wtorek, 8 października 2019

Dorosły jak latarnia morska



To seminarium to było moje największe wyzwanie wśród familylabowych tematów. 
Seminarium o przywództwie. 
Tak było dopóki nie zrozumiałam, że przywództwo jest związane z wzięciem odpowiedzialności. I że w rodzinie to zadanie dorosłego. 
Kim jest dobry przywódca? 
Po czym możemy poznać, że w rodzinie dzieje się dobrze, albo źle?
Długie, trzygodzinne spotkanie, tak żeby wysycić tematy. Żeby był czas na moje gadanie i na Wasze pytania. 
Kto jest ciekawy i ma wolny najbliższy poniedziałkowy wieczór - zapraszam! 
w godzinach 18-21  przy ul. Dantyszka 22/21
link do wydarzenia tu! 
obowiązują zapisy! 

 

poniedziałek, 7 października 2019

Seks i nastolatki - dylematy rodzica


Wiosną miałam wielką frajdę (i cholerny stress...) - po raz pierwszy w życiu wystąpiłam na konferencji dla rodziców. Była to Konferencja Wychowanie w Szacunku i całość działa się we Wrocławiu - taka PIGUŁA wiedzy o nastolatkach. Była to tak ważna i potrzebna konferencja, że organizatorki postanowiły zorganizować ja jeszcze raz - tym razem w Poznaniu. 
Z tej okazji, przed konferencją, zaprosiły mnie do rozmowy o seksualności ( w kontekście nastolatków). 
Dzielę się z Wami tym tekstem i zapraszam na konferencję!

Tu link do wywiadu

A tu link do wydarzenia na fb. 

środa, 2 października 2019

Przywódca stada. Kim jestem w mojej rodzinie.


Kim jestem?



To wciąż i wciąż najważniejsze dla mnie pytanie - także w rodzicielstwie. 
Zwykle jako rodzice szukamy rozwiązań - co mówić, co robić, jak postąpić? 
Kiedy dziecko mówi "nie" ... 
Kiedy mówi to głośno. 
Kiedy tupie. 
Kiedy bije inne dziecko. 
Kiedy nie chce bawić się z innymi dziećmi. 
Potrzebujemy wiedzieć co robić. Chcemy dostać metodę. 
Choćby po to, żeby było nam łatwiej.
I tak. Są sposoby, które pomagają w komunikacji, nasze słowa ich ton, mają znaczenie. 
Ale nie wystarczy ich "użyć". Dopasować we właściwym momencie i zadziałają jak magia. 
Trzeba tam jeszcze ...być. 

 
I to jest ten moment, ta chwila, kiedy pytam siebie: kim jestem?
 
Kiedy dzieci się biją - najpierw sprawdzam: "A gdzie ja jestem"? Czemu chcę ingerować?  Bo boli mnie głowa i potrzebuję ciszy? Czy chcę dać im wsparcie w konflikcie? Czy moja interwencja coś wnosi dla nich? 
Kiedy dziecko np. nie chce iść do szkoły - ważny jest dla mnie jego powód, zobaczenie dziecka, wsparcie go, ale tu też najpierw potrzebuję zobaczyć siebie. 
Bo jeśli akurat mam zły dzień i potrzebuję być sama, albo skupić się na pracy, to próba bycia "wyrozumiałą mamą" może wyjść nam wszystkim bokiem i skończyć się awanturą. 
Zaglądam w siebie. Tak, żeby móc wziąć odpowiedzialność za swoją decyzję. 
Jeśli dziecko zostaje ze mną w domu - to ja mam doświadczenie i mogę przewidzieć, co będzie się działo. Będzie do mnie mówiło. Będzie chciało jeść, pić. Będzie... 
Moja decyzja o wsparciu innych ludzi nie może być oparta TYLKO na sytuacji tych innych - nawet jeśli to moje dzieci. Potrzebuję poznać siebie, rozeznać się w sobie, uznać swoje potrzeby, określić możliwości. I wtedy - kiedy wezmę pod uwagę siebie, siebie najpierw otoczę empatią - mogę dawać też światu. 
Bycie dobrym przywódcą oznacza nie tylko to, że wiem co robić. 
 
Oznacza, ze potrafię nas wszystkich zobaczyć w prawdzie. 
 
Że chcę. 
Że próbuję. 
Zobaczyć. I uznać. 



To bardzo trudne, bo zwykle nie jest to naszym nawykiem. 
To całkiem nowa umiejętność.
Wziąć siebie pod uwagę. 
Potraktować poważnie. 
 
