piątek, 22 stycznia 2021

Pandemia. Rozmasuj sobie serce.

Grudzień minął a ja nadal mało piszę. 

Wyrzuciłam fb z telefonu. 

Wszystko wydaje się trudne i trochę straszne. 



Osunęłam się już głęboko w głąb. 

W "nie wiem". 

W "nie". 

Głęboko w sam środek "boję się". 

W "czy jestem coś warta, kompetentna, potrzebna?"

Głęboko w wątpliwości dzielone na cztery i zajadane ciastkiem, zawijane w koc. 

Nie, to nie jest depresja. 

To nie są jakieś "zaburzenia". 

To kawałek mnie i mojego życia, który teraz potrzebuje uznania, ugłaskania, przytulenia, zobaczenia i zintegrowania. 

To nie coś do wyleczenia. 

To coś do pokochania. 



Przyglądam się cyklom, sensom i zakrętom w życiu. Czasem miesiącami jestem na fali, surfuję w pięknym flow, w mocy. Czasem spadam i boję się, czy w ogóle potrafię jeszcze wdrapać się na deskę. 

W tym roku ten cykl jest inny, podbity pandemią. 

Pamiętajcie o tym, dobrze?

Pandemia to nie przelewki.

Kiedy wymagacie od siebie więcej, kiedy złościcie się na siebie, albo bliskich. 

Kiedy oceniacie siebie daleko poniżej minimum rodzicielskiego czy innego.

Kiedy jesteście gotowi docisnąć sobie poprzeczkę... 



Ok, rzeczywiście, są rzeczy które trzeba ogarnąć.

Ale najpierw można wskoczyć do wanny. Zrobić sobie herbatę. Poruszać się. Porozmawiać z kimś życzliwym. Poczytać książkę. 

Między muszę, powinnam, włożyć "chcę", "wybieram". 

Wybieram spacer do lasu. 

Wybieram poproszenie o pomoc. 

Wybieram odgrzewany obiad. 

Wybieram ...


Większość z nas potrzebuje rozmów, kontaktu, spojrzeń, energii innych ludzi. 

Wzajemnie się zmieniamy, inspirujemy, wkurzamy, napędzamy, doładowujemy.

Teraz jest tego mało, o wiele za mało. 

Nie zastąpi tego onlajn. 

Wybuch śmiechu, czułe objęcie, działają inaczej z bliska. 

Dostrajamy się do siebie, rozwibrowujemy inaczej, kiedy fizycznie jesteśmy blisko.

Łatwiej nam też czasem (a czasem trudniej...) odpowiedzieć na to najważniejsze pytanie: "kim jestem", kiedy obok są inni. Kiedy się zaczepiamy, ścieramy, ograniczamy.

Kim jestem w sali pełnej uczestników warsztatów? Kim jestem wśród przyjaciółek?

Kim zamknięta w domu, ciągle z dziećmi?

Nie wybraliśmy tej izolacji, nie wyruszyliśmy do pustelni z zamiarem medytowania, za grubą kasę i z obietnicą certyfikatu.

To ona: zima zmieszana z pandemią nas wybrała. 

Zapędziła w ciemny róg, a może zaprosiła do spotkania?



Świat wokół nas nie lubi nie wiedzieć. Nie lubi bezradności, wahań, niewiedzy, lęku i rozpadania. 

Odwraca się od nich. 

Ale to tak jakby uznawał tylko jedną swoją połowę. 

Nie da się żyć w połowie.

Albo żyjemy, albo udajemy. 

A że zaboli?

Tak. 

Ale poczujemy. 




Zgodzić się na to, że czasem jest źle, czasem boli, czasem się boimy, oberwiemy, popłaczemy, wygłupimy, coś spieprzymy, to zgodzić się na to, że czasem nam się uda, czasem zatańczymy, czasem pokochamy, czasem pofruniemy. My. Nie nasza połowa. 



wtorek, 22 grudnia 2020

sobota, 19 grudnia 2020

Grudzień.

