wtorek, 16 stycznia 2018
Zamiast kar, nagród i ekranów, czyli o zaangażowaniu.
Całkowite skupienie. Zanurzenie w chwili i wykonywanej czynności. Gotujemy zupę z liści.
Trochę zimno na dworze, ale co tam. Umarły liść, igły, kamienie, zasuszone maliny zerwane z krzaka. Gotowałyśmy te zupy już kilka dni temu a ja dokładnie pamiętam, co wybrałyśmy. Jaka była atmosfera. Pamiętam radość i ekscytację Danusi. Własną przyjemność: aż łaskotała mnie w środku.
Dużo myślę ostatnio nad procesem nauki i nad tym na jakich jakościach mi zależy. Nie pasują do świata i do systemu edukacji. Nie są popularne.
Przyglądam się im.
Brak kar i nagród. W czasie rozmów wiele osób pyta: ale jak to jest tak bez kar... I bez nagród... Sama często się nad tym zastanawiam. Przechodzę chwile złości, zwątpienia.
Wtedy myślę sobie, że tradycyjny model wychowawczy nie gwarantuje sukcesu. I nasz też nie. Bo nie o sukces w nim chodzi. A o relację.
Czas. Chcę mieć czas. Chcę czuć i zapamiętywać te chwile. Nie zgadzam się, żeby przelatywały mi przez palce kolejne dni z życia moich dzieci. Z mojego życia. Innego nie będzie, więc jeśli jestem z nimi, to zanurzam się w gotowaniu iglastej zupy.
Lenistwo. To chyba nie jest dobre słowo, ale je lubię. Pozwalanie, by czas zwalniał. Żeby były dni, kiedy chodzimy w pidżamie do południa. Bezwzględnie, tracąc czas, najczęściej go zyskuję.
Krok w tył. Nie poganiam dzieci w bezsensownym kierunku.
Przyglądam się kim są i wspieram w ich drodze. Kto co lubi? Kto czego potrzebuje teraz bardziej? Nie zawsze wybiorę dobrze, mam zgodę na to, że zawsze czegoś będzie brak. To nasza odpowiedzialność - dorosłych. Nasz wybór. Czasem wybieram, żeby być, czasem żeby mieć, czasem pędzić, czasem stracić trochę czasu grzebiąc patykiem w kałuży. Moje wybory wpływają na dzieci. Tak już jest. Czasem mam wrażenie, że świat chce od nas, żebyśmy byli wszystkim na raz - długonogą blondynką odnoszącą sukcesy zawodowe z trójką dzieci na rękach i wakacjami na Teneryfie. Zdecydowaną i pewną, ale łagodną i ciepłą. Bez potrzeby odpoczynku i pomocy. Niespodzianka: czasem trzeba wybrać i kolor włosów, i styl życia. Nie będę i lekarzem i szewcem i terapeutą - po to żyjemy wśród ludzi, żeby się uzupełniać.
Odwaga. No bo wszyscy robią tak. A my inaczej. I to kosztuje. Np. nie posyłamy dzieci na dodatkowy angielski dwa razy w tygodniu. I nie chodzi o to, że ten angielski jest zły, ale skoro one spróbowały i go nie chcą, to się nie upieramy. Odwagi wymaga cenienie wyżej ich czasu spędzonego z innymi dziećmi, na zabawie, na nic nie robieniu. Przyglądam się swoim lękom. Nie uciekam i nie mówię, że ich nie mam. Świat pędzi - może wie dokąd, a ja zostaję w tyle? Czasem się mylę. Czasem nie mam dość siły. Odpuszczam za szybko. A jednak. Nie chcę, żeby kiedyś znali 5 języków, poza własnym. Wewnętrznym, osobistym.
Brak oceniania. Brak oceniania też siebie...
Czuję to całą sobą - próbuję czegoś nowego. Próbuję i nie zawsze się udaje. To droga, decyzja, proces. Nie plan do realizacji z gwarancją wyniku.
Prowadząc seminaria, mówiąc o familylabowym modelu wychowania, a raczej właśnie towarzyszeniu dzieciom - jest przecież nawet tytuł książki Juula "Zamiast wychowania" - mam świadomość, ze to trudna droga.
Droga, na której szybko się rozbija, jeśli się przyśnie.
Bo ta droga wymaga pełnego zaangażowania.
Pytacie jak jest, bez nagród i kar. Co jest zamiast. Dla mnie zamiast jest właśnie zaangażowanie. We własne życie, w relacje, w to co robię.
Jakość tego zaangażowania.
Przykład prosto z brzegu.
Siedzimy wszyscy, całą rodziną przy ekranach - tablety, telefony, komputer. Przyjemny szum.
Jeśli chcemy to przerwać mamy dwie dostępne drogi. Pierwsza to rozkazy, nakazy, odwoływanie się do umowy. Czasem tak robimy.
Jest też druga, którą lubię bardziej.
Zaglądam w siebie.
Sprawdzam jak się mam. Jeśli czuję całą sobą, że nie mam nic do dania, że chcę jeszcze stracić trochę czasu na fb... tracę. I im pozwalam.
Kiedy zaś na prawdę chcę, żeby odłożyli ekrany - szukam w sobie odpowiedzi na pytanie: na co teraz mam siłę i chęć?
I ruszam.
Ostatnio było tak, że rozłożyłam klocki na podłodze i zaczęłam budować. Ponieważ w moim działaniu była frajda i zaangażowanie po kilku minutach dołączyli. Nie musiałam nic mówić, nawoływać.
Ważne, żeby w działaniu było zaangażowanie, nasza obecność.
dzieci (i nie tylko dzieci!) prawie zawsze wolą robić coś fajnego z kimś bliskim, niż patrzeć w ekran!
Uczę się nie wymagać od dzieci czegoś, czego sama nie potrafię.
Uczę się być bardziej. bardziej w kontakcie ze sobą i innymi. Nie naginać siebie. Nie przekraczać innych. Angażować się.
Cytat na zdjęciu pochodzi z książki "Jaka piękna iluzja", Justyny Dąbrowskiej i Magdaleny Tulli. Polecam ją bardzo:)
piątek, 12 stycznia 2018
Marzenia i tęsknoty.
Dziś trochę inaczej i trochę o marzeniach.
Od kilku tygodni tworzę w głowie moją mapę marzeń i nieodmiennie jest na niej więcej przestrzeni. Nie tylko tej fizycznej, ale i emocjonalnej. Każdej.
Potrzebuje nabrać w płuca powietrza i czuć, że nikt nie decyduje za mnie czy robię to dobrze czy źle.
I nasze dzieci.
Patrzę w około i widzę jak coraz mniej tej przestrzeni mamy, szczególnie w miastach. Jestem szczęściarą, mamy ogród. (Mniejszy niż na zdjęciach, niestety.)
Możemy wyjść przed dom i pochodzić po trawie.
Cóż, że ze względu na smog, nie powinniśmy...
Patrzę na dzieci, jak nie chcą iść do szkoły. I nie umiem się z nimi nie zgodzić: siedzenie przez wiele godzin w ławce, strach, zawstydzenie, nienaturalny rytm, przymus.
Dziwny świat stworzyliśmy.
Odwracamy naturalne rytmy, zaprzęgamy swoje ciała do pracy ponad miarę w niezdrowym środowisku. Uczymy nasze dzieci by robiły podobnie.
Przyglądam się sobie. Porządkuję to, co wiem. Czekam na sygnał.
Bo to jedyne życie jakie mam.
Na jaką zmianę się odważę?
Czy warto być radykalną?
Czego się boję?
Czy zawszę muszę pod prąd?
Szukam miejsca dla mnie, w równowadze.