Rzadko dostaliśmy to w pakiecie z domu rodzinnego. Uczyliśmy się częściej nie przeszkadzać, nie zawracać głowy, usuwać się ze swoimi uczuciami, sprawami.  
I to jest wyzwanie - postanowić, że chcę inaczej. Że od dziś krok po kroku zmieniam to. 
Mówię sobie: "Jak się czujesz, kochanie?" A nie: "nie przeszkadzaj".
Krok po kroku. 
Z pomocą bliskich. 
Z pomocą empatii. I miłości. 
I cierpliwości. 



Co się dzieje, kiedy nie traktujemy siebie poważnie? Nasza złość, nasza frustracja, nasze jęczenie spada na tych, którzy są pod ręką. 
Często to ci sami, dla których chcieliśmy tak dobrze. 
 
Bycie przywódcą w rodzinie czasem jest takie trudne, bo wymaga stałej uważności.  
Bo sprawy zmieniają się ...dynamicznie:)
Obiecaliśmy dzieciom wspaniały weekend pełen atrakcji. Ale rozbolała nas głowa, a my dalej pchamy ten wózek. I w końcu nie wytrzymujemy i wylewamy naszą złość.
To, co możemy zamiast, to ćwiczyć.  I szukać innych opcji, dostępnych, kiedy jedno z nas boli głowa. 
 
Co nam w tym przeszkadza? 
Czasem rozpęd, nieuważność, czasem wyrzuty sumienia: "nie było mnie cały tydzień, bo dużo pracowałam, ten weekend miał im to wynagrodzić..." 
Czasem trudno nam przyjmować uczucia dzieci - żal, rozczarowanie, złość. 
Trudno znajdować oparcie w sobie. Spokój, kiedy przetacza się burza dziecięcych emocji. 
Dbanie o siebie, bycie w dobrej formie, ciągły rozwój siebie - tak by coraz więcej emocji umieć nie tylko przeżywać, ale i  przyjmować, i im towarzyszyć - to bardzo ważne narzędzia rodzicielskie. 
 
Ty jesteś najważniejszym narzędziem rodzicielskim. 
Ty sam. To ile pomieścisz. To, że poprosisz o pomoc. Odważasz się pokazać siebie prawdziwego czy prawdziwą.
To Ty przytulasz, Ty mówisz "nie", Ty dajesz poczucie bezpieczeństwa. 
Dobry przywódca, to zadbany przywódca.







 



czwartek, 19 września 2019

Po co chodzimy do specjalistów?

Nieustająco staję przed Wami i opowiadam o różnych sprawach. Prowadzę warsztaty, grupy. Zwykle od samego początku mówię jasno: nie jestem psychologiem. 
Chciałam, ale nie jestem, a teraz już mi się nie chce.  
Ale i tak często ktoś z Was nazywa mnie ekspertem. 
Trudne słowo. 
Zwykle czuję takie dziwne skręcenie ciała.  
Tik w policzku. 
Niepokój w sercu. 

 

Czasem gadamy prywatnie. Rozmawiamy. Przez telefon, na ławce w parku, w sklepie, w przelocie. Jakieś moje słowo zapala w Was nadzieję.
Prosicie o konsultację. 
Mówię: "Hej, właśnie rozmawiamy. Weź to sobie. Albo dam Ci numer do kogoś, komu ufam." 
 
Sama też nieraz korzystam z czyjegoś wsparcia. Czasem trafiam do różnych specjalistów z własnej, czy nie z własnej woli. 
Bywa różnie. 
Ale wiem jedno. 
Czasem, kiedy kogoś nazywamy specjalistą, ekspertem, mamy pokusę, żeby mu oddać odpowiedzialność za swoje decyzje.
Czasem eksperci mają pokusę, żeby tę odpowiedzialność na chwilę brać. To tak nie działa. 


Nie ma lepszego specjalisty od Twojego życia i życia Twojego dziecka niż Ty.  

 
Wiesz wszystko. 
Prawda?





Tam w głębi serca wiesz.



Czasem potrzebujesz wsparcia
Czasem rozplątania jakiegoś supła.
Czasem po prostu życzliwych ludzi wokół siebie, którzy pokarzą Ci, a raczej  POZWOLĄ ZOBACZYĆ, DOŚWIADCZYĆ innych, nowych sposobów. 
Najczęściej potrzebujesz kogoś kto z Tobą pobędzie. Zobaczy Cię. Przyjmie na klatę (ucho i serce) całą tę burzę, która w tobie jest. 
 
Dobrze jest chodzić do specjalistów. 
 
Ale czy dobrze jest pozwalać im etykietować nasze życie?
 

