piątek, 20 listopada 2020

Mama.

Czasem budzę się i wydaje mi się, że tylko udaję mamę.



Całe to pieczenie gofrów i chodzenie na zebrania...
Myślę, że nie ugotuję już nigdy pomidorowej, bo sama myśl o tym sprawi, że wybuchnę i rozpadnę się na maleńkie odłamki.
Nie przytulę, nie pocieszę, nie ogarnę.
Nie mam w sobie ani kawałka do dania.
Chcę tylko zwinąć się w kłębek i zapomnieć o wszystkim.
Dzieci? Jakie ***** dzieci?!!!?

Czasem myślę, że wszyscy są dorośli tylko nie ja. I że znają jakiś tajemny składnik, jakiś przepis, wiedzą coś czego ja nie wiem, mają klucz, którego ja nie mam. I pozostałam dzieckiem. I gubię się, plączę, nie dorastam.

Patrzę na rozmawiające koleżanki czy znajomych i wiem, głęboko w sobie czuję: one wiedzą. A ja nie wiem o czym. Odstaję. Nie przynależę. Nie powinnam być mamą, bo mi tego tajemniczego czegoś brakuje!

Czasem wydzieram się, czasem płaczę, czasem...

Kiedy tam jestem, to jest tak rzeczywiste. Tak prawdziwe ze zapominam o naszym domu, o codziennych (prawie) obiadach, o planszówkach, o śmiechu, o trosce, o nocach przy dziecięcych oddechach, o ... O tym wszystkim co codziennie robię. Robimy.

Co pomaga?
Telefon do przyjaciółki.
Długie dobre płakanie.
Rozmowa.
Weekend w samotności.
Tata dzieci, który przejmuje czasem więcej obowiązków na siebie.
Zrozumienie.
Głupi film.
Sen.
Inni, którzy mówią: ja też tak mam.


I pomaga też pamiętanie, że mama to nie ktoś kto zawsze daje radę samodzielnie.
Mama też potrzebuje.

Mama to też ktoś do zadbania.

Ostatnio zadzwoniłam do mojej mamy, mówiąc, że ja mam dość bycia mamą, słuchania 1000 "mamo" dziennie! Ja chcę marudzić! I jęczałam jej w słuchawkę "Mamo!!!! Mamooooo!!!!!!Aaaaaaaa....!!! Ja chcę... Bo on....aaaa"
Na koniec tak się śmiałam, że zrobiło mi się trochę miejsca w brzuchu.

Tak, są takie dni, że odstaję. Sama od siebie i od całego świata.
A są takie, że czuję się spokojnie kompetentna.
I wszyscy mamy tak i tak.
Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.
I pamiętajcie. FB/instagram kłamie;)



sobota, 31 października 2020

Bój się! I bądź dzielna. Krótka historia mojego piątkowego zamrożenia.

"Nie bój się! Bądź dzielna!" 

"Jaka jesteś dzielna! W ogóle nie płaczesz!"

Nie potrafię policzyć ile razy słyszałam te zdania w swoim życiu. Do mnie, do dzieci w ogóle.

Ale ja się BOJĘ. 

Boję się. 

Odkąd pamiętam boję się bardzo. 

Podniesionego głosu. 

Zdenerwowanych kroków. 

Pretensji, żali, niezadowolenia. 

Silniejszych ode mnie. 



I kiedy byłam dzieckiem, ćwiczyłam się (się?) w zaprzeczaniu temu, w udawaniu, że nie, przecież jestem taka dzielna... Tak bardzo się starałam.

Stawałam prosto i czekałam aż nauczyciel skończy krzyczeć. 

Stałam i czekałam aż jakiś dorosły zakończy przemowę, uświadamiającą mi moje "winy" i "głupotę".

Zaciskałam oczy i starałam się zasnąć jak najszybciej, bo ciemność mnie przerażała. 

Układałam lalki tak, żeby upewnić się, że nie poruszą się w nocy i nie przyjdą mnie ...brrrr...Nie mam pojęcia, co miały mi zrobić, ale nic miłego. 

Unikałam ciemnych zarośli. 

Unikałam ...

 

Spektrum tego czego można unikać jest tak duże, że z czasem można unikać... Życia w ogóle. 


Bardzo nie chciałam się bać. 

Bardzo nie lubiłam strachu.

Jeśli mogłam ryzykowałam. Szarżowałam. 

Odsłaniałam się za bardzo. 

Albo przestawałam oddychać i trwałam. 