Grudzień to płakanie, rozpadanie się i ciemność.

Trudno mi w Grudniu. 

Sprawy przelatują mi przez palce, szwy się prują i nie mam nawet pomysłu, żeby pędzić po igłę i nitkę. 

Pozwalam im rozkładać się wokół mnie na podłodze i płaczę. 


Płaczę, bo pies znów wykopał dziury w ogrodzie, zwiał do sąsiadów i narobił im szkody.

Płaczę, bo przerasta mnie bałagan w pokoju córek.

Płaczę, bo czuję się bezradna i niewydolna jako człowiek i matka. 

Płaczę, bo codzienności jest za dużo i taka powtarzalna...



Trudno mi z tobą Grudniu. Ale też trochę już się ciebie nauczyłam przez te 45 lat.

Zapisałam się na regularne masaże i dogrzewanie taką specjalną lampą (bosze jakie to jest dobre).

Kupiłam świece pachnące wakacjami i życiem. Palę je codziennie w całym domu. 

Mam rytuał dodawania olejku eterycznego do porannego kremu i kocham tak ładnie pachnieć. 

Nie naciskam. 

Nie naciskam na siebie, nie naciskam rzeczywistości.

Może lepiej by było napisać: staram się. Staram się nie naciskać. 

Pytam się siebie z czułością: kim dziś jesteś?

Zaglądam do środka, i jeśli tylko znajduję jakiś supeł... Płaczę, albo przeklinam, zależy do czego mi akurat bliżej. (Dziękuję, że mam do kogo płakać!... To bezcenne.)

Płaczę i przeklinam. Masuję i otulam. 

Szczególnie w grudniu.


Przykro mi, że na blogu pusto. 

I że zdjęć nie robię. 

Ominęłam większość wydarzeń, na które się zapisałam. 

Ale tak to jest w grudniu. 

Bo wiecie?

Nie da się zadbać o siebie bez... bez zadbania o siebie. 

Zrozumiałam to ostatnio bardzo wyraźnie na warsztacie z Kamilą z Dobrego Ciała. Poszłam na ten warsztat drugi raz, bo po pierwszych taaaak dobrze się czułam! A nie mogłam sobie przypomnieć ćwiczeń i tego dlaczego. Nie mogłam tego rozkminić, bo wszystko było taki... Delikatne.

I załapałam.

Na tych warsztatach - polecam je każdej kobiecie z całego serca! - po prostu dbałam o siebie. 

Kamila w tym pomaga, ale przede wszystkim daje na to czas i przestrzeń.

Żeby się rozluźnić.

Odpocząć.

Zrelaksować.

Bo nie ma innej opcji jak dać na to czas i przestrzeń. 

A właśnie o to czasem jest najtrudniej. 

Zostawić wszystko, rozłożyć ręce, niech wszystko wypada. 

Położyć się na macie, zamknąć oczy, zapaść w podłogę i ciemność. 

Oddychać. 

Oddychać. 

Czuć. 

Głaskać każde napięcie. 

Oddychać. 

Nie trzeba wiele. 

W zasadzie prawie nic. 

Czas i przestrzeń. Kawałek ciszy, kawałek koca i podłogi. 

Zostawić wszystkie ważne i nieważne rzeczy i sprawy.

Odpuścić.

Olać. 

Poprosić o pomoc. 


Trudno mi z tobą Grudniu. 

Nie piszę.

Nie robię zdjęć. 

Nie mam pomysłów na nowe i pozwalam na to. 

Pozwalam na wewnętrzną zimę i boję się, że ona się już nie skończy. 

Trochę ufam, że tak, że jednak minie, bo pamiętam jak mnie rozsadzało latem, ile miałam w sobie energii i siły. Bo pamiętam ten cykl z zeszłego razu, i zeszłego...

A jednak za każdym razem, kiedy pozwalam sobie na wewnętrzną gawrę, jaskinię i zimę... Boję się i potrzebuję opierać na sobie mocno. Boję się, że świat nie zaczeka. Boję się, że coś stracę. Boję się, że biznes mi upada. Boję się, że ..