W zgodzie ze sobą, z przyrodą.
W zgodzie z prostymi prawdami.
Moje najważniejsze na dziś myśli....
Ciało potrzebuje ruchu.
Relacje są ważne jak powietrze.
Potrzebujemy zarówno wolności jak i przynależności.
Nie mam zgody na przemoc.
Dzieci uczą się przez naśladownictwo.
Lepiej wspierać i dodawać otuchy niż karać i zawstydzać.
Bo dziecko to nie potencjalny zły, którego trzeba popędzać bacikiem i zachęcać do dobrego marchewką. To człowiek, który rozumiany i wspierany, daje z siebie co najlepsze.
Siedzenie x godzin w ławce niszczy zdrowie. Po skończeniu szkoły, dzieci nadają się na fizjoterapię - wszyscy to wiedzą, ale nic się nie zmienia. Itd, itd.
Wybieram jak potrafię najlepiej w tym środowisku w którym żyję.
I codziennie się zastanawiam: czy to wystarczy?
Od kilku tygodni tworzę w głowie moją mapę marzeń i nieodmiennie jest na niej więcej przestrzeni. Nie tylko tej fizycznej, ale i emocjonalnej. Każdej.
Potrzebuje nabrać w płuca powietrza i czuć, że nikt nie decyduje za mnie czy robię to dobrze czy źle.
I nasze dzieci.
Patrzę w około i widzę jak coraz mniej tej przestrzeni mamy, szczególnie w miastach. Jestem szczęściarą, mamy ogród. (Mniejszy niż na zdjęciach, niestety.)
Możemy wyjść przed dom i pochodzić po trawie.
Cóż, że ze względu na smog, nie powinniśmy...
Patrzę na dzieci, jak nie chcą iść do szkoły. I nie umiem się z nimi nie zgodzić: siedzenie przez wiele godzin w ławce, strach, zawstydzenie, nienaturalny rytm, przymus.
Dziwny świat stworzyliśmy.
Odwracamy naturalne rytmy, zaprzęgamy swoje ciała do pracy ponad miarę w niezdrowym środowisku. Uczymy nasze dzieci by robiły podobnie.
Przyglądam się sobie. Porządkuję to, co wiem. Czekam na sygnał.
Bo to jedyne życie jakie mam.
Na jaką zmianę się odważę?
Czy warto być radykalną?
Czego się boję?
Czy zawszę muszę pod prąd?
Szukam miejsca dla mnie, w równowadze.
W zgodzie ze sobą, z przyrodą.
W zgodzie z prostymi prawdami.
Ciało potrzebuje ruchu.
Relacje są ważne jak powietrze.
Potrzebujemy zarówno wolności jak i przynależności.
Nie mam zgody na przemoc.
Dzieci uczą się przez naśladownictwo.
Lepiej wspierać i dodawać otuchy niż karać i zawstydzać.
Bo dziecko to nie potencjalny zły, którego trzeba popędzać bacikiem i zachęcać do dobrego marchewką. To człowiek, który rozumiany i wspierany, daje z siebie co najlepsze.
Siedzenie x godzin w ławce niszczy zdrowie. Po skończeniu szkoły, dzieci nadają się na fizjoterapię - wszyscy to wiedzą, ale nic się nie zmienia. Itd, itd.
Wybieram jak potrafię najlepiej w tym środowisku w którym żyję.
I codziennie się zastanawiam: czy to wystarczy?
Etykiety:
autentyczność,
codzienność,
łagodność,
relacje,
wolność,
wsparcie,
zabawa,
zmiana
wtorek, 9 stycznia 2018
Seksualność. Polecam wystąpienie Ted Sue Jaye Johnson.
Polecam Wam ważne wystąpienie, dotyczące seksualności.
To o czym mówi Sue Jaye Johnson oddaje to, co czuję na ten temat i co staram się przekazać innym rodzicom na warsztatach.
Seksualność nie jest czymś osobnym, tematem, który możemy wykroić z naszego życia i omawiać lub omijać. Jest jego integralną częścią i przejawia się w naszej codzienności.
Wiele zależy nie tylko od naszych rozmów z dziećmi, ale i od tego na ile sami zmysłowo odbieramy świat, na ile im na to pozwalamy. Z jaką uważnością wsłuchujemy się w swoje potrzeby i potrzeby własnego ciała.
Ważne są właśnie takie drobiazgi jak radość z masażu małych plecków i pytanie: czy to jest przyjemne?
Ważne jest szanowanie odmowy dotyku czy całusa.
Wcale nie chodzi o tę słynną "poważną rozmowę", która spina, męczy i nie nie jest potrzebna, jeśli na co dzień rozmawiamy o wszystkim po trochu, a dzieci wiedzą,że ze wszystkim mogą donas przyjść.
Życie rodzinne, bliskość tzw "wychowanie" dzieci, to nie to co sobie wymyślamy, co uważamy, że powinniśmy powiedzieć, nie nasze przemowy. To nasza codzienność i jej melodia.
Wsłuchajcie się w melodię Waszej rodziny. Czy jest w niej miejsce na śmiech, oddech, ciało?
Polecam Ted Sue Jaye Johnson.
To o czym mówi Sue Jaye Johnson oddaje to, co czuję na ten temat i co staram się przekazać innym rodzicom na warsztatach.
Seksualność nie jest czymś osobnym, tematem, który możemy wykroić z naszego życia i omawiać lub omijać. Jest jego integralną częścią i przejawia się w naszej codzienności.
Wiele zależy nie tylko od naszych rozmów z dziećmi, ale i od tego na ile sami zmysłowo odbieramy świat, na ile im na to pozwalamy. Z jaką uważnością wsłuchujemy się w swoje potrzeby i potrzeby własnego ciała.
Ważne są właśnie takie drobiazgi jak radość z masażu małych plecków i pytanie: czy to jest przyjemne?
Ważne jest szanowanie odmowy dotyku czy całusa.
Wcale nie chodzi o tę słynną "poważną rozmowę", która spina, męczy i nie nie jest potrzebna, jeśli na co dzień rozmawiamy o wszystkim po trochu, a dzieci wiedzą,że ze wszystkim mogą donas przyjść.
Życie rodzinne, bliskość tzw "wychowanie" dzieci, to nie to co sobie wymyślamy, co uważamy, że powinniśmy powiedzieć, nie nasze przemowy. To nasza codzienność i jej melodia.
Wsłuchajcie się w melodię Waszej rodziny. Czy jest w niej miejsce na śmiech, oddech, ciało?
Polecam Ted Sue Jaye Johnson.
Etykiety:
autentyczność,
budowanie więzi,
ciało,
dzieci,
edukacja seksualna,
emocje dziecka,
integralność,
seksualność,
uważność
sobota, 6 stycznia 2018
Dachołazy. Nie przekreślaj możliwego.
Poradnia K wydała książkę "Dachołazy" autorstwa Katherine Rundell.
Można czytać tę książkę jak szaloną przygodę o pogoni po dachach Paryża. Pogoni za Marzeniem. "Nie przekreślaj możliwego" powtarzają jej bohaterowie i zaklinają rzeczywistość. Świat nie ma wyjścia, musi dać się im zaczarować, dokładnie tak jak i ja się dałam.
Jednym z patronów tej książki jest Family Lab.
Nie przypadkiem.
Jeśli chcecie dowiedzieć się jak może wyglądać w praktyce to o czym pisze w swoich książkach o rodzicielstwie i relacjach Jesper Juul, to właśnie nadarza się okazja.
A wszystko przez to, że pewien naukowiec wyłowił z oceanu roczną dziewczynkę i postanowił ją pokochać.