Kiedy patrzę na to teraz z perspektywy czasu, wiem, że całymi tygodniami, miesiącami byłam w zamrożeniu.

Zamrożenie to taki stan, kiedy nasze ciało trochę lub całkiem odmawia posłuszeństwa. 

Sztywnieje, lub wiotczeje, może omdlewać. Brak mu siły, energii.

Czasem chce się wymiotować. 

Kręci w głowie.

Oddzielamy się od siebie. 

Oddzielamy się od innych.  

Jesteśmy jak za taflą szkła. 

Niby jesteśmy, ale jakby... Nie. 

Zamrożenie to stan, kiedy nasz układ nerwowy zdecydował, że jedyną szansą na przetrwanie jest udawać trupa.

No i udajemy. 



Teraz, kiedy za oknem są (słuszne w moim przekonaniu i piękne, porywające) protesty, przypomniałam sobie ten stan.


Wczoraj cały dzień spędziłam bez oddychania, mechanicznie wykonując wszystkie czynności. 

Niby byłam, niby bawiłam się z dziećmi, ale mnie nie było. 

Emocjonalna wata. 

Ból mięśni. 

Niemoc, żeby tańczyć czy skakać. 

Niemoc, żeby iść na protest, bo nawet w domu byłam bardzo w lęku. 

I całą sobą czułam, że nie mogę nigdzie iść, bo na każdym kroku czai się zło. 

Leżałam na macie. Słuchałam muzyki. Otaczałam się dobrymi kolorami i zapachami. 

Rano obudziłam się zła. Cała w pretensjach. 

To już nieźle, bo to jakiś ruch, ruch do wyjścia z zamrożenia. 

(Jeśli chcecie więcej wiedzieć o tzw. strefach regulacji, sporo znajdziecie u Agi Stein i Gosi Stańczyk, jest książka Deb Dany o Teorii Poliwagalnej i najnowsza książka sióstr Nagosky "Wypalenie" - polecam!)

Ale korek mi się odetkał dopiero, kiedy poprosiłam o pomoc. Napisałam smsa do przyjaciółki i zaczęły kapać mi łzy. 

Myśli szalały: "Nie odpisze", "Ma mnie dość", "Ile można mnie słuchać"...

Jakaś mała część mnie wiedziała, że to nie prawda. 

A jakaś inna umierała ze strachu. 

I kiedy poprosiłam, i uwierzyłam, że tam po drugiej stronie jest ktoś, kto mnie kocha i mnie wesprze, łzy polały mi się na całego. 

Ciało zmiękło. 

Wrócił oddech. 

Pierwszy raz poczułam to tak świadomie i wyraźnie. 

Płacz! 

Płacz!

Płacz to uwolnienie. 

Powrót oddechu. 

Powrót życia we mnie. 


Opisuję wam to, żeby pamiętać, a też żebyście zobaczyli ten proces.

Wierzę, że im lepiej rozumiemy, im bardziej rośnie nasza świadomość, tym łatwiej nam nie utykać w zamrożeniu na długo. 

Tym lepiej możemy opiekować siebie. 


Ja znam zamrożenie bardzo dobrze. 

I łatwo tam wpadam. 


Ale znam też życie, żywotność, bezpieczeństwo, bliskość i potrafię tam wracać. 

Znam wspólnotę, znam wsparcie, znam gniew. 

To jest długi proces.

Najpierw nauczyłam się w ogóle widzieć mój lęk i go akceptować

Godzić się, że jest. 

Przeżywać, przepuszczać przez ciało. 

Oddychać go. 

Zamiast mówić sobie "nie bój się", brać się za rękę i powtarzać: "jestem tu, jestem przy tobie i cię nie opuszczę".

Lęk potrzebuje opieki. Lęk potrzebuje wsparcia. I miłości. 

 Ale lęk potrzebuje też, żebyśmy mocno stali na własnych nogach i umieli otwierać gardła.

Żebyśmy, jeśli trzeba mówili uprzejmie "nie, dziękuję", a jeśli to nie działa, żebyśmy mieli w sobie potencjał wielkiego i głośnego "wypierdalać".



 


















Miłość i fotografia.

W szkole fotograficznej wszyscy uczyliśmy się patrzeć. 


 

Jasne.  

Rozmawialiśmy o sprzęcie, bo on ma znaczenie. 

Rozmawialiśmy o przesłonie i innych parametrach, czyli o rzemiośle, bo ono też ma znaczenie. 

Rozmawialiśmy o zasadach  kompozycji i o tym, że czasem te najlepsze zdjęcia łamią wszystkie zasady. 