Trochę tego jest. 

A ja jestem w samym środku. 


W środku, z którego nie widać jeszcze światła. 

W środku, z którego nie ma pewności, że to nie koniec. 

W środku, w którym oparcie jest jeszcze głębiej, w jeszcze większej ciemności i pustce. 


Mam luksus zapadania się i otaczania ciemnością. Mam luksus pozwalania sobie, odpuszczania. 

Dziękuję ci Grudniu. 

Bez ciebie by mi się nie udało. 








piątek, 20 listopada 2020

Nastolatki - konferencja 5 grudnia

Nastolatki to nie materiał łatwo wybuchowy, ale ludzie jak my. 

Relacja z nimi bywa trudna, bywa inspirująca, bywa bardzo przyjemna, i bywa wkurzająca. 


Warto się poznać, żeby się dogadać!

Potrzebujecie więcej wiedzy o nastolatkach?

Na Konferencji Wychowanie w Szacunku (cała o nastolatkach właśnie) będzie mowa o seksualności (to moje wystąpienie ofkors), o depresji, uzależnieniach, nowoczesnych technologiach i mózgu.

Ta konferencja to niezła pigułka wiedzy! Wiem, bo będę na niej już trzeci raz:)

Polecam!

Link TU


Mama.

Czasem budzę się i wydaje mi się, że tylko udaję mamę.



Całe to pieczenie gofrów i chodzenie na zebrania...
Myślę, że nie ugotuję już nigdy pomidorowej, bo sama myśl o tym sprawi, że wybuchnę i rozpadnę się na maleńkie odłamki.
Nie przytulę, nie pocieszę, nie ogarnę.
Nie mam w sobie ani kawałka do dania.
Chcę tylko zwinąć się w kłębek i zapomnieć o wszystkim.
Dzieci? Jakie ***** dzieci?!!!?

Czasem myślę, że wszyscy są dorośli tylko nie ja. I że znają jakiś tajemny składnik, jakiś przepis, wiedzą coś czego ja nie wiem, mają klucz, którego ja nie mam. I pozostałam dzieckiem. I gubię się, plączę, nie dorastam.

Patrzę na rozmawiające koleżanki czy znajomych i wiem, głęboko w sobie czuję: one wiedzą. A ja nie wiem o czym. Odstaję. Nie przynależę. Nie powinnam być mamą, bo mi tego tajemniczego czegoś brakuje!

Czasem wydzieram się, czasem płaczę, czasem...

Kiedy tam jestem, to jest tak rzeczywiste. Tak prawdziwe ze zapominam o naszym domu, o codziennych (prawie) obiadach, o planszówkach, o śmiechu, o trosce, o nocach przy dziecięcych oddechach, o ... O tym wszystkim co codziennie robię. Robimy.

Co pomaga?
Telefon do przyjaciółki.
Długie dobre płakanie.
Rozmowa.
Weekend w samotności.
Tata dzieci, który przejmuje czasem więcej obowiązków na siebie.
Zrozumienie.
Głupi film.
Sen.
Inni, którzy mówią: ja też tak mam.


I pomaga też pamiętanie, że mama to nie ktoś kto zawsze daje radę samodzielnie.
Mama też potrzebuje.

Mama to też ktoś do zadbania.

Ostatnio zadzwoniłam do mojej mamy, mówiąc, że ja mam dość bycia mamą, słuchania 1000 "mamo" dziennie! Ja chcę marudzić! I jęczałam jej w słuchawkę "Mamo!!!! Mamooooo!!!!!!Aaaaaaaa....!!! Ja chcę... Bo on....aaaa"
Na koniec tak się śmiałam, że zrobiło mi się trochę miejsca w brzuchu.

Tak, są takie dni, że odstaję. Sama od siebie i od całego świata.
A są takie, że czuję się spokojnie kompetentna.
I wszyscy mamy tak i tak.
Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.
I pamiętajcie. FB/instagram kłamie;)



sobota, 31 października 2020

Bój się! I bądź dzielna. Krótka historia mojego piątkowego zamrożenia.