 
Mamy taki czas jako rodzice, jaki mamy. 
Trudny. 
Posłuszeństwo legło w gruzach, kobiety dostały prawa wyborcze, dzieci bić nie wolno...  
Specjaliści też tam są. 
Może jest im jeszcze bardziej trudno. 
Powiedzieć:"Nie wiem". 
Powiedzieć:"To, że państwa dziecko nie daje rady, to nie jego wina, ale chorych wymagań systemu".
Powiedzieć: "Rozumiem, ja też widzę ten bezsens i się na to nie zgadzam!"
Powiedzieć: "Zawsze działało, ale teraz jakby przestało?"
Awaria. 
Awaria. 
Nie mam procedury na państwa dziecko. 
Nie mam procedury na państwa życie. 




Po co macie więc przychodzić do specjalistów, czy na warsztaty?


Nie wiem. 
Wiem po co ja przychodzę.
Po to, żeby nauczyć się opierać na sobie. I żeby umieć mówić: Cokolwiek się będzie działo, ja stoję za moim dzieckiem. 
 
Żeby umieć je kochać tak, żeby rzeczywiście czuło się przeze mnie kochane.
 
Wybieram tych specjalistów, który są w tym ze mną, nawet jeśli czasem mówią "nie wiem".  




PS. "Nie ma dzieci, są ludzie" powiedział Korczak...
a może powiedzmy też:
"Nie ma rodziców, są ludzie":)
A może nawet:  Nie ma specjalistów, są ludzie. 
I w tym się możemy spotkać. 










 

wtorek, 17 września 2019

Syn wiedźmy. Baśń nie tylko dla dzieci.


Jeśli tęsknicie jak ja za baśniami, to "Syn wiedźmy" jest  baśnią. Jeśli marzy Wam się przygoda - przeżyjecie ją. Jeśli macie dość bohaterek, które czekają na księcia - Aine na pewno nie czeka. 
Ona działa.
Ale jest też inny bohater - Ned.

I zapewniam - warto go poznać.

 

Jak to w baśni, bywa ostro.

Ned w czasie zabawy traci barta.

TRACI BRATA.

A wtedy zaczyna się nowy etap jego życia. Pełen bólu i niebezpieczeństw. Dzięki swojej odwadze i wytrwałości Ned odmieni nie tylko swój los, ale i los całej swojej społeczności. 
Znajdzie Przyjaźń, oswoi wilka, przemierzy straszny las, ocali magię. Stanie przed trudnymi wyborami. I okaże się dość silny, żeby dać wolność tym, których kocha. 
Nie mogłam się oderwać! 
"-Magia na twojej skórze także przybyła z innego miejsca. I jest od tego świata znacznie, znacznie starsza.
- Co więc tutaj robi? - włączyła się Aine, zaciskając pięści - I czy jest nikczemna?
- Owszem, bywa taka - odparł życzliwy głos - ale może być też dobra. (...) Jeżeli do czegoś można by ją porównać, to do duszy."

Cudnie, kiedy bajki dla dzieci są pełne różnych refleksji, dylematów i nie łatwych wyborów. Kiedy bohaterowie są z krwi kości, zniuansowani,  mają różne oblicza, nie tylko bohaterskie. Kiedy zmieniają się, uczą, popełniają błędy. 
Cudnie, kiedy bajki dla dzieci iskrzą emocjami. 
I dobrze się je czyta (połyka). 
Polecam Wam:)
 

"Syn wiedźmy" Kelly Barnhill
Ilustracja na okładce  Jon Klassen
Wydawnictwo Literackie





piątek, 9 sierpnia 2019

Bezcelowe notatki o celebrowaniu bezcelowości.

Świat jest. 

Spotykam go, kiedy rano przeciągam ciało. Zwyczajem zaczerpniętym od mistrza qi-gong najpierw poruszam stopami. Poruszam energię. 
Potem kawa. 
Tego mistrz by nie pochwalił, hahahaha. 
W wakacyjne dni, zamiast pędzić szkoła-przedszkole zaraz po przebudzeniu, mogłam zadać sobie pytanie: na co mam ochotę. 

Zwykle lądowałam w kuchni, otwierałam na oścież okno i albo gotowałam, albo czytałam. To samo robiła Ewa, która ze swoją rodziną była z nami na wakacjach. 
Zaczynałyśmy rozmawiać. 
Pojawiały się łzy. 
Pojawiał się śmiech. 
Energia kręciła się w jakimś dobrym, bardzo dobrym kierunku. Bliżej, wyżej, głębiej, intensywniej.  
Chciało się żyć. 




Druga osoba obok. Druga osoba, która  nas widzi i jest. Jest obecna. 
Druga osoba, której umysł zaprasza nasz umysł do zabawy w fajnych rejestrach. 
Nasze ciało zaś może się rozluźnić i być. 
 