Dobra fotografia to najczęściej emocje. 

Czucie. 

Rozmawialiśmy też o wielkich fotografikach.

I to, co zapamiętałam, to to, że ich wielkość jest w Miłości. 

Oni kochają ludzi, kochają przyrodę, kochają ...no właśnie. 

Kochają to, na co patrzą.


Ich serca są czułe, otwarte, są sprawnymi mięśniami.



Kiedy Wielcy fotografowali biedne dzieci bawiące się na ulicy, przechodniów, liście czy cokolwiek innego... Zachwycali się ich człowieczeństwem, ich pięknem, ich brzydotą, ich kruchością czy siłą, przede wszystkim dlatego, że ich Aparaty Miłości sprawnie działały.

Dlatego, jeśli ktoś patrzy na Ciebie "nie dość" kochająco...

Pamiętaj. 

To jego oczy i serce. 

To nie mówi o Tobie. 

Nie znaczy, że jesteś "jakiś" czy "jakaś"... 

Niewystarczająca/y. 

Nie musisz zasługiwać. 

Nie musisz się starać jeszcze i jeszcze bardziej.

To tylko ten, kto patrzy, jeszcze (czy już) nie potrafi.

 

Wszyscy mamy swój Aparat Miłości. 

Czasem potrzebuje serwisu, czasem nowego obiektywu, czasem nauki obsługi. 

Ale jest tu. 

I to od niego wszystko zależy. 

Od patrzącego.  


PS. To nie że o tym, żeby się nie troszczyć, nie starać. Bo w relacji potrzebna jest Wymiana.



 



 


poniedziałek, 28 września 2020

Moja Mała Dziewczynka

Kiedy zaczynałam swój (najnowszy) proces terapii postawiłam sobie za cel stanięcie w swojej mocy. 
W Mocy. 

Potem dopiero zrozumiałam, że to nie przelewki;) i co tym  życzeniem, wypowiedzianym głośno, narobiłam!

Bałam się, że to się nie uda, a jednocześnie bardzo tego pragnęłam.

Zastanawiałam się, czy potrafię?
Jak to ma być? Jak dam radę?

Kojarzyło mi się to z jakąś niezłomnością i siłą, której nie czułam.

Teraz wiem, że to całkiem nie tak. 

Stawanie w Mocy, nie oznacza, że nie mogę być słaba. 
Oznacza, że wiem jak do mojej Mocy wracać, jak dbać o siebie i jak prosić o pomoc. 

Oznacza, że czuję na moich plecach ciepłe dłonie Innych, tych którzy mnie wspierają. 
Widzę w ich oczach Miłość.

Stawanie w Mocy oznacza, że rozpoznaję siebie, taką jaką jestem i wierzę, że taka jaka jestem - jestem właściwa. 

Oznacza, że odpowiedzi szukam w sobie, ale nie samotnie. 

Oznacza, że odważam się pokazać i w Mocy i w BezMocy. 

Nie obwiniam innych. 

Szukam w sobie Zaufania. 
Dodaj podpis



Miałam dziś sen, w którym przyjęliśmy do domu, do naszego stada małego szczeniaczka. Miał dwa miesiące i był cudną kupką futra. 
Dostał osobne łóżko. 
Kiedy się obudził, okazało się, że to mała dziewczynka. 
Miała ciemne włosy i błyszczące, głębokie spojrzenie. Miała jedną brew, która wyglądała jak księżyc na jej czole. 
Patrzyłam na nią i zrozumiałam, że to ja, Mała Kasia. 
Najważniejsze co chciałam zrobić to upewnić się, że z nami zostanie, że uda się przekonać Państwo, że to moje dziecko i nikt mi jej nie zabierze. 

Moja Mała Dziewczynko...


Zawsze po Ciebie wrócę. 
Nie zdradzę Cię już. 
Nie zawiodę. 
Jestem duża i bezpieczna, i możesz na mnie liczyć.
Widzę Cię i będę zawsze blisko. 

Możesz mi zaufać. 

Będę dbała o to Zaufanie jak o największy skarb. 

 






PS. Kiedy prowadziłam ostatnio warsztaty, po dwóch dniach, na koniec, podziękowano mi za moją MOC. Poczułam, że to klamra mojej terapii. 