" - Widzi pani? Wygląda na bardzo inteligentne dziecko. - Zobaczył, że Sophie ma długie, zwinne palce. - I ma włosy koloru błyskawicy. Jak można się jej oprzeć?
- Będę musiała tu przychodzić i sprawdzać jak ona się miewa, a nie narzekam na nadmiar czasu. Mężczyzna nie może opiekować się dzieckiem sam.
- Oczywiście, proszę przychodzić - odparł Charles, a potem dodał, jakby nie potrafił się powstrzymać: jeśli pani koniecznie musi. Postaram się być wdzięczny. Ale to ja ponoszę odpowiedzialność za to dziecko, rozumie pani?
- Przecież to jest dziecko, a pan jest mężczyzną!
- Podziwiam pani spostrzegawczość - odrzekł Charles. - Przynosi pani chlubę swojemu optykowi.
- Ale co zamierza pan z nią robić?
Charles miał zdezorientowaną minę.
- Zamierzam ją kochać. To powinno wystarczyć, jeśli wierzyć poetom, których czytałem.
(...)
- Jestem pewien - powiedział - że tajemnice opieki nad dziećmi, chociaż mroczne i zawikłane, nie są nieprzeniknione."
Kiedy myślę o rodzicach i dzieciach na pierwszym planie widzę miłość. Tak wiem, są też nieposprzątane zabawki, choroby, lęk, zmęczenie...
A jednak upieram się, że to miłość jest najważniejsza.
To dla niej najpierw chcemy "mieć" dzieci i to z niej najczęściej się rodzą. To ona jest tym, co chcemy im dawać.
"Kocham cię", powtarzamy często niemowlakowi, przedszkolakowi i coraz starszemu człowiekowi.
Zdarza się jednak, że choć bardzo kochamy nasze dzieci, one tego nie czują. Nie postrzegają naszych słów i działań jako płynących z miłości. Komunikacja szwankuje. Cierpimy wtedy, czujemy się winni, a nasze poczucie własnej wartości jest podkopane. Wpadamy w blednę koło: zachowujemy się coraz gorzej i czujemy się coraz gorzej.
Jesper Juul zaleca w takiej sytuacji sprawdzenie jak w naszej rodzinie mają się cztery filary familylabowego podejścia.
Autentyczność.
Równa godność.
Integralność.
Odpowiedzialność osobista.
"Dachołazy" są całe przepełnione tymi wartościami. W skrócie można by je podsumować: "błyszczące oczy".
"Wybierali się na koncert i byli już prawie gotowi do wyjścia z domu, kiedy do środka wtargnęła panna Eliot.
- Ona nie może wyjść z domu w tym stanie! Jest cała upaćkana! Nie garb się Sophie.
Charles z zainteresowaniem spojrzał na czubek głowy Sophie.
- Doprawdy?
- Panie Maxim! - warknęła panna Eliot. - Dziewczyna ma całą bluzkę w dżemie!
- To prawda. -Spojrzał na pannę Eliot z uprzejmym zdziwieniem. - Jakie to ma znaczenie?
Jednak kiedy zobaczył, że panna Eliot sięga po notes, wziął do ręki ścierkę i wytarł nią Sophie tak delikatnie, jakby była obrazem.
Panna Eliot prychnęła.
- Jeszcze na rękawie.
- Resztę spłucze deszcz. Dzisiaj są jej urodziny.
- Higiena obowiązuje nawet w urodziny! Nie zabiera jej pan do zoo.
- Rozumiem. Wolałaby pani, żebym zabrał ją do zoo. - Przechylił głowę na bok. Przypominał Sophie wyjątkowo dobrze wychowaną panterę. - Może nie jest jeszcze za późno, żeby oddać bilety.
- Nie to miałam na myśli. Ona narobi panu wstydu. Ja bym się wstydziła z nią pokazywać.
Charles spojrzał na pannę Eliot, która spuściła wzrok jako pierwsza.
- Ma błyszczące buty i błyszczące oczy - powiedział. - Tak jest dostatecznie elegancko. - Wręczył Sophie bilety. - Wszystkiego najlepszego, moje dziecko."
Dawno nie spotkałam w literaturze tak zachwycającej pary: ekscentryczny naukowiec i dziewczynka, której błyszczą oczy. Może to nie przypadek, że Sophie, jak Pipi Pończoszanka nie chodzi do szkoły? Że jej autonomia jest szanowana i nikt nie mówi do niej "jak do dziecka"? Na tym zresztą nie koniec podobieństw między Sophie a bohaterką Astrid Lindgren: obie są pewne siebie, maja niezwykły kolor włosów, obie za nic mają konwenanse i schludny strój, obie tęsknią do mamy, której im brakuje. Tylko, że Sophie nie wierzy w śmierć swojej i ma przy sobie dorosłego, który ją wspiera.
Wspierający dorosły - to znacząca różnica.
Charles stoi za Sophie murem i mówi do innego dorosłego:
"Nie docenia pan dzieci. Nie docenia pan dziewczynek."
Kto z nas nie chciałby usłyszeć takich słów?
Styl wychowania, jak stosuje Charles, można spokojnie nazwać tak, jak Jesper Juul nazwał jedną ze swoich książek: "zamiast wychowania". Sprawdza się wspaniale, bo przecież wiemy nie od dziś, że dzieci nie słuchają naszego gadania, gderania, przemów i monologów. Patrzą jak żyjemy i kim jesteśmy, i to naśladują.
"W jednym z pokojów Krajowego Urzędu Opiekuńczego w Westminsterze była szafka, a w szafce czerwona teczka z napisem "Opiekunowie: ocena charakteru". wewnątrz czerwonej teczki znajdowała się mniejsza, niebieska teczka z napisem "Maxim, Charles". Po jej otworzeniu można było przeczytać następujące słowa:? C.P.Maxim jest oczytany, jak można się spodziewać po naukowcu, a ponadto hojny, niezdarny i przedsiębiorczy. Jest ponadprzeciętnie wysoki, ale z zaświadczeń lekarskich wynika, że poza tym jego zdrowiu nic nie dolega. Żywi uparte przekonanie, że potrafi się zajmować swoja podopieczną."
Być może takie rzeczy są zaraźliwe, ponieważ Sophie wyrosła na osobę wysoką, hojną, oczytaną i niezdarną. Jako siedmiolatka miała długie i cienkie jak parasolki nogi i dorobiła się całej listy upartych przekonań."
Nie zdradzę Wam więcej, żeby nie popsuć Wam frajdy z poznawania kolejnych, niebanalnych bohaterów tej książki.
U nas z zaangażowaniem i przyjemnością słuchała jej czterolatka, dziewięciolatka i dwunastolatek.
A ja czytałam im z równie wielką przyjemnością.
Można czytać tę książkę jak szaloną przygodę o pogoni po dachach Paryża. Pogoni za Marzeniem. "Nie przekreślaj możliwego" powtarzają jej bohaterowie i zaklinają rzeczywistość. Świat nie ma wyjścia, musi dać się im zaczarować, dokładnie tak jak i ja się dałam.
Jednym z patronów tej książki jest Family Lab.
Nie przypadkiem.
Jeśli chcecie dowiedzieć się jak może wyglądać w praktyce to o czym pisze w swoich książkach o rodzicielstwie i relacjach Jesper Juul, to właśnie nadarza się okazja.
A wszystko przez to, że pewien naukowiec wyłowił z oceanu roczną dziewczynkę i postanowił ją pokochać.
" - Widzi pani? Wygląda na bardzo inteligentne dziecko. - Zobaczył, że Sophie ma długie, zwinne palce. - I ma włosy koloru błyskawicy. Jak można się jej oprzeć?