Druga osoba i przestrzeń. 
Niebo nade mną ...tyle nieba! 
Możliwość odejścia i powrotu. 
Możliwość. 

 W moim mieście w deficycie. 


A jednak mogą się zdarzyć. 
 
W przestrzeni możliwy jest ruch. Im ciaśniej tym większy zastój. Także w myślach. 

 
Tego lata wywietrzyłam moje myśli. 
Porozwieszałam na sznurach od prania, na sosnach i na brzozach. 
I na wierzbie. 
Wiatr je czesał i kołysał. 
Część poleciała dalej, część rozpłynęła się w powietrzu. 
Niektóre z czułością układam z powrotem. 
Przyglądam im się. 

 
Czy to na prawdę moja myśl?
Skąd do mnie przywędrowała? Kto mi ją podarował? I czy byłam pytana o zgodę?
  
Świat jest. 
Warunki zewnętrzne zastane. Układy, zależności, rozkład sił. 
Ale jeśli spojrzeć uważnie to nie zawsze siła jest tam gdzie się wydaje. 
Czasem jest tam, gdzie o tym zdecydujemy.
I nazywa się MOC. 
Moc relacji. 
Moc przyjaźni. 
Moc uważności. 
I obecności.  
(A czasem jeszcze inaczej)



Łatwo ją przegapić. Nie robi hałasu. 

Raczej mruży oczy i przeciąga się na słońcu. 
Miesza zupę. Dla kilku osób więcej. 
Otwiera ramiona i jest gotowa słuchać. 
Otrze gila z nosa nie zawsze swojemu dziecku i zauważy, zauważy to co trzeba. 
 
Sprawdzam więc.
Czy to moja myśl?



Zwykle kiedy tankuję auto, jestem pytana o wiele dodatków. Punkty, kawa, ciasteczko, parówka, zdrapka....
- Żadnych zdrapek. Powiedziałam dziś. I zaczęliśmy się śmiać z Panem na stacji. Rozumieliśmy się. 
To nie moja zdrapka. Nie muszę jej chcieć. 
Nie muszę też wierzyć w masę rzeczy. W masę słów, które tu są i były zanim się urodziłam. 
"Trzeba chodzić w majtkach". Do kosza. "Wciągnij brzuch". Do kosza. "Dziewczynki nie mogą..." Do kosza. "Co cię nie zabije, ..." Do kosza. 
Skąd mam wiedzieć, którą chcę zachować?
Czuję. 
 
A jeśli nie jestem pewna, to może poczekać. 
Doskonałym barometrem są też dzieci. Jeśli biorę się do czegoś ze szczerą intencją, z energią, natychmiast są obok. 
Lubią pływać w dobrej energii. Czują się w niej jak ryba w wodzie. 
 
Świat lubi liczby. Lubi wykresy. Lubi porządek i posłuszeństwo. 
To jest część tego świata. 
Ale równie ważna jest ta druga część. 
Magia, wiara w sny, bazgroły, zioła, chaos i rebelia.
Bez tej drugiej części ze światem nie dzieje się zbyt dobrze. 
Potrzebna równowaga.  


Dlatego w tym świecie, który mówi, że wartością jest bycie twardym, zaradnym, pewnym czegoś i osiągającym sukcesy za wszelką cenę. Który ceni dążenie do celu, bez sprawdzania czy to jeszcze ciągle MÓJ cel, cieszę się, że mogę inaczej. 
To przywilej. 
Czasem boli. Czasem nazywa się wysoka wrażliwość. Czasem nerwica. Czasem "nie daję rady". A jednak.
 
Uczę się celebrować niepewność. 
Uczę się celebrować miękkość.
Uczę się celebrować zagubienie i szukanie po omacku, i znów, i jeszcze. 
Uczę się celebrować powolność. 
Ufność. 
Bliskość. 
Proszenie o pomoc. 
Bezinteresowny uśmiech.
Bez osądzania tamtych, twardych wartości, bo nie są złe.
Po prostu są tylko połową.  
Jak dzień bez nocy. 
Ciemność bez światła. 


Problemem nie jest to, że na świecie istnieje skuteczność. Ale to, że nie ceni się na równi bezcelowości. 
Problemem w naszym patriarchalnym świecie, nie jest siła mężczyzn. Ale raczej to że, kiedy SIŁA, MOC kobiet jest osłabiana, wyśmiewana, zakazywana i potępiana, moc mężczyzn się wypacza. 


PS. Bardzo lubię wakacje. Lubię pływać i spacerować. Długo spać i do południa chodzić w pidżamie.
 
PS. "Bloga trzeba pisać codziennie". Do kosza. 



Dobrej drugiej połowy wakacji dla Was!