PS.2. Jako wysoko wrażliwa osoba w dodatku wspierająca innych ludzi zawodowo, wiem jedno. Potrzebuję najpierw zająć się sobą. Najeść, wyspać, pobyć w ciszy. To jest fakt. 
Kiedy go uwzględniam, rzeczy układają się lepiej:)















czwartek, 30 lipca 2020

Chłopiec. Dziewczynka. Człowiek.

Walić! 
Bić!
Rozwalać!
Nauczyć się jakiejś sztuki walki i zamienić w ocean krwawej zemsty. Rozkwaszać nosy. 
Podbijać oczy.
Zadawać ciosy. Bezbłędnie. 
Umieć się bronić. 
Być groźną. 
Nie być bezbronną!
To było przez lata moje skryte marzenie, które bałam się realizować.
Uznawałam tylko miłą, łagodną i uprzejmą część mnie.
Część dzika i asertywna, część silna i głośna, musiała się chować. 


I przez lata rzeczywiście byłam "ofiarą" zaczepek, niechcianych podrywów, klepnięć po pupie itp. 
Bałam się chodzić po ciemku. 
Bałam się umówić z chłopakiem, który był wysoki i silny. Czy by uszanował moje nie? (Do dziś żałuję tej straconej randki)

Wzmocniłam się. 
Zmieniłam się. 

Poznałam też mężczyzn delikatnych, wrażliwych, używających swojej siły w sposób kontrolowany. 

A jednak, kiedy patrzę na statyki przemocy, nie mam wątpliwości, że tam nie ma parytetu. 
Przemoc ma twarz mężczyzny. Dlaczego?

Czemu jeśli pomyślimy o ofierze przemocy i sprawcy to w 99% będą mieli określoną płeć?
I czy coś możemy w tej sprawie zrobić?

Nie mam odpowiedzi.
Szukam jej.
Mam intuicję, która mi mówi, że skoro ja jako młoda osoba bałam się pokazać "zęby", warknąć, użyć siły, zdecydowania... I miało to negatywny wpływ na moje życie,  to może chłopcy mają symetrycznie?
Może oni boją się wstydzą pokazać tę wrażliwą i delikatną stronę?

Klik. Bingo!
Nagle mi się to składa w całość. 
 
"Nie becz!"
"Chłopaki nie płaczą!"
"Nie bądź baba"

Chłopcy słyszeli to na każdym kroku, i na szczęście to się zmienia, ale ciągle jeszcze słyszą to za często.

Bo tak jak ja potrzebowałam umieć pokazać kły, tak oni potrzebują łez!

I tylko mając dostęp do jednego i drugiego, możemy rozwijać swoją moc. 


OK. 
To mi się układa w całość. 
I chłopak i dziewczyna bez różnicy potrzebują wierzyć w swoją siłę, umieć się bronić. 
I chłopak i dziewczyna bez różnicy potrzebują płakać i mieć dostęp do swojej wrażliwości. 

Siła, która nie boi się łez. 
Delikatność, która nie jest krucha. 

Kiedy dziewczynka nie może warczeć, tupać, bić, jej łzy stają się często łzami zastępczymi. A ona szuka innych sposobów, by powiedzieć swoje zdanie, swoje "nie". Nie wprost. Nie otwarcie.
I mówi: agresja jest fe. 
Agresja jest groźna.


Bo jeśli łzy chłopca nie są przyjęte, jeśli nie może płakać i znajdować w tym ulgi i pocieszenia to musi być wściekły. 
Musi walić, rozwalać, ścigać się, rywalizować. 
Musi podporządkowywać sobie innych, walczyć o pozycję, upokarzać, gnębić, niszczyć. 
I mówić: "ciota", "pedał" "baba" o każdym, kto nie jest odcięty od uczuć.

Jedno jest rewersem drugiego. 

Dziewczynki potrzebują zgody na ich złość.
Chłopcy potrzebują zgody na ich łzy. 

Gdyby chłopiec dorastał i mógł być... Człowiekiem? 
Co gdyby mógł być LUDZKI?

Przecież tak jest - rodzimy się bardzo podobni. 
Ssiemy pierś, tulimy się do opiekunów, zachwycamy światem. 

Tylko, że chłopiec dość szybko dowiaduje się, że dla niego przewidziana jest rola "twardziela"....
I kiedy z różnych, dobrych pewnie intencji, nie kupujemy mu lalki, kiedy na półce w sklepie z zabawkami dla chłopców jest więcej mieczy, kiedy żenują nas chłopięce gorące łzy nad martwym ptakiem... Kiedy zsumują się te wszystkie kulturowe przekazy, jeśli w nie uwierzy, chłopiec zaciska serce. 
Może wtedy nagrać filmik jak wyśmiewa kolegę i zakłada mu kosz na głowę. 
Bo nie zna już współczucia.
Może nasikać na dziewczynę, którą zgwałcili z kolegami. Ona nie jest dla niego człowiekiem. 
Zapomniał co to w ogóle znaczy. Być człowiekiem.

