiet, które stworzyły magazyn Kosmos dla dziewczynek, napisałam o dzieleniu się (a także mówieniu dzień dobry itp) - sprawa o tyle ważna, że codzienna. Zapraszam do czytania artykułu, wspierania pisma i oczywiście - to już z dziećmi - czytania Kosmosu.
LINK TUTAJ :)
Dobre wieści:)
9 marca (w moje imieniny!) będę współprowadzić z Agnieszką Stein warsztat o seksualności dzieci i młodzieży.
Jeśli nie znacie Bliskiego Miejsca w Warszawie, to warto poznać - ciekawe warsztaty, wygodne kanapy, pyszne jedzenie i dobra energia. No i ludzie:)
Zapraszam!
Link TUTAJ.
Na blogu cisza. Ale nie dajcie się zwieść, pióro aż trzeszczy, piszę dla Was cały czas, tylko, że trzeba chwilę poczekać na efekt, bo szykuję niespodziankę... Koooosmiczną niespodziankę. Nadstawiajcie uszu:)
Całkowite skupienie. Zanurzenie w chwili i wykonywanej czynności. Gotujemy zupę z liści.
Trochę zimno na dworze, ale co tam. Umarły liść, igły, kamienie, zasuszone maliny zerwane z krzaka. Gotowałyśmy te zupy już kilka dni temu a ja dokładnie pamiętam, co wybrałyśmy. Jaka była atmosfera. Pamiętam radość i ekscytację Danusi. Własną przyjemność: aż łaskotała mnie w środku.
Dużo myślę ostatnio nad procesem nauki i nad tym na jakich jakościach mi zależy. Nie pasują do świata i do systemu edukacji. Nie są popularne.
Przyglądam się im.
Brak kar i nagród. W czasie rozmów wiele osób pyta: ale jak to jest tak bez kar... I bez nagród... Sama często się nad tym zastanawiam. Przechodzę chwile złości, zwątpienia.
Wtedy myślę sobie, że tradycyjny model wychowawczy nie
gwarantuje sukcesu. I nasz też nie. Bo nie o sukces w nim chodzi. A o
relację.
Czas. Chcę mieć czas. Chcę czuć i zapamiętywać te chwile. Nie zgadzam się, żeby przelatywały mi przez palce kolejne dni z życia moich dzieci. Z mojego życia. Innego nie będzie, więc jeśli jestem z nimi, to zanurzam się w gotowaniu iglastej zupy.
Lenistwo. To chyba nie jest dobre słowo, ale je lubię. Pozwalanie, by czas zwalniał. Żeby były dni, kiedy chodzimy w pidżamie do południa. Bezwzględnie, tracąc czas, najczęściej go zyskuję.
Krok w tył. Nie poganiam dzieci w bezsensownym kierunku.
Przyglądam się kim są i wspieram w ich drodze. Kto co lubi? Kto czego potrzebuje teraz bardziej? Nie zawsze wybiorę dobrze, mam zgodę na to, że zawsze czegoś będzie brak. To nasza odpowiedzialność - dorosłych. Nasz wybór. Czasem wybieram, żeby być, czasem żeby mieć, czasem pędzić, czasem stracić trochę czasu grzebiąc patykiem w kałuży. Moje wybory wpływają na dzieci. Tak już jest. Czasem mam wrażenie, że świat chce od nas, żebyśmy byli wszystkim na raz - długonogą blondynką odnoszącą sukcesy zawodowe z trójką dzieci na rękach i wakacjami na Teneryfie. Zdecydowaną i pewną, ale łagodną i ciepłą. Bez potrzeby odpoczynku i pomocy. Niespodzianka: czasem trzeba wybrać i kolor włosów, i styl życia. Nie będę i lekarzem i szewcem i terapeutą - po to żyjemy wśród ludzi, żeby się uzupełniać.
Odwaga. No bo wszyscy robią tak. A my inaczej. I to kosztuje. Np. nie posyłamy dzieci na dodatkowy angielski dwa razy w tygodniu. I nie chodzi o to, że ten angielski jest zły, ale skoro one spróbowały i go nie chcą, to się nie upieramy. Odwagi wymaga cenienie wyżej ich czasu spędzonego z innymi dziećmi, na zabawie, na nic nie robieniu. Przyglądam się swoim lękom. Nie uciekam i nie mówię, że ich nie mam. Świat pędzi - może wie dokąd, a ja zostaję w tyle? Czasem się mylę. Czasem nie mam dość siły. Odpuszczam za szybko. A jednak. Nie chcę, żeby kiedyś znali 5 języków, poza własnym. Wewnętrznym, osobistym.
Brak oceniania. Brak oceniania też siebie...
Czuję to całą sobą - próbuję czegoś nowego. Próbuję i nie zawsze się udaje. To droga, decyzja, proces. Nie plan do realizacji z gwarancją wyniku.