- Będę musiała tu przychodzić i sprawdzać jak ona się miewa, a nie narzekam na nadmiar czasu. Mężczyzna nie może opiekować się dzieckiem sam.
- Oczywiście, proszę przychodzić - odparł Charles, a potem dodał, jakby nie potrafił się powstrzymać: jeśli pani koniecznie musi. Postaram się być wdzięczny. Ale to ja ponoszę odpowiedzialność za to dziecko, rozumie pani?
- Przecież to jest dziecko, a pan jest mężczyzną!
- Podziwiam pani spostrzegawczość - odrzekł Charles. - Przynosi pani chlubę swojemu optykowi.
- Ale co zamierza pan z nią robić?
Charles miał zdezorientowaną minę.
- Zamierzam ją kochać. To powinno wystarczyć, jeśli wierzyć poetom, których czytałem.
(...)
- Jestem pewien - powiedział - że tajemnice opieki nad dziećmi, chociaż mroczne i zawikłane, nie są nieprzeniknione."
Kiedy myślę o rodzicach i dzieciach na pierwszym planie widzę miłość. Tak wiem, są też nieposprzątane zabawki, choroby, lęk, zmęczenie...
A jednak upieram się, że to miłość jest najważniejsza.
To dla niej najpierw chcemy "mieć" dzieci i to z niej najczęściej się rodzą. To ona jest tym, co chcemy im dawać.
"Kocham cię", powtarzamy często niemowlakowi, przedszkolakowi i coraz starszemu człowiekowi.
Zdarza się jednak, że choć bardzo kochamy nasze dzieci, one tego nie czują. Nie postrzegają naszych słów i działań jako płynących z miłości. Komunikacja szwankuje. Cierpimy wtedy, czujemy się winni, a nasze poczucie własnej wartości jest podkopane. Wpadamy w blednę koło: zachowujemy się coraz gorzej i czujemy się coraz gorzej.
Jesper Juul zaleca w takiej sytuacji sprawdzenie jak w naszej rodzinie mają się cztery filary familylabowego podejścia.
Autentyczność.
Równa godność.
Integralność.
Odpowiedzialność osobista.
"Dachołazy" są całe przepełnione tymi wartościami. W skrócie można by je podsumować: "błyszczące oczy".
"Wybierali się na koncert i byli już prawie gotowi do wyjścia z domu, kiedy do środka wtargnęła panna Eliot.
- Ona nie może wyjść z domu w tym stanie! Jest cała upaćkana! Nie garb się Sophie.
Charles z zainteresowaniem spojrzał na czubek głowy Sophie.
- Doprawdy?
- Panie Maxim! - warknęła panna Eliot. - Dziewczyna ma całą bluzkę w dżemie!
- To prawda. -Spojrzał na pannę Eliot z uprzejmym zdziwieniem. - Jakie to ma znaczenie?
Jednak kiedy zobaczył, że panna Eliot sięga po notes, wziął do ręki ścierkę i wytarł nią Sophie tak delikatnie, jakby była obrazem.
Panna Eliot prychnęła.
- Jeszcze na rękawie.
- Resztę spłucze deszcz. Dzisiaj są jej urodziny.
- Higiena obowiązuje nawet w urodziny! Nie zabiera jej pan do zoo.
- Rozumiem. Wolałaby pani, żebym zabrał ją do zoo. - Przechylił głowę na bok. Przypominał Sophie wyjątkowo dobrze wychowaną panterę. - Może nie jest jeszcze za późno, żeby oddać bilety.
- Nie to miałam na myśli. Ona narobi panu wstydu. Ja bym się wstydziła z nią pokazywać.
Charles spojrzał na pannę Eliot, która spuściła wzrok jako pierwsza.
- Ma błyszczące buty i błyszczące oczy - powiedział. - Tak jest dostatecznie elegancko. - Wręczył Sophie bilety. - Wszystkiego najlepszego, moje dziecko."
Dawno nie spotkałam w literaturze tak zachwycającej pary: ekscentryczny naukowiec i dziewczynka, której błyszczą oczy. Może to nie przypadek, że Sophie, jak Pipi Pończoszanka nie chodzi do szkoły? Że jej autonomia jest szanowana i nikt nie mówi do niej "jak do dziecka"? Na tym zresztą nie koniec podobieństw między Sophie a bohaterką Astrid Lindgren: obie są pewne siebie, maja niezwykły kolor włosów, obie za nic mają konwenanse i schludny strój, obie tęsknią do mamy, której im brakuje. Tylko, że Sophie nie wierzy w śmierć swojej i ma przy sobie dorosłego, który ją wspiera.
Wspierający dorosły - to znacząca różnica.
Charles stoi za Sophie murem i mówi do innego dorosłego:
"Nie docenia pan dzieci. Nie docenia pan dziewczynek."
Kto z nas nie chciałby usłyszeć takich słów?
Styl wychowania, jak stosuje Charles, można spokojnie nazwać tak, jak Jesper Juul nazwał jedną ze swoich książek: "zamiast wychowania". Sprawdza się wspaniale, bo przecież wiemy nie od dziś, że dzieci nie słuchają naszego gadania, gderania, przemów i monologów. Patrzą jak żyjemy i kim jesteśmy, i to naśladują.
"W jednym z pokojów Krajowego Urzędu Opiekuńczego w Westminsterze była szafka, a w szafce czerwona teczka z napisem "Opiekunowie: ocena charakteru". wewnątrz czerwonej teczki znajdowała się mniejsza, niebieska teczka z napisem "Maxim, Charles". Po jej otworzeniu można było przeczytać następujące słowa:? C.P.Maxim jest oczytany, jak można się spodziewać po naukowcu, a ponadto hojny, niezdarny i przedsiębiorczy. Jest ponadprzeciętnie wysoki, ale z zaświadczeń lekarskich wynika, że poza tym jego zdrowiu nic nie dolega. Żywi uparte przekonanie, że potrafi się zajmować swoja podopieczną."
Być może takie rzeczy są zaraźliwe, ponieważ Sophie wyrosła na osobę wysoką, hojną, oczytaną i niezdarną. Jako siedmiolatka miała długie i cienkie jak parasolki nogi i dorobiła się całej listy upartych przekonań."
Nie zdradzę Wam więcej, żeby nie popsuć Wam frajdy z poznawania kolejnych, niebanalnych bohaterów tej książki.
U nas z zaangażowaniem i przyjemnością słuchała jej czterolatka, dziewięciolatka i dwunastolatek.
A ja czytałam im z równie wielką przyjemnością.
Etykiety:
autentyczność,
budowanie więzi,
codzienność,
dzieci,
edukacja,
emocje dziecka,
FamilyLab,
integralność,
książki,
naśladownictwo,
wolność
wtorek, 2 stycznia 2018
Czerwień. O potędze cyklu i o tym, co mnie wkurza w cywilizacji.
To nie jest blog o seksualności i zdrowiu kobiety.
Zastanawiam się, więc, czemu od tygodni mam w głowie ten post? Post o czerwieni, o krwi... O miesiączce.
Może to świadomość, że już za chwilę moja córka będzie wchodziła do tej krainy. Może to tęsknota za światem, w którym jest miejsce na cykle i rytmy, na głęboki kontakt ze swoim ciałem.
Może to potrzeba zatrzymania się i uszanowania spowolnienia, które świat każe mi omijać, a ja uparcie tam wracam.
Jest czas biegu, czas zdobywania, sukcesów i działania. Czas realizacji celów. Budowania, tworzenia, czas energetyczny i wyraźny.
I jest ten drugi. Czas zatrzymania. Czas rozlazły, niepewny, czas rozglądania się, wątpliwości, patrzenia w siebie. Czas zwijania się w kłębek.