"Nie bój się! Bądź dzielna!" 

"Jaka jesteś dzielna! W ogóle nie płaczesz!"

Nie potrafię policzyć ile razy słyszałam te zdania w swoim życiu. Do mnie, do dzieci w ogóle.

Ale ja się BOJĘ. 

Boję się. 

Odkąd pamiętam boję się bardzo. 

Podniesionego głosu. 

Zdenerwowanych kroków. 

Pretensji, żali, niezadowolenia. 

Silniejszych ode mnie. 



I kiedy byłam dzieckiem, ćwiczyłam się (się?) w zaprzeczaniu temu, w udawaniu, że nie, przecież jestem taka dzielna... Tak bardzo się starałam.

Stawałam prosto i czekałam aż nauczyciel skończy krzyczeć. 

Stałam i czekałam aż jakiś dorosły zakończy przemowę, uświadamiającą mi moje "winy" i "głupotę".

Zaciskałam oczy i starałam się zasnąć jak najszybciej, bo ciemność mnie przerażała. 

Układałam lalki tak, żeby upewnić się, że nie poruszą się w nocy i nie przyjdą mnie ...brrrr...Nie mam pojęcia, co miały mi zrobić, ale nic miłego. 

Unikałam ciemnych zarośli. 

Unikałam ...

 

Spektrum tego czego można unikać jest tak duże, że z czasem można unikać... Życia w ogóle. 


Bardzo nie chciałam się bać. 

Bardzo nie lubiłam strachu.

Jeśli mogłam ryzykowałam. Szarżowałam. 

Odsłaniałam się za bardzo. 

Albo przestawałam oddychać i trwałam. 

Kiedy patrzę na to teraz z perspektywy czasu, wiem, że całymi tygodniami, miesiącami byłam w zamrożeniu.

Zamrożenie to taki stan, kiedy nasze ciało trochę lub całkiem odmawia posłuszeństwa. 

Sztywnieje, lub wiotczeje, może omdlewać. Brak mu siły, energii.

Czasem chce się wymiotować. 

Kręci w głowie.

Oddzielamy się od siebie. 

Oddzielamy się od innych.  

Jesteśmy jak za taflą szkła. 

Niby jesteśmy, ale jakby... Nie. 

Zamrożenie to stan, kiedy nasz układ nerwowy zdecydował, że jedyną szansą na przetrwanie jest udawać trupa.

No i udajemy. 



Teraz, kiedy za oknem są (słuszne w moim przekonaniu i piękne, porywające) protesty, przypomniałam sobie ten stan.


Wczoraj cały dzień spędziłam bez oddychania, mechanicznie wykonując wszystkie czynności. 

Niby byłam, niby bawiłam się z dziećmi, ale mnie nie było. 

Emocjonalna wata. 

Ból mięśni. 

Niemoc, żeby tańczyć czy skakać. 

Niemoc, żeby iść na protest, bo nawet w domu byłam bardzo w lęku. 

I całą sobą czułam, że nie mogę nigdzie iść, bo na każdym kroku czai się zło. 

Leżałam na macie. Słuchałam muzyki. Otaczałam się dobrymi kolorami i zapachami. 

Rano obudziłam się zła. Cała w pretensjach. 

To już nieźle, bo to jakiś ruch, ruch do wyjścia z zamrożenia. 

(Jeśli chcecie więcej wiedzieć o tzw. strefach regulacji, sporo znajdziecie u Agi Stein i Gosi Stańczyk, jest książka Deb Dany o Teorii Poliwagalnej i najnowsza książka sióstr Nagosky "Wypalenie" - polecam!)

Ale korek mi się odetkał dopiero, kiedy poprosiłam o pomoc. Napisałam smsa do przyjaciółki i zaczęły kapać mi łzy. 

Myśli szalały: "Nie odpisze", "Ma mnie dość", "Ile można mnie słuchać"...