Prowadząc seminaria, mówiąc o familylabowym modelu wychowania, a raczej właśnie towarzyszeniu dzieciom - jest przecież nawet tytuł książki Juula "Zamiast wychowania" - mam świadomość, ze to trudna droga.
Droga, na której szybko się rozbija, jeśli się przyśnie.
Bo ta droga wymaga pełnego zaangażowania.
Pytacie jak jest, bez nagród i kar. Co jest zamiast. Dla mnie zamiast jest właśnie zaangażowanie. We własne życie, w relacje, w to co robię.
Jakość tego zaangażowania.
Przykład prosto z brzegu.
Siedzimy wszyscy, całą rodziną przy ekranach - tablety, telefony, komputer. Przyjemny szum.
Jeśli chcemy to przerwać mamy dwie dostępne drogi. Pierwsza to rozkazy, nakazy, odwoływanie się do umowy. Czasem tak robimy.
Jest też druga, którą lubię bardziej.
Zaglądam w siebie.
Sprawdzam jak się mam. Jeśli czuję całą sobą, że nie mam nic do dania, że chcę jeszcze stracić trochę czasu na fb... tracę. I im pozwalam.
Kiedy zaś na prawdę chcę, żeby odłożyli ekrany - szukam w sobie odpowiedzi na pytanie: na co teraz mam siłę i chęć?
I ruszam.
Ostatnio było tak, że rozłożyłam klocki na podłodze i zaczęłam budować. Ponieważ w moim działaniu była frajda i zaangażowanie po kilku minutach dołączyli. Nie musiałam nic mówić, nawoływać.
Ważne, żeby w działaniu było zaangażowanie, nasza obecność.
dzieci (i nie tylko dzieci!) prawie zawsze wolą robić coś fajnego z kimś bliskim, niż patrzeć w ekran!
Uczę się nie wymagać od dzieci czegoś, czego sama nie potrafię.
Uczę się być bardziej. bardziej w kontakcie ze sobą i innymi. Nie naginać siebie. Nie przekraczać innych. Angażować się.
Cytat na zdjęciu pochodzi z książki "Jaka piękna iluzja", Justyny Dąbrowskiej i Magdaleny Tulli. Polecam ją bardzo:)
Dziś trochę inaczej i trochę o marzeniach.
Od kilku tygodni tworzę w głowie moją mapę marzeń i nieodmiennie jest na niej więcej przestrzeni. Nie tylko tej fizycznej, ale i emocjonalnej. Każdej.
Potrzebuje nabrać w płuca powietrza i czuć, że nikt nie decyduje za mnie czy robię to dobrze czy źle.
I nasze dzieci.
Patrzę w około i widzę jak coraz mniej tej przestrzeni mamy, szczególnie w miastach. Jestem szczęściarą, mamy ogród. (Mniejszy niż na zdjęciach, niestety.)
Możemy wyjść przed dom i pochodzić po trawie.
Cóż, że ze względu na smog, nie powinniśmy...
Patrzę na dzieci, jak nie chcą iść do szkoły. I nie umiem się z nimi nie zgodzić: siedzenie przez wiele godzin w ławce, strach, zawstydzenie, nienaturalny rytm, przymus.
Dziwny świat stworzyliśmy.
Odwracamy naturalne rytmy, zaprzęgamy swoje ciała do pracy ponad miarę w niezdrowym środowisku. Uczymy nasze dzieci by robiły podobnie.
Przyglądam się sobie. Porządkuję to, co wiem. Czekam na sygnał.
Bo to jedyne życie jakie mam.
Na jaką zmianę się odważę?
Czy warto być radykalną?
Czego się boję?
Czy zawszę muszę pod prąd?
Szukam miejsca dla mnie, w równowadze.
W zgodzie ze sobą, z przyrodą.
W zgodzie z prostymi prawdami.
Moje najważniejsze na dziś myśli....
Ciało potrzebuje ruchu.
Relacje są ważne jak powietrze.
Potrzebujemy zarówno wolności jak i przynależności.
Nie mam zgody na przemoc.
Dzieci uczą się przez naśladownictwo.
Lepiej wspierać i dodawać otuchy niż karać i zawstydzać.
Bo dziecko to nie potencjalny zły, którego trzeba popędzać bacikiem i zachęcać do dobrego marchewką. To człowiek, który rozumiany i wspierany, daje z siebie co najlepsze.
Siedzenie x godzin w ławce niszczy zdrowie. Po skończeniu szkoły, dzieci nadają się na fizjoterapię - wszyscy to wiedzą, ale nic się nie zmienia. Itd, itd.
Wybieram jak potrafię najlepiej w tym środowisku w którym żyję.
I codziennie się zastanawiam: czy to wystarczy?