Czas nie-działania.
Ten pierwszy jest bardziej szanowany i zdecydowanie bardziej popularny w świecie.
Ten drugi nie ma dobrej marki. Nie jest mile widziany, raczej niewygodny, i kiedy nadchodzi, chcemy się schować. Uciec. Nawet przed sobą.
A jednak powraca. Im bardziej odsuwany, tym większą falą wzbiera.
Im bardziej się go wstydzimy, tym więcej pudru potrzeba, by go ukryć.
Wiercimy się i kręcimy głową... Fukamy i liczymy, że tym razem się uda "to" jakoś ominąć.
Rozlazłość. Senność. Nicmisięniechciejstwo...
Brak pewności, przestrach, irytacja.
Siedzenie w jamie, jaskini, pod kocem.
Dzień i noc.
Inne energie, inne jakości.
Obie niezbędne, obie tworzą cykl naszego życia.
Wiele razy już zataczałam to koło.
Wiele razy doświadczałam ,że jeśli odłożę wszystkie ważne rzeczy i sprawy, i poddam się tej sile, energia powróci.
To mój opór pogarsza sprawę.
Cywilizacja nie pomaga.
Przymus szybkiego tempa, brak ziemi pod stopami... Brak lasu, łąki, wody na wyciągnięcie ręki... Hałas, smog, wszechobecne sri-fi, itd...
Czasem wystarczy spacer do lasu, czasem godzina pod kocem. Czasem potrzeba więcej.
Poddanie się, popłynięcie z tym ciemnym nurtem... Zanurzenie do samego dna w nieprzeniknionej wodzie.
I wtedy odbicie, nowe otwarcie, wypłynięcie na powierzchnię i czyste błękitne niebo.
Oddech.
Te cykle są związane nie tylko z menstruacją. Ale podczas niej bardzo wyraźne.
Zastanawiam się, co chcę przekazać córce na ten temat?
Czego chcę ją nauczyć? Dokładnie tego, co chcę mieć dla siebie: zaufanie do siebie, zgodę na siebie, zgodę na moje potrzeby.
Kiedy przychodzi ból brzucha mogę wziąć tabletkę. Mogę. Ale mam też do wyboru coś innego: leżenie na trawie, albo chodzenie boso i oddychanie... Powolne i spokojne, aż w głąb ziemi. Pomaga magicznie.
Kiedy jestem śpiąca, mogę wypić kawę. Mogę.
Ale mogę też po prostu pospać. Zregenerować się.
Kiedy mi smutno i nie wiem co się dzieje, mogę się rozweselać na siłę, ale mogę też powiedzieć o tym komuś bliskiemu i poprosić: wysłuchaj mnie.
Mogę się zatrzymać i zaczerpnąć z tego co jest.
Nie da się tylko biec, śmiać i wygrywać.
Tak. Ten post jest przede wszystkim dla mnie, żebym pamiętała, że mam wybór.
Powstał, bo poczułam to ostatnio znów bardzo wyraźnie.
Wyjeżdżałam na kilka dni sama z córką. To był dla nas bardzo ważny czas. Uwijałam się, pakowałam walizki. I poczułam jak zaczynają boleć mnie lekko piersi... Jak powolnieją ruchy. Chciałam tylko spać! No, nie! Tylko nie na wyjazd, tylko nie w podróży! Przecież miałyśmy się kąpać, zwiedzać, żyć!
I jeszcze te białe prześcieradła w wynajmowanym mieszkaniu...aaaa!
Stop. Zatrzymałam się, przyjrzałam swoim myślom, napięciu. Jak ja się CZUJĘ? Jaki to przekaz dla córki?
Napięcie puściło, pogodziłam się z nadejściem miesiączki....
Okazało się, że to spowolnienie było zbawienne dla naszej podróży. Miałam więcej uważności na córkę, której nie chciało się dużo chodzić. Zamiast biec, chętnie siadałam na kamieniach i wystawiałam twarz do słońca. Zamiast "zaliczać" kolejne zabytki, czekałam aż zbierze swoje piórka i muszelki, aż zajrzy w każdą dziurę. Sączyłam czas, masowałam brzuch. Oddech. Przytulenie. Śmiech.
Z wyjazdu zapamiętałam zapach morza i wzajemną bliskość.
Zastanawiam się, więc, czemu od tygodni mam w głowie ten post? Post o czerwieni, o krwi... O miesiączce.
Może to świadomość, że już za chwilę moja córka będzie wchodziła do tej krainy. Może to tęsknota za światem, w którym jest miejsce na cykle i rytmy, na głęboki kontakt ze swoim ciałem.
Może to potrzeba zatrzymania się i uszanowania spowolnienia, które świat każe mi omijać, a ja uparcie tam wracam.
Jest czas biegu, czas zdobywania, sukcesów i działania. Czas realizacji celów. Budowania, tworzenia, czas energetyczny i wyraźny.
I jest ten drugi. Czas zatrzymania. Czas rozlazły, niepewny, czas rozglądania się, wątpliwości, patrzenia w siebie. Czas zwijania się w kłębek.
Czas nie-działania.
Ten pierwszy jest bardziej szanowany i zdecydowanie bardziej popularny w świecie.
Ten drugi nie ma dobrej marki. Nie jest mile widziany, raczej niewygodny, i kiedy nadchodzi, chcemy się schować. Uciec. Nawet przed sobą.
A jednak powraca. Im bardziej odsuwany, tym większą falą wzbiera.
Im bardziej się go wstydzimy, tym więcej pudru potrzeba, by go ukryć.
Wiercimy się i kręcimy głową... Fukamy i liczymy, że tym razem się uda "to" jakoś ominąć.
Rozlazłość. Senność. Nicmisięniechciejstwo...
Brak pewności, przestrach, irytacja.
Siedzenie w jamie, jaskini, pod kocem.
Dzień i noc.
Inne energie, inne jakości.
Obie niezbędne, obie tworzą cykl naszego życia.
Wiele razy już zataczałam to koło.
Wiele razy doświadczałam ,że jeśli odłożę wszystkie ważne rzeczy i sprawy, i poddam się tej sile, energia powróci.
To mój opór pogarsza sprawę.
Cywilizacja nie pomaga.
Przymus szybkiego tempa, brak ziemi pod stopami... Brak lasu, łąki, wody na wyciągnięcie ręki... Hałas, smog, wszechobecne sri-fi, itd...
Czasem wystarczy spacer do lasu, czasem godzina pod kocem. Czasem potrzeba więcej.
Poddanie się, popłynięcie z tym ciemnym nurtem... Zanurzenie do samego dna w nieprzeniknionej wodzie.
I wtedy odbicie, nowe otwarcie, wypłynięcie na powierzchnię i czyste błękitne niebo.
Oddech.
Te cykle są związane nie tylko z menstruacją. Ale podczas niej bardzo wyraźne.
Zastanawiam się, co chcę przekazać córce na ten temat?
Czego chcę ją nauczyć? Dokładnie tego, co chcę mieć dla siebie: zaufanie do siebie, zgodę na siebie, zgodę na moje potrzeby.
Kiedy przychodzi ból brzucha mogę wziąć tabletkę. Mogę. Ale mam też do wyboru coś innego: leżenie na trawie, albo chodzenie boso i oddychanie... Powolne i spokojne, aż w głąb ziemi. Pomaga magicznie.
Kiedy jestem śpiąca, mogę wypić kawę. Mogę.
Ale mogę też po prostu pospać. Zregenerować się.
Kiedy mi smutno i nie wiem co się dzieje, mogę się rozweselać na siłę, ale mogę też powiedzieć o tym komuś bliskiemu i poprosić: wysłuchaj mnie.