Jakaś mała część mnie wiedziała, że to nie prawda. 

A jakaś inna umierała ze strachu. 

I kiedy poprosiłam, i uwierzyłam, że tam po drugiej stronie jest ktoś, kto mnie kocha i mnie wesprze, łzy polały mi się na całego. 

Ciało zmiękło. 

Wrócił oddech. 

Pierwszy raz poczułam to tak świadomie i wyraźnie. 

Płacz! 

Płacz!

Płacz to uwolnienie. 

Powrót oddechu. 

Powrót życia we mnie. 


Opisuję wam to, żeby pamiętać, a też żebyście zobaczyli ten proces.

Wierzę, że im lepiej rozumiemy, im bardziej rośnie nasza świadomość, tym łatwiej nam nie utykać w zamrożeniu na długo. 

Tym lepiej możemy opiekować siebie. 


Ja znam zamrożenie bardzo dobrze. 

I łatwo tam wpadam. 


Ale znam też życie, żywotność, bezpieczeństwo, bliskość i potrafię tam wracać. 

Znam wspólnotę, znam wsparcie, znam gniew. 

To jest długi proces.

Najpierw nauczyłam się w ogóle widzieć mój lęk i go akceptować

Godzić się, że jest. 

Przeżywać, przepuszczać przez ciało. 

Oddychać go. 

Zamiast mówić sobie "nie bój się", brać się za rękę i powtarzać: "jestem tu, jestem przy tobie i cię nie opuszczę".

Lęk potrzebuje opieki. Lęk potrzebuje wsparcia. I miłości. 

 Ale lęk potrzebuje też, żebyśmy mocno stali na własnych nogach i umieli otwierać gardła.

Żebyśmy, jeśli trzeba mówili uprzejmie "nie, dziękuję", a jeśli to nie działa, żebyśmy mieli w sobie potencjał wielkiego i głośnego "wypierdalać".



 


















Miłość i fotografia.

W szkole fotograficznej wszyscy uczyliśmy się patrzeć. 


 

Jasne.  

Rozmawialiśmy o sprzęcie, bo on ma znaczenie. 

Rozmawialiśmy o przesłonie i innych parametrach, czyli o rzemiośle, bo ono też ma znaczenie. 

Rozmawialiśmy o zasadach  kompozycji i o tym, że czasem te najlepsze zdjęcia łamią wszystkie zasady. 

Dobra fotografia to najczęściej emocje. 

Czucie. 

Rozmawialiśmy też o wielkich fotografikach.

I to, co zapamiętałam, to to, że ich wielkość jest w Miłości. 

Oni kochają ludzi, kochają przyrodę, kochają ...no właśnie. 

Kochają to, na co patrzą.


Ich serca są czułe, otwarte, są sprawnymi mięśniami.



Kiedy Wielcy fotografowali biedne dzieci bawiące się na ulicy, przechodniów, liście czy cokolwiek innego... Zachwycali się ich człowieczeństwem, ich pięknem, ich brzydotą, ich kruchością czy siłą, przede wszystkim dlatego, że ich Aparaty Miłości sprawnie działały.

Dlatego, jeśli ktoś patrzy na Ciebie "nie dość" kochająco...

Pamiętaj. 

To jego oczy i serce. 

To nie mówi o Tobie. 

Nie znaczy, że jesteś "jakiś" czy "jakaś"... 

Niewystarczająca/y. 

Nie musisz zasługiwać. 

Nie musisz się starać jeszcze i jeszcze bardziej.

To tylko ten, kto patrzy, jeszcze (czy już) nie potrafi.

 

Wszyscy mamy swój Aparat Miłości. 

Czasem potrzebuje serwisu, czasem nowego obiektywu, czasem nauki obsługi. 

Ale jest tu. 

I to od niego wszystko zależy. 

Od patrzącego.  


PS. To nie że o tym, żeby się nie troszczyć, nie starać. Bo w relacji potrzebna jest Wymiana.