I tak, nie każdy staje się oprawcą, gwałcicielem, przemocowcem. 
A jednak.
Statystyka się zmieni, kiedy zaczniemy traktować chłopców i dziewczynki jak ludzi. 
Kiedy uszanujemy i ich wściekłość i ich smutek. 
Kiedy pomieścimy ich uczucia i pozwolimy by wybrzmiały, znalazły miejsce i spotkały się z naszą czułą obecnością. 
Oko w oko. 
Serce w serce. 

To się stanie tylko jeśli otworzymy nasze serca. 
Jeśli odważymy się ... Zaryzykujemy śmieszność, zranienie. 
Zaraz przy nich jest poczucie że żyjemy, radość, satysfakcja. 

Chciałabym żebyśmy uwierzyli, że siła i wrażliwość mogą się łączyć w jednym ciele, niezależnie od płci. I że to ok. 


Tak więc, kiedy chcemy żeby dziewczyny były bezpieczne idąc przez park nocą, sposobem nie jest mówienie im: nie noś mini. 
Po co tam poszłaś?
Sposobem jest zgoda na to, żeby chłopcy mogli czuć. 


Bać się.
Płakać. 
Cieszyć. 
Wzruszać. 
Tęsknić. 
Zachwycać.


Żebyśmy uznali chłopców za ludzi. 
Wtedy więcej z nich będzie się zachowywać jak ludzie. 



PS. Ilustracje pochodzą z książek:
"Ulica Garmanna" wyd.FISO
"Jak mama została Indianką", i "Chrum, chrum, Bolusiu" wyd. Zakamarki
"Billy jest zły", wyd. EneDueRabe

PS.2 Tamara, dziękuję Ci za rozmowy o agresji i więzi. Wszystkie.





piątek, 10 lipca 2020

Wakacje!

Wakacje!
Będę pływała i chodziła boso. 
Będę się śmiała i brudziła. 
Będę leżała na mchu. 
Będę jadła rękami.
Będę malowała i czytała. 
Będę żyła bez budzika. 
Będę liczyła piegi na twarzy córki i będę zlizywała najsmaczniejsze.
Zgubię plany. 
Postrącam oczekiwania jak krople deszczu z liści nad głową.
Będę mrużyła oczy w słońcu i drzemała w hamaku. 
Będę oglądała gwiazdy i Drogę Mleczną. 
Będę grała w gry i gadała ile w wlezie z ludźmi, których kocham i lubię. 
I jak najwięcej tego wszystkiego zabiorę w moje codzienne życie.
Amen.



czwartek, 9 lipca 2020

PRZYJEMNOŚĆ

Przyjemność jest dla mnie bardzo ważna. 
Zapraszam ją do mojej codzienności. 
"Nie za dobrze ci?" pytano mnie w dzieciństwie. 
Nie, nie za dobrze. 
Chcę, żeby było mi dobrze. 
Jeszcze lepiej. 
Najlepiej. 
Bo czemu nie???

Cóż za absurdalny pomysł, że miałabym tego nie chcieć!?!
Przyjemność ... Wstydzimy się jej, czasem żenujemy, ociągamy z jej szukaniem. Bez sensu!
Mamy tak ograniczony czas z naszymi ciałami i oddechami. 
Sięgajmy po nią. 
Wypełniajmy nasze życie przyjemnością. Frywolną, zmysłową, intelektualną, seksualną, i każdą, każdą inną!
Przyjemność patrzenia na kolory, rozpoznawania kształtów ptaków i motyli. Las. Drzemka na mchu.
Przyjemność zanurzania się w wodzie, przyjemność (arcyprzyjemnosć!) dobrej rozmowy. 
Podróż wewnętrzna i ta daleko, daleko. 
Smak potraw. 
Długa spódnica ocierająca się o kostki, wirująca w tańcu.
Muzyka!
Najlepsze lody pistacjowe w Warszawie (Słodka Italia, koło Soho, sprawdźcie!)
I koniecznie, koniecznie zabierzcie przyjemność na wakacje!
Pamiętajcie: Wasze (wewnętrzne) dzieci czekają! Gotowe do zabawy i życia. Życia!