Mogę się zatrzymać i zaczerpnąć z tego co jest.
Nie da się tylko biec, śmiać i wygrywać.
Tak. Ten post jest przede wszystkim dla mnie, żebym pamiętała, że mam wybór.
Powstał, bo poczułam to ostatnio znów bardzo wyraźnie.
Wyjeżdżałam na kilka dni sama z córką. To był dla nas bardzo ważny czas. Uwijałam się, pakowałam walizki. I poczułam jak zaczynają boleć mnie lekko piersi... Jak powolnieją ruchy. Chciałam tylko spać! No, nie! Tylko nie na wyjazd, tylko nie w podróży! Przecież miałyśmy się kąpać, zwiedzać, żyć!
I jeszcze te białe prześcieradła w wynajmowanym mieszkaniu...aaaa!
Stop. Zatrzymałam się, przyjrzałam swoim myślom, napięciu. Jak ja się CZUJĘ? Jaki to przekaz dla córki?
Napięcie puściło, pogodziłam się z nadejściem miesiączki....
Okazało się, że to spowolnienie było zbawienne dla naszej podróży. Miałam więcej uważności na córkę, której nie chciało się dużo chodzić. Zamiast biec, chętnie siadałam na kamieniach i wystawiałam twarz do słońca. Zamiast "zaliczać" kolejne zabytki, czekałam aż zbierze swoje piórka i muszelki, aż zajrzy w każdą dziurę. Sączyłam czas, masowałam brzuch. Oddech. Przytulenie. Śmiech.
Z wyjazdu zapamiętałam zapach morza i wzajemną bliskość.
Etykiety:
budowanie więzi,
córka,
dojrzewanie,
edukacja seksualna,
macierzyństwo,
matka,
miesiączka,
miłość,
odpoczynek,
odpuszczanie,
relacja,
seksualność,
świętowanie,
tabu,
uważność
piątek, 22 grudnia 2017
Dla Justyny. Dla Lidki. Dla Kasi. Dla Izy. Dla Moniki. Dla Agnieszki. Dla Marcina, Pawła i Krzysztofa. Dla Ciebie. Dla mnie. Z miłością.
Na każdych warsztatach, w kręgach, w przelotnych spotkaniach... Spotykam Was: rodziców, którym trafiło się "takie dziecko". "Trudne"," niegrzeczne", "wymagające", "inne".
Rodzeństwo Dziecka (jeśli je ma) jest "spokojne", "współpracujące", "idzie się dogadać"... Ale On/Ona nie...
Czasem To Dziecko jest pierwsze, czasem drugie. Czasem dopiero czwarte z kolei. Czasem to chłopiec, a czasem dziewczynka.
Można nas, rodziców takiego Dziecka, rozpoznać po bólu, po tym przerażeniu, które mamy w oczach, kiedy mówimy o Swoim Dziecku.
Kochamy je przecież, a jednak nie w możemy go czasem znieść.
Można nas rozpoznać po rozpaczy.
Wściekłości.
Po dojściu do granicy wytrzymałości.
Długo szukałam schematu, jakiegoś wzoru, wytłumaczenia.
Teraz wiem, że to dar. Wielki prezent od losu: oto zjawił się Mistrz i mnie naucza.
Z chirurgiczną precyzją wyciąga rączkę i wskazuje: TO TU. Właśnie tu jest miejsce, gdzie schowałaś swoje największe dramaty: wstyd, ból, agresję, głośne zachowanie, wrażliwość, niedopasowanie, seksualność... Cokolwiek ukryte jeszcze przede mną w mroku, w nieświadomości, cokolwiek destrukcyjnego mam, co mi nie służy, a się tego nie pozbywam: To Dziecko mi to pokaże.
Dziecko działa zawsze na korzyść systemu w którym żyje i nagłaśnia jak przez wielką tubę, co w nim szwankuje.
Zapracowana mama, która zamiast wyjechać na weekend z przyjaciółkami, bierze sobie na głowę kolejne obowiązki, szybko się o tym dowie.
Tata, który znów siedzi nieobecny nad wódką, albo nad komórką, zamiast rozejrzeć się przytomnie dookoła i Być w swoim życiu.
Dzielna matka, która zakłada na twarz uśmiech, która nie wypłakuje swojego bólu, żeby nie dokładać innym, choć sama się już pod nim ugina.
Ojciec, który nie widzi sensu w życiu, jakie prowadzi, od pensji do pensji, który tęskni za przygodą, ale po nią nie sięga.
Matka, która nie rozumie, czemu czuje niechęć do dłoni swojego partnera, ale co wieczór myśli: jakoś to będzie.
Ojciec, który nie otwiera serca.
Matka.
Ojciec.
Związek.
To co w ciemności chce wyjść na światło. Światło leczy.
To dziecko, które jest za żywe, za głośne, nie słucha, tupie, domaga się, jęczy, to, które doprowadza do szału...To, które chcemy wyrzucić za okno, żeby tylko na chwilę przestało, ma dla nas ważną wiadomość.
Nie wiem jak brzmi w Twoim przypadku.
Dla mnie brzmiała ona: Traktuj siebie poważnie. Uznaj swoje potrzeby. Odpocznij. Doceń, że masz partnera i zrób dla niego miejsce, bo dzieci macie we dwoje.
Mów tak- tak, albo nie-nie. Stawaj w prawdzie. Choćby nie wiem jak bardzo zwariowana była. Stój po swojej stronie.
Dziecko nie walczy ze mną, ani z Tobą.
Zmaga się ze starymi sposobami w jakie się chroniliśmy. Pomaga nam zdjąć skorupę i poczuć pod nią nową, lepszą skórę.
Dotyka rany w Twoim sercu i mówi: Tu jest rana!
Widzi, że udajesz z pokerową miną i mówi: sprawdzam!
Kiedy Ty z paniką trzymasz drzwi zamknięte i nie chcesz za nic na świecie zajrzeć w ciemność, i dałabyś się pokroić, żeby tylko nie musieć ich otwierać - ono puka z tamtej strony. Ono kopie, wali i nie pozwala się zignorować.
Mówi: odzyskaj swoje życie.
I nie, nie jest to łatwe.
Zaprowadziło mnie na dziesiątki warsztatów, terapię, ustawienia hellingerowskie, do lasu, nad wodę, w czarną dziurę.
Targało mną, mieliło jak w jakiejś wielkiej pralce, czasem nie wiedziałam gdzie góra, a gdzie dół.
Dalej bywa bardzo trudno.
Ale jest jaśniej.
Otworzyłam drzwi do ciemności, a tam siedziała mała Kasia i bała się, że nie zasługuje na miłość. Bo jest nie taka.
Już się tak bardzo nie boję.
Doszłam w miejsce, gdzie jest trochę łatwiej, trochę lepiej.
To miejsce, gdzie trzymam siebie za rękę.
Rozglądam się i jest nas więcej.
Rodzeństwo Dziecka (jeśli je ma) jest "spokojne", "współpracujące", "idzie się dogadać"... Ale On/Ona nie...
Czasem To Dziecko jest pierwsze, czasem drugie. Czasem dopiero czwarte z kolei. Czasem to chłopiec, a czasem dziewczynka.
Można nas, rodziców takiego Dziecka, rozpoznać po bólu, po tym przerażeniu, które mamy w oczach, kiedy mówimy o Swoim Dziecku.
Kochamy je przecież, a jednak nie w możemy go czasem znieść.
Można nas rozpoznać po rozpaczy.
Wściekłości.
Po dojściu do granicy wytrzymałości.
Długo szukałam schematu, jakiegoś wzoru, wytłumaczenia.
Teraz wiem, że to dar. Wielki prezent od losu: oto zjawił się Mistrz i mnie naucza.
Z chirurgiczną precyzją wyciąga rączkę i wskazuje: TO TU. Właśnie tu jest miejsce, gdzie schowałaś swoje największe dramaty: wstyd, ból, agresję, głośne zachowanie, wrażliwość, niedopasowanie, seksualność... Cokolwiek ukryte jeszcze przede mną w mroku, w nieświadomości, cokolwiek destrukcyjnego mam, co mi nie służy, a się tego nie pozbywam: To Dziecko mi to pokaże.
Dziecko działa zawsze na korzyść systemu w którym żyje i nagłaśnia jak przez wielką tubę, co w nim szwankuje.
Zapracowana mama, która zamiast wyjechać na weekend z przyjaciółkami, bierze sobie na głowę kolejne obowiązki, szybko się o tym dowie.
Tata, który znów siedzi nieobecny nad wódką, albo nad komórką, zamiast rozejrzeć się przytomnie dookoła i Być w swoim życiu.
Dzielna matka, która zakłada na twarz uśmiech, która nie wypłakuje swojego bólu, żeby nie dokładać innym, choć sama się już pod nim ugina.
Ojciec, który nie widzi sensu w życiu, jakie prowadzi, od pensji do pensji, który tęskni za przygodą, ale po nią nie sięga.
Matka, która nie rozumie, czemu czuje niechęć do dłoni swojego partnera, ale co wieczór myśli: jakoś to będzie.
Ojciec, który nie otwiera serca.
Matka.
Ojciec.
Związek.
To co w ciemności chce wyjść na światło. Światło leczy.
To dziecko, które jest za żywe, za głośne, nie słucha, tupie, domaga się, jęczy, to, które doprowadza do szału...To, które chcemy wyrzucić za okno, żeby tylko na chwilę przestało, ma dla nas ważną wiadomość.
Nie wiem jak brzmi w Twoim przypadku.
Dla mnie brzmiała ona: Traktuj siebie poważnie. Uznaj swoje potrzeby. Odpocznij. Doceń, że masz partnera i zrób dla niego miejsce, bo dzieci macie we dwoje.
Mów tak- tak, albo nie-nie. Stawaj w prawdzie. Choćby nie wiem jak bardzo zwariowana była. Stój po swojej stronie.
Dziecko nie walczy ze mną, ani z Tobą.
Zmaga się ze starymi sposobami w jakie się chroniliśmy. Pomaga nam zdjąć skorupę i poczuć pod nią nową, lepszą skórę.
Dotyka rany w Twoim sercu i mówi: Tu jest rana!
Widzi, że udajesz z pokerową miną i mówi: sprawdzam!
Kiedy Ty z paniką trzymasz drzwi zamknięte i nie chcesz za nic na świecie zajrzeć w ciemność, i dałabyś się pokroić, żeby tylko nie musieć ich otwierać - ono puka z tamtej strony. Ono kopie, wali i nie pozwala się zignorować.
Mówi: odzyskaj swoje życie.
I nie, nie jest to łatwe.
Zaprowadziło mnie na dziesiątki warsztatów, terapię, ustawienia hellingerowskie, do lasu, nad wodę, w czarną dziurę.
Targało mną, mieliło jak w jakiejś wielkiej pralce, czasem nie wiedziałam gdzie góra, a gdzie dół.
Dalej bywa bardzo trudno.
Ale jest jaśniej.
Otworzyłam drzwi do ciemności, a tam siedziała mała Kasia i bała się, że nie zasługuje na miłość. Bo jest nie taka.
Już się tak bardzo nie boję.
Doszłam w miejsce, gdzie jest trochę łatwiej, trochę lepiej.
To miejsce, gdzie trzymam siebie za rękę.
Rozglądam się i jest nas więcej.
Etykiety:
bez oceniania,
budowanie więzi,
codzienność,
emocje,
emocje dziecka,
miłość,
odpoczynek,
odpuszczanie,
poczucie winy,
relacja,
rodzicielstwo,
uważność,
wsparcie
poniedziałek, 20 listopada 2017
Najpiękniejsza kobieta na świecie
To ty.
Dla Twojego dziecka tak jest. A dla Ciebie?
Pamiętam swój zachwyt, kąt padania światła w pokoju, brązową szafę i moją mamę, kiedy się przebierała. Piegowate plecy i włosy spięte w luźny kok.
Czułam, że nie ma nikogo piękniejszego na całym świecie.
Teraz wiem, że wiara w to, w jakiś sposób łączyła się z moją wiarą w siebie. Jestem częścią tej boskiej istoty, więc jestem boska:)
Co się dzieje z tym poczuciem, kiedy okazuje się, że mama nie lubi siebie? Jak mogę ochronić swoją miłość do siebie? Swoje poczucie jedności ze światem?
Dziewczynka czuje. Jej ciało chodzi, biega, skacze, doświadcza ciepła słońca na skórze. Dziewczynka smakuje kwiaty koniczyny i nasturcji. Nabija sobie siniaki i boi się zejść z drzewa, na które tak łatwo było się wdrapać. Dziewczynka bawi się z chłopcami i dziewczynkami, nosi spodnie, albo sukienki.
Dziewczynka nie zastanawia się jak wygląda, dopóki inni nie przystawią jej lustra.
Co zobaczy w dużej mierze zależy od tego kim są jej bliscy i w jakiej żyje kulturze.
I nie, nie chcę dokładać mamom kolejnego balastu - musisz być taka czy taka, żeby najlepiej wychować swoja córkę.
Nie.
Ale jest coś co warto zrobić.
Zakwestionować.
Zakwestionować to, co się dzieje wokół. Ciągłe patrzenie na ciało, porównywanie go, ocenianie, dramatyzowanie i stawianie w centrum uwagi.
Ciało nie jest do oglądania.
Ciało to ja.
To ja idę, biegnę, skaczę. To ja się przejadłam, jestem śpiąca, ożywiona, chce mi się pić.
To nie własność publiczna, nie przedmiot. To ja.
Pozwalając innym oceniać moje ciało, komentować, porównywać, pozwalam im decydować kim jestem.
Dlatego warto kwestionować, warto zastanawiać się i szukać siebie, własnej autonomii.
Tematów jest wiele. Jak chcę się ubierać? Czy ogolę nogi? Maluję się, czy nie?
Odchudzam drakońskimi dietami, czy po prostu dbam o siebie?
Mam tysiąc kolczyków, zielone włosy, czy chowam się w jakimś uniformie?
Czy czuję się kobietą?
Co to dla mnie znaczy być ładną? Brzydką? Czym jest dla mnie zachwyt innych ludzi? Co ma wartość?
Czy biorę udział w wyścigu, którego nawet nie zauważam, czy to ja wybrałam jurorów? Czy znam zasady? Czy w ogóle chcę tam być?
Jak patrzę na inne kobiety? Oceniająco? Przychylnie?
Budzące bywa pobycie w innej kulturze. Łatwiej wtedy o dystans i refleksję. Co jest normą? Co mnie zaskakuje? Czego potrzebuję?
Pamiętam wielkie odkrycie, kiedy podróżowałam do Australii. Mężczyznom nie wolno tam "gapić się" na kobiety. A może w ogóle ludziom na ludzi? Można rozmawiać z obcymi, wymieniać uprzejmości, śmiać się głośno, oddychać. Ale nie "gapić się".
Pamiętam ogromną ulgę jaką poczułam, przestając być "obiektem". Mogłam się wyprostować, zająć swoją przestrzeń. przestać się kurczyć i chować. Ja - przyzwyczajona do ciągłych komentarzy i zaczepek ze względu na duże piersi i "kobiecą" figurę, tam stałam się zwyczajna, niezauważalna wręcz. Dookoła mnie było mnóstwo podobnych dziewczyn. Wiele z nich o wiele większych ode mnie, za rękę z chłopakami o aparycji "modela". Jak mi to wywróciło wszystko w głowie!
Budzące bywa też rozmawianie z innymi kobietami. Otwieranie się i wymienianie doświadczeń.
Tak. Ciało jest ważne. Bez niego nas nie ma. Ważne są też serce i mózg. I jakoś tak się dzieje, że zarówno dziewczyny (zarówno te oceniane jako "brzydkie" i te "najładniejsze") muszą udowadniać, że je mają. Muszą?
I nie, nie chcę, żebyś teraz mówiła swojej córce wyświechtane slogany o samoakceptacji.
Wystarczy jeśli zrobisz dla siebie coś dobrego, popatrzysz przychylnie.
I zakwestionujesz dziś choć jedną rzecz na temat siebie, którą ci wmówili, a która nie jest prawdą.
Wystarczy, że poświęcisz chwilę na zastanowienie się jaka jest twoja prawda. Jak się czujesz? Kim jesteś dziś, w tym momencie?
Wystarczy, że odważysz się być szczera. Ze sobą, z kimś bliskim.
Szczerość ma wielką siłę. Jest tam prawda, autentyczność, odwaga.
Wiele czasu mi to zabrało, ale dziś stoję za sobą bezwarunkowo. Nie jestem idealna. I ciągle stoję za sobą. Nieidealną. Cokolwiek się dzieje, czuję to. Jestem ok, jaka jestem. Mam prawo tu być.
Nie wierzę w żadne metody wychowawcze.Wierzę w relację. Ze sobą i drugim człowiekiem.
Wierzę, że jeśli chcę czegoś dla swojego dziecka (szczęścia? samoakceptacji? siły? wrażliwości?) jedyną drogą do tego celu, jest samemu stać się tą zmianą.
Dla Twojego dziecka tak jest. A dla Ciebie?
Pamiętam swój zachwyt, kąt padania światła w pokoju, brązową szafę i moją mamę, kiedy się przebierała. Piegowate plecy i włosy spięte w luźny kok.
Czułam, że nie ma nikogo piękniejszego na całym świecie.
Teraz wiem, że wiara w to, w jakiś sposób łączyła się z moją wiarą w siebie. Jestem częścią tej boskiej istoty, więc jestem boska:)
Co się dzieje z tym poczuciem, kiedy okazuje się, że mama nie lubi siebie? Jak mogę ochronić swoją miłość do siebie? Swoje poczucie jedności ze światem?
Dziewczynka czuje. Jej ciało chodzi, biega, skacze, doświadcza ciepła słońca na skórze. Dziewczynka smakuje kwiaty koniczyny i nasturcji. Nabija sobie siniaki i boi się zejść z drzewa, na które tak łatwo było się wdrapać. Dziewczynka bawi się z chłopcami i dziewczynkami, nosi spodnie, albo sukienki.
Dziewczynka nie zastanawia się jak wygląda, dopóki inni nie przystawią jej lustra.
Co zobaczy w dużej mierze zależy od tego kim są jej bliscy i w jakiej żyje kulturze.
I nie, nie chcę dokładać mamom kolejnego balastu - musisz być taka czy taka, żeby najlepiej wychować swoja córkę.
Nie.
Ale jest coś co warto zrobić.
Zakwestionować.
Zakwestionować to, co się dzieje wokół. Ciągłe patrzenie na ciało, porównywanie go, ocenianie, dramatyzowanie i stawianie w centrum uwagi.
Ciało nie jest do oglądania.
Ciało to ja.
To ja idę, biegnę, skaczę. To ja się przejadłam, jestem śpiąca, ożywiona, chce mi się pić.
To nie własność publiczna, nie przedmiot. To ja.
Pozwalając innym oceniać moje ciało, komentować, porównywać, pozwalam im decydować kim jestem.
Dlatego warto kwestionować, warto zastanawiać się i szukać siebie, własnej autonomii.
Tematów jest wiele. Jak chcę się ubierać? Czy ogolę nogi? Maluję się, czy nie?
Odchudzam drakońskimi dietami, czy po prostu dbam o siebie?
Mam tysiąc kolczyków, zielone włosy, czy chowam się w jakimś uniformie?
Czy czuję się kobietą?
Co to dla mnie znaczy być ładną? Brzydką? Czym jest dla mnie zachwyt innych ludzi? Co ma wartość?
Czy biorę udział w wyścigu, którego nawet nie zauważam, czy to ja wybrałam jurorów? Czy znam zasady? Czy w ogóle chcę tam być?
Jak patrzę na inne kobiety? Oceniająco? Przychylnie?
Budzące bywa pobycie w innej kulturze. Łatwiej wtedy o dystans i refleksję. Co jest normą? Co mnie zaskakuje? Czego potrzebuję?
Pamiętam wielkie odkrycie, kiedy podróżowałam do Australii. Mężczyznom nie wolno tam "gapić się" na kobiety. A może w ogóle ludziom na ludzi? Można rozmawiać z obcymi, wymieniać uprzejmości, śmiać się głośno, oddychać. Ale nie "gapić się".
Pamiętam ogromną ulgę jaką poczułam, przestając być "obiektem". Mogłam się wyprostować, zająć swoją przestrzeń. przestać się kurczyć i chować. Ja - przyzwyczajona do ciągłych komentarzy i zaczepek ze względu na duże piersi i "kobiecą" figurę, tam stałam się zwyczajna, niezauważalna wręcz. Dookoła mnie było mnóstwo podobnych dziewczyn. Wiele z nich o wiele większych ode mnie, za rękę z chłopakami o aparycji "modela". Jak mi to wywróciło wszystko w głowie!
Budzące bywa też rozmawianie z innymi kobietami. Otwieranie się i wymienianie doświadczeń.
Tak. Ciało jest ważne. Bez niego nas nie ma. Ważne są też serce i mózg. I jakoś tak się dzieje, że zarówno dziewczyny (zarówno te oceniane jako "brzydkie" i te "najładniejsze") muszą udowadniać, że je mają. Muszą?
Wystarczy jeśli zrobisz dla siebie coś dobrego, popatrzysz przychylnie.
I zakwestionujesz dziś choć jedną rzecz na temat siebie, którą ci wmówili, a która nie jest prawdą.
Wystarczy, że poświęcisz chwilę na zastanowienie się jaka jest twoja prawda. Jak się czujesz? Kim jesteś dziś, w tym momencie?
Wystarczy, że odważysz się być szczera. Ze sobą, z kimś bliskim.
Szczerość ma wielką siłę. Jest tam prawda, autentyczność, odwaga.
Wiele czasu mi to zabrało, ale dziś stoję za sobą bezwarunkowo. Nie jestem idealna. I ciągle stoję za sobą. Nieidealną. Cokolwiek się dzieje, czuję to. Jestem ok, jaka jestem. Mam prawo tu być.
Nie wierzę w żadne metody wychowawcze.Wierzę w relację. Ze sobą i drugim człowiekiem.
Wierzę, że jeśli chcę czegoś dla swojego dziecka (szczęścia? samoakceptacji? siły? wrażliwości?) jedyną drogą do tego celu, jest samemu stać się tą zmianą.
Etykiety:
bez oceniania,
budowanie więzi,
codzienność,
emocje,
kobiecość,
łagodność,
macierzyństwo,
matka,
odpuszczanie,
poczucie winy,
relacja,
uważność
Subskrybuj:
Posty (Atom)
